czwartek, maja 19, 2016

Uwielbiam stawiać czoła wszelkiego rodzaju kosmetykom, o których nagle robi się głośno w internetowej rzeczywistości. Kilka chwil wystarczy, aby raptownie wszyscy pragnęli, używali lub planowali stosować to samo. Nie wiem jak psychologia nazywa to nazwisko, ale coś czuję, że już nie jedna odtwórcza praca magisterska dotknęła tego tematu. Co w tym wszystkim jest fajnego z mojej perspektyw? Uwielbiam testować na sobie dany kosmetyk, aby ostatecznie wydać werdykt i stwierdzić czy dana rzecz rzeczywiście zasługuje na takie zainteresowanie, a może to po prostu kolejna zbiorowa halucynacja, której trzeba unikać dla zdrowia psychicznego. Z tego też powodu w dzisiejszym wpisie chciałabym dosłownie wyłożyć kawę na ławę i opisać moje wrażenia na temat peelingu, który w ostatnim czasie trochę namieszał w kosmetycznym świecie. Wszyscy o nim piszą, większość chce go mieć, a każdy z pewnością głowi się nad tym, co właściwie jest w nim takiego niezwykłego i czy rzeczywiście jest lepszy niż przed chwilą zaparzona poczciwa kawa. Jestem przekonana, że kto żyw przynajmniej raz próbował takiego sposobu na peeling i domyślam się, że efekty wizualne na skórze były świetne. Gorzej ze stanem łazienki po takim domowym spa i w tych chwilach cieszę się, że nie jestem żadną panią perfekcyjną, bo możliwe, że psychicznie nie wytrzymałabym tak strasznych widoków. Znowu gubię gdzieś wątek przewodni, więc oznacza to, że czas już na konkrety.
Ze mną perfekcyjnie przygotujesz się do każdej imprezy, a ukryta w moim wnętrzu kompozycja zapachowa zapachowa z dodatkiem kokosa zawróci Ci w głowie. Doskonale nawilżam głęboko penetrując warstwy skóry. Sprawię, że Twoja skóra będzie wygładzona, nawilżona i  bardziej elastyczna. Jestem bogaty w witaminę E i antyoksydanty, które zwalczają efekty starzenia skóry. Neutralizuję też oznaki zmęczenia (ze mną możesz imprezować do białego rana. Zadbam, żebyś rano wyglądała jak po 8 godzinach snu ;) Regularne spotkania ze mną pomogą Ci zredukować cellulit. Gotowa na spotkanie z takim przystojniakiem?

Znaki szczególne 
Peeling zamknięty jest w papierowej torebce, która wewnątrz zabezpieczona jest foliową powłoczką, aby wszystko było bezpiecznie przechowywane. Pomysł na takie opakowanie jest na pewno ciekawy i niesztampowy, ale mimo wszystko zabranie tej torebki pod prysznic budzi moje obawy. Zapewne nie rozpłynęłaby się razem z aromatyczną kawą, ale mimo wszystko pewnie doznałaby jakiegoś urazu. Poza tym cała estetyka jest bardzo przyjemna dla oka, pozytywna, przedstawiona z humorem i dystansem, który mi odpowiada. Do peelingu dołączona jest drewniana łyżeczka, która zdecydowanie ułatwia sprawę. Pozwala na wygodne wyjęcie kosmetyku, dzięki czemu nie ma zbyt wielu strat, a jak wiadomo z sypkimi produktami niestety bywa różnie pod tym względem. W środku opakowania znajduje się po prostu zmielona kawa robusta o lekko zbitej i nie do końca suchej strukturze, która nie wiem dlaczego, ale przypomina mi kawior, czyli zrobiło się jakby trochę luksusowo. Lekkie zbrylenie spowodowane jest zapewne uzupełnieniem peelingu olejkami, które sprawiają, że konsystencja jest bardziej zwięzła i po roztarciu na suchej skórze pojawia się leciutka tłustawa warstwa. Nie mniej jednak jest to po prostu kawa, a ja zdecydowanie nie należę do kawoszy. Nie pijam tego czarnego płynu, zapach nie pobudza mnie do działania, a smak niekoniecznie daje mi kopa. Ogólnie rzecz biorąc uwielbiam wszelkiego rodzaju jedzeniowe zapachy, ale mała czarna jakoś nigdy nie była bliska mojemu sercu. Zapach tego peelingu jak najbardziej przypomina kawę, ale jest trochę mniej ostry, bardziej przyjemny dla mojego nosa i słodszy dzięki kokosowi. Jednakże ten dodatek zdecydowanie nie zdominował aromatu przewodniego, a znajduje się gdzieś w jej tle. Kokos dodaje słodyczy, zmienia nieco ogólny aromat tego kosmetyku, ale stanowczo nie dominuje, a nawet mój nos nie do końca go lokalizuje. Co prawda wyczuwam, że nie jest to czysta kawa, ale nie jestem pewna czy bez podpowiedzi potrafiłabym poprawnie odgadnąć, że to ten egzotyczny jegomość się tam znajduje. Ogólnie jednak jestem zadowolona z zapachu, odpowiada mi on, mimo że z kawą chyba nigdy nie będziemy za pan brat.


Czas po prysznic
Na początku umyłam całe ciało, a potem łyżeczką wzięłam odrobinę peelingu i zaczęłam dokładnie masować każdy fragment skóry. Od razu czuć, że jest to twardy zawodnik, ponieważ drobinki są bardzo ostre i intensywnie usuwają martwy naskórek. Uwielbiam tak mocno zdzierające kosmetyki, ale osoby z wrażliwą skórą powinny nieco uważać, po po zabiegu ciało może być zaczerwienione. Po kontakcie z wodą uwalnia się również lekko brązowy kolor, ponieważ kawa zaczyna się nieco rozpuszczać. Odnoszę wrażenie, że również pod prysznicem zapach jest bardziej subtelny i nie aż tak bardzo typowo kawowy. Najważniejsze, aby brać małe ilości kawy, ponieważ zbyt duża porcja sprawia, że część peelingu spada z ciała i zwyczajnie się marnuje. Jeśli będziemy nakładać produkt oszczędnie to produkt możemy zakwalifikować do grupy kosmetyków wydajnych. Nie ma co się obawiać też o skuteczność zabiegu, bo już odrobina tej kawy daje bardzo dobre rezultaty. Kolejnym plusem jest fakt, że to produkt dla osób leniwych, którym nie chce się stać godzinami pod prysznicem i masować ciała siedem razy w jedną stronę i dziesięć w drugą. Tutaj już szybkie umycie da na prawdę przyzwoity wynik. Po zakończonym zabiegu peeling łatwo zmywa się z ciała i co najważniejsze z wanny, więc pedanci mogą odetchnąć z ulgą. Ciało po tym całym peelingowaniu jest absolutnie miękkie i gładkie tak, że aż sama z chęcią gładzę się po nogach. Nie mogę oczywiście zapomnieć o fakcie, że poza tą miękkością na skórze pozostaje leki film, który jak mniemam jest pozostałością olejków. Nie jest to jakaś tłusta warstwa, a jedynie subtelny woal, który przyjemnie otacza skórę. Mi on jak najbardziej odpowiada, tym bardziej, że czasem po kąpieli jestem tak zmęczona, że marzę tylko o tym, aby wreszcie udać się na randkę z moim kochanym łóżkiem, a nie jeszcze w pół śnie wmasowywać balsam do ciała. Poza zawartością oleju makadamia, arganowego i migdałowego, produkt ten szczyci się obecnością między innymi brązowego cukru oraz soli jeziorowej. Najważniejsza jest tu jednak kawa robusta, która zawiera dwa razy więcej kofeiny niż jej arabska przyjaciółka. Co za tym idzie zwiększone jest działanie antycellulitowe, więc wypadałoby po zrobionym peelingu odczekać chwilę i poczekać aż drogocenne składniki zaczną działać. Nie mniej jednak zalecam trzeźwe myślenie, bo bez ruchu i zdrowego odżywiania nawet dziesięciokrotnie większa dawka kofeiny nie postawi naszej pomarańczowej skórki do pionu. Traktuję, więc ten składnik jako wartościowy dodatek, a nie jako element, który ma zdziałać cuda.  


Podsumowanie
Czy w takim razie nie wystarczy zwykła zaparzona kawa? Oczywiście nie neguję takiego własnoręcznego tworzenia kosmetyków, ale mimo wszystko poświęcę chwilę na przedstawienie zalet BodyBoom. Po pierwsze jest to wygodniejsza, czystsza i przyjemniej pachnąca formuła. Lepiej używa się czegoś estetycznie podanego w ładnym opakowaniu i nikt nie zaprzeczy, że ten aspekt nie ma dla niego znaczenia. Poza tym warto zwrócić uwagę na zawartość olejków, które po zabiegu pozostawiają skórę muśniętą lekką i zabezpieczającą warstwą oraz obecność powiększonej dawki kofeiny, która jak wiadomo przyczynia się do mozolnej walki z tym okropnym cellulitem. Tak na marginesie, to czy wreszcie nie może nastać trend, który aż tak bardzo nie będzie negował tego defektu skóry? Nie dziwi mnie już, że ten kosmetyk zdobył tak wielkie uznanie i myślę, że poza składem liczą się tutaj aspekty stricte estetyczne, a mianowicie bardzo pozytywne wrażenie jakie sprawia marka, jej podejście do klienta i nawet zwracanie się do konsumentów jako peeling jest pomysłowe i budzi uśmiech na mojej twarzy.
Jestem…imprezowym chłopakiem. Obiecuję, że nigdy nie będziesz się ze mną nudzić, a Twoje ciało zawsze będzie wyglądać olśniewająco (nawet w najkrótszych szortach). 
W tym momencie wypadałoby wreszcie odpowiedzieć jak ma się poczciwa filiżanka kawy do tego specyfiku zamkniętego w torebce. A no jej szanse są całkiem spore, ale mimo wszystko przegrywa pod względem podania, przyjemności użytkowania i składu. Wygrywa jedynie dzięki kwestii ekonomicznej i myślę, że to stwierdzenie będzie dobrym zakończeniem skłaniającym po prostu do osobistych refleksji.

Cena: 65 zł/200 g

Znacie kosmetyki BodyBoom? Robiliście kiedyś sami w domu peeling z kawy? 

BodyBoom - peeling kawowy o zapachu imprezowego kokosa!

wtorek, maja 17, 2016

Dzisiaj znowu staję się krytykiem z zadartym nosem i kolejny raz staram się udowodnić, że mogę pouczać innych autorów, mimo że sama jeszcze nie napisałam niczego wartego druku. Niestety mam bardzo mało czasu na czytanie, więc staram się przeznaczyć go na książki wartościowe lub takie pozwalające w jakiś sposób poszerzyć horyzonty. Nie wykluczam, że czasem warto poświęcić chwilę na coś lżejszego i mniej angażującego, jednak w moim przypadku to się zwyczajnie nie sprawdza. Wiele razy już próbowałam znaleźć czas na teksty w stylu kobiecego magazynu, ale jednak automatycznie zamiast skupić się na treści przeskakiwałam po wyrazach, gdzieś goniłam, starałam się od razu dotrzeć do meritum, zapominając o zwyczajnej radości z czytania. Nie mniej jednak nie wykluczam, że taka forma literatury mimo wszystko może być interesująca i warta uwagi. Dzisiaj mam przyjemność napisać o książce Calm doskonale wpisującej się w nurt książek aktualnie pożądanych i co najważniejsze łatwych do rozreklamowania. Ciężko jest wypromować pozycję naukową, bo oczywiste jest, że taka propozycja nie zainteresuje szerokiego grona odbiorców. Natomiast książka lekka i nieskomplikowana ma zdecydowanie większe szanse na stanie się hitem. Niestety bardzo często okazuje się, że ten bestseller jest jak znany celebryta. Wszyscy o nim mówią, ale kiedy już dochodzi do bezpośredniej konfrontacji zachwyt pryska jak bańka mydlana. 
Wyjątkowy przewodnik, który pozwoli zyskać nieco czasu i przestrzeni we współczesnym, rozpędzonym do granic możliwości świecie. Przełomowa książka, która idealnie równoważy potrzebę odzyskania spokoju z realiami nowoczesnej codzienności. Żeby odzyskać spokój, nie potrzeba specjalistycznego treningu, wystarczą umiejętności, z którymi rodzi się każdy z nas. Nie trzeba zbioru zasad, których należy bezwzględnie przestrzegać. Oto praktyczny dziennik swobodnych inspiracji, dzięki którym spokój może osiągnąć każdy. W dziewięciu rozdziałach uwzględniających każdy aspekt życia znajdziemy miks najnowszych badań naukowych, działań twórczych, ćwiczeń i inspiracji, które pozwolą uspokoić umysł i zacząć zmieniać świat wokół nas.

Kwestie wizualne
Oczywiście ocenianie książki po okładce jest błędem, ale mimo wszystko w tym wypadku to bardzo istotny punkt. Już po rozpakowaniu przesyłki zauważyłam, że w niektórych miejscach papier jest brzydko zagięty, stwierdziłam jednak, że zawinił tutaj po prostu sposób dostawy. Jednak im dłużej przyglądałam się tej książce, tym utwierdzałam się w przekonaniu, że jednak coś tutaj nie gra. Po pierwsze ma bardzo intensywny zapach papieru, który jest naprawdę rzadko spotykany i tutaj mnie nieco drażni. Po drugie przy każdej próbie otwarcia, strony tak skrzypią, że za każdym razem miałam wrażenie, że zaraz cała książka się rozpadnie. Pierwszy raz spotykam się z tego typu problemem i co prawda nie przeszkadza on w czytaniu, ale odbiera część przyjemność i momentami miałam wrażenie, że w dłoniach trzymam książkę stworzoną na szybko, bez większego przygotowania, a to nie wróży nic dobrego. Wszystko niefajnie trzeszczy, a okładka zagina się przy każdej próbie szerszego otwarcia na danych stronach. Brzmi to niezbyt zachęcająco, prawda? Nigdy nie pomyślałabym, że kiedykolwiek będę pisać o książce i dźwiękach jakie ona wydaje, a warto wspomnieć, że nie jest to wersja interaktywna, choć w sumie możliwość malowania po niej sprawia, że staje się taką trochę zabawką w dorosłych rękach. Jednak, aby nie było tutaj aż tak bardzo krytycznie, to muszę dodać, że ogólnie cała grafika książki jest bardzo przyjemna dla oka, pozytywna, może trochę dziecinna, ale mimo wszystko skupiająca uwagę. Jestem pewna, że taka estetyka zdecydowanie może zainteresować szerokie grono odbiorców, ale z drugiej strony muszę dodać, że część może poczuć pewnego rodzaju niedosyt ze względu na zanadto infantylny styl. Osoby młodsze mogą być zachwycone, ale bardziej dojrzała część czytelników poczuje merytoryczny niedosyt.


Zawartość merytoryczna
Tutaj właśnie najwyraźniej widać, że to nie jest zwykła książka, a raczej coś w rodzaju poradnika lub zeszytu ćwiczeń do wypełniania. Zaledwie połowa stron zapisana jest tekstem, a reszta to wszelkiego rodzaju grafiki, zdjęcia, tabelki, wykresy i pola do własnoręcznego uzupełnienia. Są też miejsca na rysunki, notatki i innego rodzaju bazgroły. Wszelkiego rodzaju strefy do wypełnienia od razu nasuwają na myśl modne aktualnie kolorowanki dla dorosłych i książki, po których trzeba pisać, ich strony można wyrywać, a cały tom na końcu najlepiej zniszczyć i wyrzucić po prostu przez okno. Z tych właśnie względów uważam, że nie do końca takiego rodzaju pozycje są na równi z klasycznymi książkami, które darzy się pewnego rodzaju szacunkiem, a rysa lub plama na nich boli niemalże jak odcisk na stopie po całym dniu chodzenia w niewygodnych butach. Wracając do kwestii dość ubogiego tekstu, warto wspomnieć, że ogólnie dotyczy medytacji oraz trenowania uważności. Co za tym idzie przesłaniem tej pozycji jest nauka spokoju, czerpania szczęścia z drobnych przyjemności życia. Ma zmienić się nasz sposób patrzenia na świat, a automatyczne wzorce reakcji mają być zastąpione jasnym myśleniem. Książka wpisuje się w aktualny trend slow life, a co za tym idzie tyczy się zredukowania stresu oraz poświęcona jest różnego rodzaju ćwiczeniom, które mają na celu zwiększenie kreatywności, relaks oraz skupienie. Sam autor wspomina o pędzie w jakim aktualnie żyjemy, o osobistych doświadczeniach w poszukiwaniu sposobu na własne życie, o stresie i elektronicznym towarzystwie, które czasem wpędza nas w smutek i przytłacza. Wszystko to brzmi sensownie, ale jak ma się to do rzeczywistości? Ogólnie rzecz biorąc uważam, że książka ta może być traktowana na dwa sposoby. Po pierwsze jest to po prostu ciekawy poradnik pełen pozytywnych grafik i pól do artystycznego wyżycia się lub zwykłego bazgrolenia dla relaksu. Każdy dobrze rysowanie serduszek i szlaczków może odstresować. Odnośnie tekstu to naprawdę trudno mi go sprawiedliwie ocenić. Co prawda czasem jest całkiem interesujący, ale nie mniej jednak w dużej mierze to po prostu kilka ciekawych faktów, a nie ambitna literatura. Z drugiej jednak strony może to być książka, która ma szansę zainteresować odbiorcę treścią dotyczącą medytacji i uważności. Istnieje szansa, że osoba szukająca spokoju, pragnąca zmienić swoje życie, potrzebująca przemyślenia kilku spraw, dążąca do bardziej świadomego przeżywania mijających dni, może potraktować Calm jako pierwszy krok do zmian. Mimo wszystko zdecydowanie nie jest to pozycja dla osób, które szukają ambitnej i fachowej literatury, chcą pogłębić swoją wiedzę, liczą na zagłębienie się w naukowym tekście. Co prawda czasem pojawiają się wzmianki dotyczące jakichś badań uniwersyteckich nad danym zagadnieniem, ale przeplatają się one z kilkoma pozytywnymi zadaniami do wykonania, paroma banałami i pewną liczbą dość lekkich w odbiorze faktów. Calm nie wymaga klasycznego czytania, ponieważ można zaczynać zapoznawanie się z tą pozycją od końca, wracać do poszczególnych rozdziałów, pominąć daną część i zapoznać się z nią w innym momencie. Nie tworzy ciągłości, a stanowi zbiór różnych elementów, które nie zawsze się ze sobą łączą. Tutaj kolejny raz widać podobieństwa do dziennika niż do klasycznej książki. 


Krótkie podsumowanie
Mimo kilku pozytywnych aspektów nie jestem fanką tej książki. Nie chcę jej jednoznacznie skreślać, ale po prostu nie jest to rodzaj literatury, który wywołuje u mnie szybsze bicie serca i angażuje tak, że myślę tylko o tym, aby przeczytać kolejną stronę i dowiedzieć się czegoś, co nie pozwoli mi wieczorem zasnąć. Może to nie moja estetyka lub po prostu jeszcze nie dorosłam do tego sposobu na postrzeganie świata lub przeciwnie, jestem zbyt dojrzała na poświęcanie czasu na takie rozrywki związane z dziecinnym malowaniem. Jest to pozycja, która może zabić nudę, daje chwilę zabawy, pozwala dowiedzieć się czegoś nowego, może nawet poszerzać horyzonty. Nie wykluczam, że z innej perspektywy Calm może stać się wartościową literaturą pozwalającą zrelaksować się, a być może nawet rozpocząć nieco inne postrzeganie własnego życia. Nie do końca jednak układa mi się to wszystko w jedną całość. Z jednej strony bowiem przesłanie jest bardzo ambitne i ważne, ale jednak nie pasuje mi ono do kolorowych obrazków, zabawnych grafik i trochę dziecinnych zadań do wykonania. Warto przejrzeć, przeczytać kilka stron, chwilę się zastanowić i dopiero wtedy na chłodno podjąć decyzję o ewentualnym zakupie. Sprawdzi się też jako niebanalny prezent, ale ostatecznie z mojej perspektywy nie jest to pozycja, która zrewolucjonizowała moje życie. Staram się być rzeczowa i obiektywna, ale jest to bardzo trudne zadanie, aby w miarę sprawiedliwie ocenić książkę, która nie pokrywa się z moimi zainteresowaniami i upodobaniami. Nie martwcie się jednak, bo krążące opinie są w dużej mierze pozytywne, więc to po prostu mój wrodzony krytycyzm znowu wziął górę! 

Lubicie tego typu książki, a może jednak perspektywa malowania i pisania w książce jest dla was absolutnie niedopuszczalna?

Calm - Michael Acton Smith. Książka do rysowania, notowania i...medytowania.

wtorek, maja 10, 2016

Macie jakieś urodowe wspomnienia z dzieciństwa? U mnie najbogatsze w szczegóły są pamiątki w głowie dotyczące włosów do pasa, którymi wszyscy się zachwycali. Ja w tym samym czasie nigdy nie mogłam ich rozczesać, a po każdym myciu zalewałam się łzami i do teraz mam ciarki jak o tym pomyślę. Niesłuchane ile dla urody potrafi już poświęcić kobieta lat sześć! Liczył się jednak efekt, okrzyki zachwytu i element wyglądu, który zdecydowanie odróżniał mnie od innych. Inną mniej przyjemną kwestią były moje łydki, które na zmianę pory roku od kiedy pamiętam reagowały jak stawy na pogodę u reumatyka. Wahania temperatury oraz inne czynniki powodowały, że skóra stawała się zaczerwieniona, sucha, czasem nawet z białymi mikropęknięciami. Co prawda nie jest to zapalenie mieszków włosowych, a jakaś irytująca przypadłość, którą każdy dermatolog interpretuje nieco inaczej. Daje mi ona żyć, nie gnębi mnie i tylko czasem drażni i skłania do wizyty w aptece. Poza tym małym defektem moja skóra na ciele jest znośna i nie przysparza mi wielu problemów, więc zapewne zmartwienie związane z łydkami pojawiło się tak dla równowagi w przyrodzie, abym zanadto nie popadła w samozachwyt. Dość jednak tego użalania się nad swoim losem, bo wystarczy nieco spojrzeć poza swoją strefę komfortu, aby dostrzec z jak poważnymi i uciążliwymi problemami urodowymi zmagają się inni, a wtedy nawet jeden z największych kompleksów staje się nic niewartą błahostką. W takim razie będzie to komentarz osoby mającej pewnego rodzaju problemy skórne, ale te nieuciążliwe i nie wpisujące się w kategorię choroby. Zabrzmiało może trochę poważnie, więc za chwilę postaram się nieco rozluźnić atmosferę. 
Preparaty Emolium to kompletne emolienty, które dostarczają składniki niezbędne do ochrony skóry, utrzymania jej w zdrowiu i fizjologicznej równowadze. Rekomendowane są do codziennej pielęgnacji skóry wrażliwej, suchej, skłonnej do podrażnień, alergii lub zmian atopowych. Bogate formuły oparte na bezpiecznych i skutecznych substancjach aktywnych działają zarówno na powierzchni, jak i w głębokich warstwach naskórka, chroniąc zdrowie skóry dzieci i dorosłych.Znaki szczególne

Ogólna charakterystyka
Nie trzeba być znawcą tematu, aby na pierwszy rzut oka stwierdzić o co chodziło tutaj producentowi. Minimalistyczny design, biel przywołująca na myśl czystość i czerwień alarmująca o jakimś problemie. Opakowania jednoznacznie wskazują, że są to produkty apteczne dedykowane określonej grupie odbiorców. W tym przypadku jest mowa o posiadaczach skóry suchej, wrażliwej i skłonnej do wszelkiego rodzaju podrażnień. Inną kwestią jest fakt, że chyba naprawdę trudno stworzyć taką etykietę kosmetyku, która będzie odpowiednia dla bardzo szerokiego grona odbiorców, zarówno bez względu na ich wiek i płeć. Czasem odnoszę wrażenie, że takie kosmetyki wywołują pewien rodzaj obawy, bo sygnalizują, że stworzone są do konkretnego problemu, więc dobranie ich do danego typu skóry może budzić lęk. Wydaje mi się, że tak na ludzi działają czasem apteki wypełnione lekami, więc i kosmetyki tam bytujące budzą pewnego rodzaju respekt i lekki strach. Moim zdaniem czasem trzeba się przełamać, spróbować czegoś innego lub po prostu zapytać farmaceutę i ostatecznie samemu zdecydować co jest nam właściwie teraz potrzebne. Apteka to nie biblioteka i można tam czasem nawet podnieść głoś i się uśmiechnąć. Poza tym o ile rozumiem porady i zapewnienia producentów na konkretnym opakowaniu, o tyle nie traktuję ich tak śmiertelnie poważnie. Jeśli mam w miarę normalną skórę ciała, ale z jakiś względów chcę spróbować innej, bardziej delikatnej pielęgnacji, to nie drżę na myśl o tym, że stosuję produkt, który z pozoru nie jest dla mnie. Już parę razy okazało się, że czytając ulotkę nie było tam wzmianki o mnie, a kosmetyk o dziwo zadziałał dobrze. W kwestii bardziej technicznej dodam, że produkty te są bezzapachowe, czyli mają swój specyficzny aromat. Nie jest on z pewnością niczym szczególnym, podchodzę do niego z rezerwą i po prostu toleruję, ale zachwytów zdecydowanie nie będzie. To tyle ogólnego wstępu, a teraz zapraszam na przedstawienie konkretnych produktów.

Kremowy żel do mycia
Kremowy żel do mycia Emolium to kompletny emolient do codziennej higieny skóry wrażliwej, suchej i skłonnej do podrażnień. Delikatnie i skutecznie myje skórę, nie naruszając jej ochronnej bariery hydrolipidowej. Nie podrażnia i nie wysusza skóry. Ma bardzo dobre właściwości nawilżające. Dzięki specjalnie dobranej formule zawierającej łagodne substancje myjące i skuteczne składniki aktywne doskonale oczyszcza skórę i chroni jej barierę lipidową.

Produkt ten ma dość rzadką konsystencję i półprzezroczysta barwę. Po roztarciu w dłoniach z odrobiną wody nie pieni się tak intensywnie jak standardowy żel, a naprawdę delikatnie i prawie niezauważalnie. W sumie więcej ma różnic niż podobieństw w stosunku do tych wszystkich podobnych z nazwy kosmetyków o tęczowych barwach i kolorach, których nazw nawet nie potrafię wymienić. Odstaje od innych pod względem zapachu, zachowywania się na skórze oraz efektu jaki pozostawia po. Mam wrażanie, że przez brak jakże popularnego pienienia się jest trochę mniej wydajny, a może po prostu trudno jest przestawić się tak od razu na inny rodzaj mycia i trzeba nieco go poznać i wypracować pewnego rodzaju strategię. Nie mniej jednak rozcierając go na skórze czuć, że on tam rzeczywiście jest, że myje, nie znika i nie odnoszę wrażenia, że czyszczę skórę samą wodą i muszę co chwilę stosować nową porcję kosmetyku. Poza tym nie wiem jak to precyzyjnie określić, ale podczas mycia standardowym żelem czasem mam wrażenie, że razem z zanieczyszczeniami usunęłam połowę zewnętrznego naskórka, a skóra po jest już bez tej zabezpieczającej bariery, przesuszona, ściągnięta i domagająca się jakiegoś ratunku w postaci treściwego balsamu przynoszącego ulgę. W przypadku tego produktu dzieje się nieco inaczej, ponieważ czuję, że po kąpieli skóra jest czysta, ale jakby poza tym co niepotrzebne, nic więcej nie zostało usunięte z jej powierzchni. Dodam jeszcze, że po zastosowaniu ciało staje się miękkie, przyjemne w dotyku i nie pokryte żadną warstwą pozostałości danego składnika żelu. Warto wspomnieć, że jest to emolient, który ma natłuszczać skórę, więc logiczne jest, że nie pozostawi jej przesuszonej i napiętej, ale mogą pojawić się obawy, że pokryje skórę tłustą warstewką, a chyba nie tego większość osób oczekuje po kąpieli. Czasem rządzą nami przyzwyczajenia i wymagamy czegoś, co towarzyszy nam od dawna, a wszelkie zmiany mogą wydawać się mało komfortowe i nie ważne, że stoją za nimi nawet rzeczowe i mocne argumenty. Najważniejsze, że jego zadaniem jest utrzymywanie odpowiedniej porcji wilgoci na wielu poziomach, ale sam w sobie zachowuje równowagę i nie pokrywa skóry konkretnie wyczuwalną warstwą. Naskórek rzeczywiście wydaje się jakby bardziej miękki i nawilżony, ale to wszystko i przeciwnicy lepiącej skóry mogą spać spokojnie. Co najważniejsze nie pojawia się tutaj problem z zaburzonym pH, a przynajmniej skóra nie reaguje na niego negatywnie, bo nie wyczuwam żadnego nieprzyjemnego ściągnięcia. Pisałam już, że nie zmagam się z jakimś bardzo uciążliwym problemem skórnym, więc po takiej kąpieli mogę się obejść bez zastosowania kolejnego kroku, czyli nałożenia balsamu. Robię to jednak sumiennie, a przynajmniej staram się otoczyć takim opatrunkiem strefy potrzebujące więcej uwagi, ale o tym w następnym akapicie. 

Emulsja do ciała
Emulsja do ciała Emolium to kompletny emolient zalecany do codziennej pielęgnacji skóry wrażliwej, suchej i skłonnej do podrażnień. Długotrwale nawilża skórę zapewniając jej zdrowe funkcjonowanie. Zmiękcza i uelastycznia naskórek. Wzmacnia barierę naskórkową, ogranicza utratę wody. Chroni przed podrażnieniami, wysuszeniem i czynnikami zewnętrznymi. Dzięki bogatej formule opartej na bezpiecznych i skutecznych składnikach aktywnych działa kompleksowo i długotrwale na powierzchni i w głębi naskórka.

Posiada konsystencję dość gęstego balsamu, który o dziwo zaskoczył mnie swoimi właściwościami. Obawiałam się, że będzie zbyt ciężki i zanadto natłuszczający, bo co prawda nie straszna mi pozostająca na skórze warstwa, ale mimo wszystko nie zawsze jest ona czymś akurat pożądanym. Produkt rozprowadza się bardzo dobrze i początkowo jest dość mocno wyczuwalny na skórze, ale dość szybko się wchłania i pozostaje po nim delikatna poświata, która nie jest uciążliwa, a nawet konieczna, bo przy bardzo suchym naskórku daje ona pewnego rodzaju efekt ulgi i ochrony nadwyrężonego fragmentu ciała. Jak już wspominałam rezultat końcowy zaskoczył mnie bardzo pozytywie i cieszę się, że emulsja sprawdza się również po porannej kąpieli. Po kilku godzinach od aplikacji produkt nie jest już wyczuwalny na skórze, ale ciało pozostaje miękkie, nawilżone, bez oznak nieprzyjemnego przesuszenia. Początkowo myślałam, że produkt ten będzie najlepszy wieczorem, kiedy tłusta warstwa nie jest dla mnie żadnym problemem. Ostatecznie okazało się, że w tubie zamknięta jest emulsja, którą można aplikować o każdej porze dnia i nie ma ku temu przeciwwskazań w postaci lepkości będącej niemałą przeszkodą chociażby podczas gorącego lata. Nie wiem jak wy, ale u mnie tłuste kosmetyki latem sprawiają, że temperatury wydają mi się jeszcze wyższe, a ogólny klimat staje się bardziej męczący. Miałam spore obawy, ale ostatecznie moje wymagania zostały spełnione, a nawet jestem miło zaskoczona, a to się chwali patrząc, że to kosmetyk bardziej leczniczy niż uprzyjemniający chwilę relaksu. Ja traktuję go jako taki codzienny ratunek najbardziej wymagających stref skóry i w tej roli sprawdza się naprawdę bardzo dobrze. Tak jak produkt opisywany wyżej jest to emolient, który zabezpiecza przed utratą wody i uzupełnia niedobory lipidów. Szczególnie ostatnie stwierdzenie może brzmieć obco, ale ogólnie rzecz ma się tak, że kosmetyk ten w głównej mierze dba o to, aby po prostu skóra utrzymywała odpowiedni poziom nawilżenia i to chyba najbardziej pożądane jest w działaniu wszelkich maseł i balsamów. Mimo wszystko zawsze trzeba mieć na uwadze, że kosmetyk ma za zadanie ograniczyć utratę wody ze skóry, a jakby się nie starał i tak nigdy nie 'wpompuje' jej tam z powrotem. Taka wiedza jest bardzo przydatna, bo chyba zbyt często producenci kosmetyków celowo dość pokrętnie formułują zasady działania konkretnych produktów, substancji aktywnych i składników. 

Podsumowanie delikatnej pielęgnacji
Jak już pisałam kosmetyki absolutnie spełniły moje oczekiwania, ponieważ okazały się skuteczne, bardzo delikatne i w pełni odpowiadające moim osobistym preferencjom odnośnie konsystencji i ostatecznego zachowania na skórze. Nie mniej jednak nie są to produkty, które mają łatwo pod względem marketingowym. Na pierwszy rzut oka widać, że to kosmetyki apteczne przeznaczone do pewnego typu skóry, więc skłonią do siebie jedynie osoby rzeczywiście szukające czegoś konkretnego. Jest to oczywiście zasadne, ale zarówno żel i emulsja sprawdziły się na skórze całego mojego ciała, która w jednych strefach jest problematyczna, a w drugich absolutnie normalna. Inną kwestią jest oczywiście charakterystyczny zapach który trzeba po prostu tolerować i uznać za neutralny, bo może się mylę, ale jednak nie wydaje mi się, żeby miał on jakichś zagorzałych zwolenników. Nie są to, więc kosmetyki ładnie prezentujące się na toaletce, zachęcająco pachnące i cieszące się powszechnym pożądaniem osób ulegającym wszystkim sprzedażowym sugestiom różnych mediów. Oczywiście przyznaję się, że ja najbardziej należę do tej grupy łasej na piękne zdjęcia, cudowne kampanie i czasem niezdrowy konsumpcjonizm. Wracając do meritum, uznałabym po prostu, że to działające produkty dla minimalistów lub osób zmagających się z jakimś konkretnym problemem. Można jak najbardziej wypróbować na sobie jak się sprawują, ale trzeba racjonalnie przygotować się się na efekt działania, a nie nastawiać się na wszelkiego rodzaju względy poboczne. Oczywiście uwielbiam kosmetyki o ciekawych zapachach ubrane w piękne opakowania, które wywołują skrajne emocje już od pierwszego spojrzenia, ale nie obawiam się również tych z nieco innej półki, w przypadku których najpierw poznajemy działanie, a dopiero później zachwycamy się lub z dezaprobatą kręcimy nosem.

Preferujecie kosmetyki drogeryjne czy jednak apteczne? Co do jednych i drugich was zachęca, a co stoi na przeszkodzie czerpania przyjemności z ich stosowania?

Kosmetyki Emolium - delikatniejsza strona pielęgnacji.

środa, maja 04, 2016

Można dużo mówić o składach kosmetyków, ich działaniu i wydajności, ale mimo wszystko aspekty z pozoru mało ważne jednak czasem grają pierwsze skrzypce. Oczywiście mogę używać kosmetyków przeciętnie pachnących lub takich bezzapachowych, ale nie ukrywam, że wtedy zawsze ciężko jest z moją systematycznością. Jeśli coś rzeczywiście działa to mimo przeciętnej kompozycji zapachowej dostaje ode mnie kredyt zaufania. Mimo wszystko przyjemność związana z nakładaniem na ciało produktu o świetnym aromacie zdecydowanie potęguje relaks i celebrację chwili tylko dla siebie. Niestety czasem brak radości związanej z aromatem idzie w parze w kosmetykiem, który pojawia się na mojej skórze i nie spełnia żadnej roli. Takie przypadki niestety się zdarzają, a ja mam nadzieję, że to moje ciało jest nad wyraz wybredne, a nie producent postanowił wypuścić na rynek takiego niezjadliwego zakalca. Jednak to nie o mojej naiwności miało dzisiaj być, a o zapachach o których mogłabym pisać godzinami. Uwielbiam ubierać je w słowa, dodawać do nich jakieś drugie dno, wplatać różne historie. Dzisiaj mam przyjemność napisać o kosmetykach, które polubiłam od pierwszego otwarcia. Nie ukrywam, że to właśnie aromaty w nich zamknięte zdobyły moje serce i w dużej mierze wpłynęły na ostateczną opinię. Mimo wszystko uważam, że działanie również nie pozostaje w tyle. W takim razie w tymże wpisie będzie bardzo subiektywnie, trochę magicznie i zdecydowanie pachnąco z marką Harmonique, która również oczarowała mnie jakością i świetnym składem kosmetyków.
Marka Harmonique powstała z potrzeby życia w harmonii  z naturą. Naszą misją jest tworzenie produktów, które pomogą naszym klientom zachować piękny wygląd, korzystając z tego co daje nam otaczająca nas natura. Naturalne tłoczone na zimno oleje, naturalne masła, wodne ekstrakty z roślin są źródłem wielu cennych witamin i mikroelementów, które wpływają znacząco na poprawę kondycji naszego ciała. Nasze kosmetyki cechuje wysoka koncentracja naturalnych składników aktywnych, które działają lepiej niż syntetyczne i z całą pewnością są bezpieczne. W kosmetykach Harmonique nie stosujemy syntetycznych składników, których bezpieczeństwo stosowania poddano w wątpliwość.

Znaki szczególne i zapach
Opakowania oraz ich szata graficzna moim zdaniem wypadają raczej zwyczajnie. Nie ma tutaj mowy o jakimś szczególnym zaskoczeniu, a raczej mamy do czynienia z poprawnością zamkniętą w czerni, która jak mniemam ma wpływać na postrzeganie produktu jako nieco luksusowy. Ogólnie rzecz biorąc jest w dobrym guście, ale bez jakiegoś szczególnego zadęcia z wyższej półki lub braku gustu z tej nieco niższej. Jednak to nie opakowania zasługują tu na dłuższą wzmiankę, a zapach, o którym wspominałam już na samym początku. Producent zapewnia, że aromat ten to scalenie pomarańczy, cynamonu oraz goździka i ja jak najbardziej się z tym zgadzam. Ogólnie rzecz biorąc jest to połączenie korzennych nut odrobinę odświeżonych soczystym cytrusem. Jestem fanką takich zapachów, uwielbiam je i są one moimi ulubionymi kompozycjami. Genialnie otulają skórę woalem i rozpieszczają ciało, ale chyba jeszcze bardziej moje zmysły. Tak się jakoś składa, że uwielbiam pomarańcze i goździki, cynamon trochę mniej, ale tutaj wszystko jest tak zrównoważone, że poszczególne komponenty się uzupełniają i żaden nie jest na pierwszym planie, a tworzy się naprawdę zgrane trio. Co prawda nuty te najbardziej pasują na nieco chłodniejsze dni, ponieważ rozgrzewają jak ciepła herbatka z konfiturą. Ja jednak uwielbiam je tak mocno, że mogę używać dosłownie przez cały rok i nie widzę przeciwwskazań do łączenia goździka i cynamonu z letnim upałem. Muszę jednak zaznaczyć, że takie nuty zapachowe nie każdemu odpowiadają, a ponadto mogą rzeczywiście czasem wydać się odrobinę zbyt ciężkie i niedopasowane do aktualnej pory roku. Moim zdaniem to po prostu cudowne połączenie dla pasjonatów korzennych klimatów i osób, które w aromatycznych kompozycjach szukają czegoś więcej. Dla zobrazowania moich odczuć podałam cytat poniżej, który moim zdaniem w świetny sposób obrazuje rolę wszelkiego rodzaju zapachów. Nie raz zdarza mi się, że wracam do danych perfum, spryskuję nimi nadgarstki i zaraz wracają do mnie wspomnienia, które od jakiegoś czasu żyły gdzieś w ukryciu i nagle obudziły się z długiego snu. To jakaś magia i dowód na to, że aromaty spełniają wielowymiarową rolę w naszym życiu... 
Piosenki i zapachy przenoszą człowieka w czasie bardziej niż cokolwiek innego. To zadziwiające, ile można sobie przypomnieć, dzięki kilku dźwiękom albo odrobinie zapachu... Emily Giffin

Masło do ciała Pomarańcza & Cynamon & Goździk
Bogate w składniki naturalne masło do ciało o gęstej, kremowej konsystencji z lekkością rozsmarowuje się na skórze i szybko się wchłania. Innowacyjna formuła Soft Touch pozostawia na skórze aksamitną powłokę chroniąc skórę przed utratą wilgoci. Zastosowany kompleks Liporedux - na poziomie komórkowym, aktywnie spala tkankę tłuszczową i blokuje jej odkładanie. Kompozycja olejów i wyciągów roślinnych wspomaga działania kompleksu. Olejek pomarańczowy - zmiękcza skórę, zwiększa elastyczność, olejek cynamonowy - rozgrzewa skórę, działa ujędrniająco i ściągająco, olejek goździkowy - rozgrzewa i poprawia ukrwienie, kofeina - działa odwadniająco na komórki przez co wygładza i napina skórę, pobudza mikrokrążenie, działa antycellulitowo. 

Masło ma delikatnie różową barwę i konsystencję, która jest gęsta, ale nie twarda i zbita, a miękka i puszysta. Aksamitnie rozsmarowuje się na skórze, otacza ją intensywną warstwą zapachu oraz nie wchłania się zupełnie, a pozostawia lekki woal wyczuwalny na ciele. Nie jest to bardzo tłusta warstewka, a raczej taka w granicach przyzwoitości. Zwykle stosowałam to masło wieczorem i rano na ciele zapach był lekko wyczuwalny, a skóra była gładka, przyjemna w dotyku i delikatna. Da się więc zauważyć, że masło rzeczywiście ma długofalowe działanie, a jego regularne stosowanie skutkuje poprawą jakości naskórka i wyraźnym zadowoleniem. Na łydkach często mam bardzo suchą skórę i po zastosowaniu masła czuć było wyraźną ulgę, bo zawarte w kosmetyku składniki pracowały, aby naskórek miewał się dobrze, a wszelkiego rodzaju przesuszenia zostały zredukowane. Co najważniejsze przy codziennym stosowaniu nie obserwowałam już białych przesuszonych plam w newralgicznych strefach. Jestem więc skłonna stwierdzić, że masło moim zdaniem ma świetną treściwą konsystencję, która jest bardzo przyjemna w stosowaniu, zostawia wyraźny, ale nie uciążliwy film oraz zauważalnie poprawia jakość skóry przy regularnym stosowaniu i mam tu na myśli wygładzenie oraz utrzymanie odpowiedniego nawilżenia. Nie mniej jednak suchość mojej skóry pojawia się jedynie okresowo i tylko na pewnych partiach ciała, więc nie mam pewności jak produkt ten zachowałby się w stosunku do skór bardzo suchych, wręcz cierpiących z tego powodu. Odnośnie działania na ten nieszczęsny cellulit jestem zdania, że kosmetyki mogą być świetnym kompanem w tej nierównej walce, ale ja aktualnie jestem zbyt leniwa na aktywność fizyczną, więc mimo wszystko efektywności zwalczania tego defektu nie ocenię. Wydaje mi się, że zawarte w maśle komponenty mogą rzeczywiście pomóc, ale intensywne wcieranie ich w uda i siedzenie z założonymi rękami tak naprawdę nic nie da. 
Cena: 59 zł/ 200ml

Mleczko do ciała Pomarańcza & Cynamon & Goździk
Wyjątkowe mleczko do ciała o lekkiej konsystencji z łatwością rozsmarowuje się na skórze i szybko się wchłania. Swoim cytrusowo - korzennym zapachem mleczko pobudza i dodaje energii.

Kosmetyk ten nieco różni się od tego opisywanego poniżej. Zapach jest taki sam, ale konsystencja jest rzadsza, o białej barwie i po prostu typowa dla tego typu produktu, aczkolwiek nie spływa nieprzyjemnie z dłoni, dlatego też bardziej nazwałabym go balsamem niż mleczkiem. Nie ważne jest jednak nazewnictwo, a po prostu działanie i inne widoczne gołym okiem właściwości. Produkt jest oczywiście lekki, ale w moim odczuciu w działaniu nie odbiega zbytnio od masła. W takim wypadku wygrana zależy po prostu od osobistych upodobań. Ja szczerze mówiąc wolę bardziej treściwą i gęstą masę niż te bardziej płynne konsystencje. Niewątpliwie te drugie są lepsze na co dzień i tak własnie używałam tego kosmetyku. Moim zdaniem dobry jest do stosowania po porannej kąpieli, ponieważ pokrywa ciało zabezpieczającą warstwą, która prawie zupełnie się wchłania i pozostawia niekłopotliwą, aksamitną i przyjemną powłoczkę, której zapach długo się utrzymuje na powierzchni ciała. Co najważniejsze woal ten jest wynikiem wprowadzenia do składu dobroczynnych olejków oraz masła shea, a nie wszelkiego rodzaju pochodnych parafiny, które oczywiście przegrywają w przedbiegach z naturalnością. Dodatkowo mam wrażenie, że mleczko ma bardziej wyczuwalne działanie ujędrniające. Nie jest to może jakiś spektakularny efekt, ale ciało wydaje się bardziej sprężyste. Oczywiście zauważalne jest też wygładzenie oraz efekt miękkiej i delikatnej skóry, której aż chce się dotykać. Zdecydowanie należę do grupy osób, które wolą kosmetyki, które zostawiają na skórze mniej lub bardziej wyczuwalną warstwę i nie po drodze mi z takimi, które wchłaniają się w ciągu kilku minut i co prawda czasem nawilżają, ale mimo wszystko skóra po ich użyciu nadal nie jest aksamitna w dotyku i gładka, a to dla mnie bardzo istotna kwestia.
Cena: 39 zł/250 ml

Pachnące podsumowanie
Po pierwsze zaznaczę raz jeszcze, że zapach zdecydowanie przypadnie do gustu osobom uwielbiającym korzenne klimaty doprawione soczystymi cytrusami. Jest bardzo głęboki i niejednowymiarowy aromat, który absolutnie zdobył moje serce i w pełni wpisuje się w moje zapachowe gusta. Jeśli miałabym doradzić wybór kosmetyku spośród tych dwóch, to już spieszę z podpowiedzią. Masło ma świetną konsystencję, jest treściwe, ale też przyjemnie puszyste i pozostawia na skórze wyraźną warstewkę. Z kolei mleczko jest bardziej lekkie i na ciele wchłania się prawie zupełnie pozostawiając wyłącznie aksamitny woal. Nie mniej jednak uważam, że oba te kosmetyki działają bardzo podobnie. Masło według mnie nieco bardziej nawilża, a mleczko szczyci się intensywniejszym działaniem ujędrniającym. Tak jak już wspominałam nie oceniam działania antycellulitowego, ponieważ nie potrafię wydać obiektywnej opinii. Nie wykluczam, że takowe istnieje, ale też podchodzę do tego bardzo racjonalnie i nie wymagam rzeczy niemożliwych. Dodam jeszcze dla chętnych, że na wzmiankę i większe zainteresowanie zasługuje skład tychże kosmetyków, który pełny jest drogocennych olejków i wolny jest od wszelkiej maści silikonów, PEGów, SLESów, parafiny, wazeliny oraz formaldehydu. Sama przyjemność dla ciała i ducha!

Znacie kosmetyki marki Harmonique? Jakie znaczenie ma dla was zapach poszczególnych produktów? Zwracacie szczególną uwagę na składy, czy dajecie szansę nawet tym z mniej naturalnym wnętrzem?  

Masło oraz mleczko do ciała Harmonique - o tym, że zapach ma ogromne znaczenie!

piątek, kwietnia 29, 2016

Kosmetyki do włosów wiele razy traktowałam po macoszemu, ponieważ zbyt często były jednym wielkim rozczarowaniem. Grube i gęste włosy bywają powodem do dumy, ale jeszcze częściej są przyczyną wielu katastrof. Sen z powiek spędzały mi nieraz szampony niedokładnie oczyszczające włosy lub odżywki, które niemiłosiernie obciążały fryzurę. Mnóstwo zawodów oraz nieustanna walka z kłopotliwą strukturą puszących się włosów, sprawiły że wielokrotnie nie miałam nawet najmniejszej ochoty na kolejne próby poszukiwania kosmetyków bardziej odpowiednich dla moich małych niedoskonałości. O ile produktów do makijażu przybywało, o tyle te do włosów ograniczyłam wyłącznie do czegoś myjącego i ewentualnie odżywiającego od czasu do czasu. Nie była to świadoma pielęgnacja ani modny ostatnio minimalizm, a coś w rodzaju zniechęcenia kolejnymi nieudanymi próbami walki o przyzwoite odbicie w lustrze. Od jakiegoś czasu całe szczęście dla mojego pragnienia posiadania i nieszczęście dla portfela, jest już zdecydowanie lepiej, a na półce mnożą się kosmetyki, które o dziwo spełniają moje oczekiwania. Tym razem chciałabym podzielić się informacją na temat produktów, które absolutnie zdobyły moje serce i co prawda nie są odpowiednie dla każdego, ale już spieszę z wyjaśnieniami na czym polega ich fenomen i jednoczesna uniwersalność. 
Pionierska marka Laboratoria Klorane z zaangażowaniem i konsekwencją realizuje politykę polegającą na ścisłym przestrzeganiu etyki farmaceutycznej wymagającej rygorystycznego postępowania na wszystkich etapach wytwarzania produktu, kieruje się filozofią odwołującą się do doświadczenia botanicznego - filaru marki, której wszystkie produkty zawierają wyciągi roślinne, i do wiarygodności - kluczowej wartość marki, oraz nieustannie dokłada starań, by chronić nasze dziedzictwo roślinne.
Pierwsze wrażenie i zapach zasługujący na oddzielny akapit
Absolutnie trafia do mnie estetyka tych wszystkich produktów. Czystość, brak niepotrzebnych udziwnień, klasa oraz minimalistyczny styl już od samego początku zasiały w mojej głowie ziarnko nadziei i wielkich oczekiwań. Jestem niemalże pewna, że każdy doceni ten design, a nawet jeśli nie trafi on w czyjeś oczekiwania, to z pewnością nie nazwie go słabym lub w złym guście. Wolę jednak teraz przejść do dużo ciekawszej kwestii, a mianowicie do zapachu, który wywołuje u mnie specyficzne emocje. Dwa produkty pochodzą z serii oliwkowej, a jeden z owsianej, ale wszystkie pachną dość podobnie, choć ta pierwsza wersja trochę bardziej mi odpowiada. Po pierwsze jest to niezwykle naturalne i ziołowe połączenie woni. Zapach jest specyficzny, ale nie drażni nadmiernym przesyceniem zbyt agresywnych komponentów. Pachnie jak jakiś własnoręcznie robiony wywar ze starego przepisu babci i nie zawiera w sobie żadnych sztucznych upiększaczy o modnych połączeniach aromatów. Z tego też powodu za każdym razem kiedy stosuję te kosmetyki, a szczególnie myjąc włosy szamponem mam wrażenie, że jest upalne lato, a ja biorę chłodną i odświeżającą kąpiel. Może to nadinterpretacja i lekka przesada, ale ten zapach jednoznacznie kojarzy mi się z czystością, lekkością, brakiem sztuczności. Jego aromat przywołuje wieś, zioła, świeżą trawę, rosę, oddech, spokój i relaks. Zaznaczę możne na koniec, że nie jest to aromat specjalnie wybitny, a może i całkiem zwykły i pospolity. Początkowo był mi nawet obojętny, ale wraz z upływem czasu nabrałam do niego ogromnej sympatii, która zapewne wynika z ogólnego polubienia tychże kosmetyków. 

Klorane - Olive szampon przywracający gęstość włosów
Szampon na bazie wyciągu z drzewa oliwnego został stworzony dla włosów osłabionych wraz z wiekiem. Jego sekret? Przywraca równowagę skóry głowy i regeneruje włosy. Wnika głęboko, włosy stają się widocznie grubsze. Odzyskują sprężystość, strukturę i witalność.

Jest to mój zdecydowany ulubieniec, który trafił do mnie nie przez zapewnienia producenta, a po rekomendacji mojej koleżanki gwarantującej jego super moce. Postanowiłam, więc przetestować tego superbohatera, a patrząc na moje włosy stwierdziłam, że i tak nie mam nic do stracenia. Walorów zapachowych opisywać ponownie nie będę, więc przejdę do zagadnień związanych konsystencją. Produkt ma lekko zielonkawą barwę, średnio rzadką strukturę oraz pieni się bardzo dobrze, więc z wydajnością też jest całkiem fajnie. Włosy podczas mycia nie stają się w jakiś specjalny sposób gładkie, ale też nie ma mowy o przesadnym plątaniu lub nieprzyjemnej szorstkości. Rozczesują się raczej normalnie, a zapach na nich jest raczej niewyczuwalny. Te argumenty sprawiają, że ktoś mógłby być zainteresowany dlaczego właściwie tak polubiłam ten kosmetyk. Po pierwsze zapach sprawia, że od początku czuć, iż włosy są świeże, czyste i nie zalegają na nich żadne pozostałości z szamponu. Idealnie oczyszcza i nie ma mowy o nieprzyjemnym wrażeniu niedokładnego umycia włosów, co kiedyś zdarzało mi się bardzo często. Kolejnym argumentem jest fakt, że absolutnie nie obciąża i fryzura przez bardzo długi czas jest w nienagannym stanie. Uważam, że to produkt dobry dla osób, które mają problemy z włosami, które zbyt szybko się przetłuszczają, bywają niedokładnie oczyszczone. Ogólnie rzecz biorąc nie odnotowałam większych zmian związanych ze poprawą nawilżenia i ujarzmieniem oraz zapobieganiem plątania. Muszę też zaznaczyć, że nie jest to produkt, który w jakiś specjalny sposób ujarzmia, dyscyplinuje i trzyma włosy w ryzach. On po prostu oczyszcza, zapewnia świeżość, jest delikatny i nie szkodzi. Jeśli ktoś wymaga czegoś więcej to tutaj moim zdaniem najlepszym rozwiązaniem byłoby zastosowanie bogatszej odżywki na końce włosów. Jego zalety wydają się niewielkie, ale w moim odczuciu są naprawdę ogromne, bo brak prawidłowego mycia rzutuje chyba na wszystkie aspekty związane z wyglądem i zdrowiem włosów. Właściwości przywracających gęstość nie ocenię, bo aktualnie nie zmagam się z takim problemem, a poza tym niekoniecznie jestem przekonana, że wyłącznie szampon może w radykalny sposób wpłynąć na poprawę stanu rzeczy w tej trudnej kwestii.
Cena: 30 zł/ 100 ml 

Klorane - Olive koncentrat w srayu do osłabionych włosów
Koncentrat bez spłukiwania na bazie wyciągu z drzewa oliwnego zapobiega starzeniu się skóry głowy i pobudza jej mikrokrążenie, dzięki zastosowaniu unikalnej metody masażu opracowanego przez fizjoterapeutów. Wyciąg z drzewa oliwnego wnika we włókno włosa , aby nadać mu strukturę i odporność od nasady, aż po same końce. Włosy są widocznie grubsze, w doskonałej formie, odzyskują strukturę i witalność.

Produkt ten znajduje się w ciemnej buteleczce zaopatrzonej w dozownik, który aplikuje sporą ilość kosmetyku po jednym naciśnięciu. Miałam pewne obawy przed stosowaniem go u nasady włosów i to bez spłukiwania, bo wizja szybkiego przetłuszczania była bardzo nieprzyjemna. Mimo wszystko postanowiłam skorzystać z rad i skrupulatnie stosowałam koncentrat w połączeniu z masażem, którego tajniki już wyjaśniam. Po spryskaniu włosów należy masować okrężnymi ruchami najpierw kark, potem skronie oraz wierzchołek głowy, po czym czynności powtarzamy w odwrotnej kolejności i podobno wystarczy poświęcić na niego zaledwie trzydzieści sekund. Ten czas absolutnie mnie przekonał, ponieważ nie potrafię wykonywać monotonnych czynności lub czekać na coś przez długi czas. Kilka sekund masażu jednak nawet dla mnie nie było problemem. O dziwo po tym wszystkim rano włosy nie były obciążone oraz później nie przetłuszczały się w szybszym tempie. Jedyną różnica jaką udało mi się odnotować był fakt, że były trochę bardziej sztywne i miałam wrażenie, że jednak jakaś część koncentratu nadal na nich jest. Co mogę powiedzieć o działaniu wzmacniającym? Po pierwsze o dziwo tej wiosny nie odnotowałam większego wypadania włosów i na szczotce zostaje ich naprawdę niewiele. Po drugie moje baby hair rosną w zawrotnym tempie niemalże jak młoda trawa na murawie po deszczu. Mimo aktualnej świetnej kondycji zdrowotnej włosów (z tą wizualną jest nieco gorzej) nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć czy aktualny stan jest wynikiem stosowania wyłącznie tego koncentratu. Zaznaczę po prostu to, że jest to kolejny kosmetyk idealny dla włosów skłonnych do zbyt szybkiego przetłuszczania. O dziwo stosowałam go bardzo skrupulatnie i zachwycałam się faktem, że moje włosy po wysuszeniu są tak sypkie, puszyste i niesklejone lub obciążone pozostałościami substancji zawartych w kosmetyku. Ja jestem na tak!
Cena: 60 zł/ 100 ml 

Klorane - Avoine odżywka ułatwiająca rozczesywanie na bazie mleczka z owsa
Dzięki swojej wyjątkowo łagodnej formule, odpowiedniej dla włosów wszystkich członków rodziny, odżywka bez spłukiwania na bazie mleczka owsianego wygładza włosy i ułatwia rozczesywanie. Chroni nawet najbardziej delikatne włosy, sprawiając, że odzyskują naturalne piękno i wyjątkową miękkość. Odżywka została przebadana pod kontrolą dermatologiczną, może być również bezpiecznie stosowana przez dzieci. Nie zawiera parabenów ani silikonów.

Produkt ostatni, ale na pewno nie najgorszy w tym zestawieniu. To kolejny kosmetyk w sprayu, którego nie należy spłukiwać, więc znów wygrywa lenistwo! Tym razem opakowanie wygląda nieco bardziej zwyczajnie i jak się da zauważyć również cena jest o wiele niższa niż w przypadku koncentratu. Skoro producent zapewnia, że odżywka może być stosowana także przez dzieci, to chyba jednak musi w nim jednak być coś pozytywnego. Rozczesywanie włosów to był mój największy koszmar z dzieciństwa. Pamiętam jak po myciu moja mama próbowała ujarzmić moje włosy sięgające po pas, a ja w tym czasie wydawałam dźwięki tak straszliwe, że tylko święty mógł to wszystko wytrzymać. Pamiętam, że kiedyś wreszcie jakaś odżywka rzeczywiście sprawiła, że układnie włosów nie było takie bolesne, ale czy ta jej dorównuje? Ja spryskuję nią włosy od połowy długości i często po takim zabiegu idę spać. Rano fryzura jest często wręcz awangardowa, ale kilka ruchów szczotką i już pojawia się iskra nadziei, ponieważ włosy dość łatwo doprowadzam do porządku, a bywa to u mnie kłopotliwe, bo maja fryzura jest beznadziejnym przypadkiem poplątania z pomieszaniem. Z tego też względu ocenię ten kosmetyk jako pomagający rozczesać włosy, ale nie będący cudownym antidotum na ten koszmarny problem. Poza tym rano włosy są gładkie, miękkie oraz puszyste, bez śladu pozostałości po kosmetyku. Kolejny raz muszę napisać, że jestem zachwycona jego lekkością i jest to świetna propozycja dla osób szukających czegoś szybkiego i nieobciążającego. Znowu też dodam, że jednak fani mocnego nawilżenia i ciężkich i bogatych masek mogą być nieusatysfakcjonowani. Ja jednak należę do grona osób lubujących się w lekkości, bo jak się nosi na głowie tyle włosów, to naprawdę szuka się czegoś delikatnego jak rosa o poranku. Zabrzmiało to już chyba trochę kiczowato, a to znak, że zaczynam przesadzać z ilością tekstu, więc czas zabrać się za podsumowanie. 
Cena: 30 zł/200 ml 

Krótkie podsumowanie 
Na pewno z wcześniejszego tekstu sprawne oko zdołało wychwycić moją ogólną opinię dotyczącą tych kosmetyków, ale mimo wszystko w telegraficznym skrócie postanowiłam przedstawić swoje stanowisko. Pierwszy kontakt z marką Klorane uważam za bardzo udany. Zachwyciła mnie lekkość kosmetyków i zupełny brak obciążenia, który bardzo często jest w moim odczuciu wyznacznikiem być albo nie być danego produktu. Podoba mi się świetne oczyszczanie włosów i skóry głowy, delikatna poprawa komfortu podczas rozczesywania fryzury oraz fakt, że od kiedy stosuję te produkty, nie mam praktycznie żadnych problemów zdrowotnych związanych z kondycją włosów. Nie pojawił się łupież, żadna forma podrażnienia, włosy nie wypadają i są bardzo miękkie i puszyste. Co prawda nadal mi się puszą, ale chyba z tym już nie wygram za pomocą żadnego środka kosmetycznego. Ogólnie polecam te serie osobom szukającym lekkości i delikatności na co dzień. Nie radzę po nią sięgać jeśli jednak szukacie mocnego odżywienia i nawilżenia lub jeśli lubujecie się w ciężkich i bogatych maskach, bo to zupełnie inna kategoria produktu. Poza tym ziołowy aromat to idealna propozycja na odświeżającą kąpiel włosów podczas gorącego lata.

Znacie kosmetyki marki Klorane? Wolicie lekkie produkty to pielęgnacji włosów, a może należycie do grupy uwielbiającej treściwe maski i oleje?

Kosmetyki do włosów Klorane, czyli świeżość, lekkość i delikatność!