piątek, lipca 22, 2016

Ten weekend chciałabym przywitać razem z kosmetykami oczyszczającymi oraz maskami marki Tołpa. Na następną część poświęconą pielęgnacji cery zapraszam was już za tydzień, bo mam zamiar napisać o kilku kremach, maskach oraz serum do twarzy. Wszystkie kosmetyki wyglądają dość podobnie, od razu kojarzą się z produktami bardziej aptecznymi i na drogeryjnych półkach trochę gubią się wśród tych wszystkich wzorów i kolorów. Mi ten minimalistyczny design bardzo odpowiada, pasuje mi ta stylistyka i to charakterystyczne puszczenie oka do konsumenta, które widnieje na każdym produkcie w postaci mini komentarza. W ramach wstępu postanowiłam napisać wam co nieco na temat akcji kupuj mniej, co brzmi dość dziwnie jeśli mówimy o marce kosmetyków, której przecież powinno zależeć na wysokim poziomie sprzedaży. Tutaj jednak sednem sprawy jest wiedza, racjonalne kupowanie oraz zaniechanie marnowania kosmetyków. Jestem niemalże pewna, że każdej z was zdarzyło się wyrzucić całkiem dobry produkt tylko dlatego, że nie mogłyście się doczekać, aby otworzyć kolejny. Ja też tak robię i nie mam zamiaru udawać, że jestem wzorem ekologicznego i racjonalnego odejścia do tematu. Staram się nad sobą pracować, ale jak wiadomo przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, więc bywa ciężko. Mimo wszytko jednak chęci są, a to podobno pierwszy krok do sukcesu!
Stworzyliśmy ten przewodnik, by podzielić się z Wami naszą wiedzą na temat mądrego kupowania i tego, jak uniknąć późniejszych rozczarowań. Jeśli dzięki niemu choć jeden kosmetyk zostanie zużyty do końca, a jego działanie rozwiąże problem, będziemy wiedzieli, że było warto.
W poradniku znajduje się siedem kroków, które mają prowadzić do bardziej racjonalnego kupowania. Zaczynamy od określenia rodzaju skóry, przechodzimy przez testowanie, a kończymy na zużywaniu kosmetyków właściwie i do końca. Bardzo podoba mi się ta szczegółowa i interaktywna forma, dzięki której możemy przechodzić przez kolejne kroki, dowiedzieć się czegoś wartościowego lub zwyczajnie ciekawego. Ogólnie rzecz biorąc nie uznajcie moich słów za jakieś nad wyraz zachęcające, które trącą sztucznością. Po prostu lubię takie podejście do tematu, niesztampowość doprawioną fajnym pomysłem. Oczywiście nie każdy musi od razu wdrażać wszystkie te porady w swoje konsumpcyjne życie, ale jestem pewna, że przynajmniej kilka wskazówek jest godnych uwagi. Każdy ma przecież wybór, ale żeby podjąć decyzję wypadałoby poznać dwie strony medalu.

Normalizujący płyn micelarny do mycia twarzy - dermo face, sebio.

Usuwa makijaż, zanieczyszczenia i nadmiar sebum. Zwęża rozszerzone pory i normalizuje wydzielanie sebum. Przywraca fizjologiczne pH i pozostawia skórę odświeżoną i matową. Normalizuje wydzielanie sebum, zwęża rozszerzone pory i minimalizuje ilość zaskórników, łagodzi podrażnienia.
W całkiem zwyczajnej buteleczce mieści się 200 ml płynu o lekko żółtawej barwie i intensywnym, ale przyjemnym zapachu. Już od samego początku produkt ten był dla mnie sporą zagadką. Pierwsze testy nie przebiegły zbyt pozytywnie, ponieważ kosmetyk nie zmył dokładnie tuszu, a po prostu rozmazał go wokół oka i tymże zachowaniem trochę mnie zniechęcił, ponieważ to usuwanie kosmetyków kolorowych jest dla mnie priorytetem. Byłam po prostu zawiedziona, ale jednak sprawa okazała się troszeczkę bardziej zawiła. Ostatecznie okazało się, że płyn różnie reaguje na konkretne kosmetyki. Część usuwa bez najmniejszego problemu, a z niektórymi niestety ma większe kłopoty i nie chodzi tutaj o te wodoodporne. Całe szczęście nie spowodował u mnie żadnego pieczenia, a co a tym idzie łzawienia oka i sam producent zapewnia, że produkt jest hypoalergiczny i przyjazny dla cery wrażliwej. Ja co prawda praktycznie nigdy nie mam problemów ze skórą twarzy, ale niestety moje oczy czasem źle reagują na niektóre produkty, więc chwała mu za to, że nie doprowadził mnie do płaczu. W kwestii zmywania podkładu spisuje się bardzo dobrze i tu nie mam nic do zarzucenia. Po naniesieniu na płatek i przemyciu twarzy rzeczywiście pozostawia skórę realnie matową, czystą, bez uczucia podrażnienia lub ściągnięcia i nie towarzyszy temu wszystkiemu pozostałość jakiegokolwiek tłustego filmu. Pozostałe kwestie dotyczące minimalizowania ilości zaskórników oraz zwężania porów są moim zdaniem bardzo trudne do ocenienia jeśli mówimy o płynie micelarnym, który jest w moim przypadku pierwszym etapem oczyszczania. Nie umiem więc realnie ocenić jego skuteczności pod tym względem. W kwestii podsumowania jestem skłonna ocenić go jako płyn micelarny, który pod prawie każdym względem spełnił moje oczekiwania. Jedynym argumentem przeciw jest fakt, że nie każdy tusz zmywa równie łatwo i skutecznie i co za tym idzie dość łatwo wyrobić sobie wobec niego opinię. Jeśli trafimy na kosmetyk, z którym sobie radzi to ocena na pewno będzie bardzo pozytywna, a jeśli już przy pierwszym kontakcie zafundujemy sobie spotkanie z jakimś odpornym tuszem to zapewne na płynie nie pozostawimy suchej nitki. Całe szczęście, że mi udało się poznać jego dwa oblicza i nie ma już przede mną żadnych tajemnic.
Cena: 28 zł

Matująca pianka do mycia twarzy - dermo face, strefa t.

Usuwa zanieczyszczenia i nadmiar sebum, przywracając równowagę miedzy przetłuszczającymi i przesuszonymi partiami twarzy. Oczyszcza i odblokowuje pory. Nawilża i łagodzi podrażnienia. Pozostawia skórę odświeżoną i matową, bez uczucia ściągnięcia. Usuwa zanieczyszczenia i nadmiar sebum, nawilża i łagodzi podrażnienia, odświeża.
Teraz czas na opis kosmetyku, który spośród wszystkich spełnił najwięcej moich oczekiwań, więc zasłużył może nie na hymn pochwalny, ale na pewno na kilka pozytywnych słów. W buteleczce mieści się 150 ml bezbarwnego płynu o delikatnym i odświeżającym zapachu. Posiada ona dozownik w postaci pompki, która niestety nie przypadła mi do gustu, ponieważ ciężko się jej używa z tego względu, że jest toporna i wymaga nieco siły. Po tej czynności płyn zamienia się w leciutką piankę i do porannego umycia twarzy wystarczają dwie jej porcje, ale do wieczornej pielęgnacji zużywam już trzech, ponieważ zwykle wtedy obawiam się, że na mojej twarzy są jeszcze jakieś pozostałości makijażu. Poczatkowo wydawało mi się, że kosmetyk będzie niewydajny, ale ostatecznie nie widzę większej różnicy między nim, a klasycznymi żelami. Jak już wspominałam struktura pianki jest niesamowicie lekka i nakładając ją na twarz nie czuć tej charakterystycznej dla innych kosmetyków zwięzłej i gęstej struktury oraz śliskiej powłoczki. Moim zdaniem do takiego mycia cery trzeba się przyzwyczaić, ponieważ ja na samym początku miałam wrażenie, że to oczyszczanie jest dla mnie za słabe. Nakładałam ją na twarz, masowałam i po jakimś czasie wydawało mi się, że część jej znika, a na skórze zostaje tylko niewielka ilość. Jednak z biegiem czasu okazało się, że dobrze zmywa pozostałości makijażu i nadmiar sebum, więc to wrażenie jest tylko wynikiem stosowania kosmetyków o innej strukturze, czyli wygrało tutaj moje przyzwyczajenie. Po zmyciu jej wodą skóra jest oczyszczona, delikatna, subtelnie matowa i niepokryta żadnym filmem. W kwestii napięcia po myciu, to oczywiście cera wymaga przywrócenia pH tonikiem, ale nie jest to zbyt uciążliwe wrażenie, które wiąże się z silnym napięciem skóry. W moim odczuciu jest to po prostu bardzo fajna pianka, której lekkość i delikatność bardzo mi odpowiadają.
Cena: 26 zł

Normalizujący tonik matujący - dermo face, sebio.

Delikatnie złuszcza zrogowaciały naskórek i normalizuje wydzielanie sebum. Działa ściągająco i antybakteryjnie. Przywraca fizjologiczne pH skóry i długotrwale matuje. Zapewnia efekt matowej skóry do ok. 8 godzin od zastosowania, przywraca skórze fizjologiczne pH, zwęża pory i redukuje zaskórniki.
Tutaj również w buteleczce mieści się 200 ml produktu o żółtawej barwie i wyraźnym aromacie. Myślę, że już na wstępie warto wspomnieć, że bardzo wysoko w składzie znajduje się kwas salicylowy, który jest dosłownie i w przenośni produktem bardzo zapalnym, bo może wywołać pożar, ale i zagorzałą dyskusję na tematy kosmetyczne. Ja za nim nie przepadam, bo przypomina mi czasy kiedy zmagałam się z trądzikiem i musiałam na swoją twarz zaaplikować mnóstwo różnorakich mieszanek i nierzadko wiązało się to dyskomfortem i innymi przykrymi odczuciami. Tak więc kosmetyki na bazie alkoholu dostawałam również od dermatologów, więc pozwólcie iż kwestia jego szkodliwości lub zalet będzie nadal otwarta i każdy tu może wyrazić swoją opinię. Pora jednak przejść porzucić wspomnienia zamierzchłych czasów i przejść do tego konkretnego toniku. Na płatku kosmetycznym zachowuje się zupełnie normalnie, ale już po kontakcie ze skórą nieco zmienia się jego struktura. Mam wrażenie jakby leciutko się pieni i sprawia, że nasączony wacik nie jest po prostu wilgotny, a jakby pokryty niewidoczną pianką. Podczas przecierania cery płatkiem nie czułam niczego szczególnego, ale już kilka sekund po da się wyczuć ciepło i delikatne mrowienie. To jest punkt nad którym trzeba się chwilę zastanowić, ponieważ co prawda u mnie to wrażenie trwało zaledwie kilka sekund i nie miało dalszych skutków, ale cery wrażliwe lub nietolerujące alkoholu mogą to odczuwać zupełnie inaczej. Oczywiście tonik przywraca naturalne pH skóry, ale jednak wrażenia wcześniej opisywane przeważyły nad moją oceną. Skórę pozostawia matową i niepokrytą żadnym filmem, ale nie jest to suchy mat, a taki raczej dość naturalny. Potwierdzam też działanie w kwestii złuszczania naskórka i to raczej nie wymaga zagłębiania się w temat. Podsumowując jest to zdecydowanie bardzo specyficzny kosmetyk, który w moim przypadku okazał się po prostu nietrafiony. Jeśli tylko mogę to staram się unikać wszystkiego, co w jakiś sposób może mnie drażnić i to w sposób dualny. 
Cena: 26 zł

3 maski oczyszcające cerę

Wszystkie są klasycznymi maskami zamkniętymi w saszetkach 2 x 6 ml, czyli przeznaczone są na dwa użycia. Ta ilość w moim odczuciu jest jak najbardziej odpowiednia do nałożenia na twarz, szyję i dekolt. Na pierwszy ogień idzie normalizująca maska głęboko oczyszczająca.
Złuszcza zrogowaciały naskórek i głęboko oczyszcza pory. Adsorbuje sebum i normalizuje jego wydzielanie. Reguluje rogowacenie, poprawia teksturę naskórka i redukuje liczbę zaskórników. Zapobiega powstawaniu grudek i krostek oraz przyśpiesza eliminację zmian. Przeciwdziała tworzeniu się przebarwień potrądzikowych. Wspomaga regenerację mikrouszkodzeń. Pozostawia skórę gładką, odtoksycznioną i długotrwale matową.
Maska posiada odcień zielonkawy i przypomina nieco glinkę, a wysoko w składzie zawiera kaolin, a także trochę mniej glinki zielonej. Posiada intensywny, ale w moim odczuciu raczej przyjemny dla nosa zapach. Po nałożeniu na twarz jej odcień nieco się ożywia, a po upływie kilku minut blednie ze względu na dość szybkie zasychanie. Konsystencja staje się bardzo sztywna i przy ruchach mimicznych maska zaczyna pękać. Już podczas nakładania wyczuwalne jest mrowienie skóry i wrażenie ciepła, które jak zapewnia producent jest wynikiem zawartości kwasów AHA w składzie. Nie jest to jakieś drastyczne uczucie pieczenia, ale też nie mogę zaliczyć go do niczego co można miło wspominać. Po kilku minutach to ciepło znika i maska nie wywołuje już żadnych wrażeń termicznych. Zmywa się ją jak typową maskę błotną lub tą opartą na glinkach, czyli dość ciężko. Po takim zabiegu skóra jest bardzo matowa, gładka i nie ma na niej jakichś pozostałości po kontakcie z dość mocnymi składnikami. W ogólnej kwestii regulowania ilości zanieczyszczeń trzeba stwierdzić, że zdecydowanie jest potencjał i oczywiście skóra nie przeszła cudownej metamorfozy, ale przynajmniej zaskórniki na nosie są mniej widoczne. Podsumowując myślę, że maska zdecydowanie jest warta uwagi, ale punktem zapalnym znowu jest tutaj to lekkie podrażnienie wywołane kwasami, więc to kosmetyk nie dla każdego. Dalej sprawdzałam  maskę-peeling-żel 4w1 korygującą niedoskonałości.
Usuwa zanieczyszczenia i zrogowaciały naskórek. Reguluje wydzielanie sebum i zapobiega błyszczeniu. Odblokowuje i zwęża rozszerzone pory. Łagodzi podrażnienia i wyrównuje koloryt skóry. Wygładza i matuje. Może być stosowany na twarz, dekolt i plecy.
Można ją stosować jako peeling mechaniczny, mechaniczno-enzymatyczny, maskę ściągającą lub żel. Myślę, że brzmi to trochę niezrozumiale, ale po prostu decydujemy czy chcemy, aby działały drobinki złuszczające, ekstrakt z papai, który rozpuszcza martwe komórki lub zwykły kosmetyk myjący. Moim zdaniem to 4w1 jest tutaj napisane lekko nad wyraz, ponieważ jeśli mamy ochotę na żel to i tak w międzyczasie zrobimy peeling, a jeśli wybierzemy maskę ściągającą to i tak zadziała peeling enzymatyczny i trochę ten klasyczny podczas aplikacji. Moim zdaniem to trochę zawiłe, ale koniec już z tym nazewnictwem i pora skupić się na działaniu. Maska podobnie jak ta opisywana wyżej w swoim składzie bardzo wysoko zawiera białą glinkę. Posiada kremowy odcień, neutralny zapach i konsystencję nieco rzadszą niż maska opisywana wyżej. W masie posiada zatopione ryżowe drobinki peelingujące, których ilość jest średnia, ale są dość ostre. Ja maskę nakładam w najprostszy z możliwych sposobów, a mianowicie podczas aplikacji wykonuję nią delikatne złuszczanie poprzez masaż, a potem zostawiam na skórze, aby spełniła swoją enzymatyczną rolę. Oczywiście taka podwójna siła może działać bardzo skutecznie, ale jednak kolejny raz obawiam się reakcji cer bardziej wrażliwych i niekoniecznie mam tutaj na myśli te cierpiące z powodu jakichś składników zawartych w kosmetykach. Po prostu ciekawi mnie jak na taką dawkę złuszczania zareaguje skóra bardziej delikatna, ponieważ tutaj po raz kolejny na mojej skórze wyczuwalne jest wrażenie mrowienia, które zapewne jest wynikiem dołączenia w składzie mentolu. Oczywiście możemy uniknąć peelingu mechanicznego delikatnie wklepując kosmetyk w skórę. Maska zachowuje się jak poprzednia, czyli wraz z mijającymi minutami konsystencja stopniowo zasycha tworząc skorupę, a wrażenie mrowienia mija. Zmywa się również dość trudno, ale w sumie nie uznaję tego za jakiś argument przeciw, ponieważ taka już jest jej natura, a raczej składników w niej zawartych. Oczywiście warto też wspomnieć, że podczas jej usuwania z twarzy nieunikniona jest kolejna dawka peelingu mechanicznego w minimalnej dawce, ale zawsze. W kwestii efektów to z moich obserwacji wynika, że poprzednia maska zdecydowanie lepiej oczyszczała pory, a ta ma skuteczniejsze działanie wygładzające, bo cera jest niesamowicie mięciutka i delikatna. Ostatnim kosmetykiem z tej grupy jest maska-peeling-żel 4w1 korygująca niedoskonałości.
Łączy w sobie 4 funkcje: peelingu mechanicznego i enzymatycznego, maski ściągającej i żelu do mycia twarzy. Peeling odblokowuje pory i zapobiega powstawaniu zaskórników. Maska reguluje wydzielanie sebum, łagodzi podrażnienia i zwęża rozszerzone pory. Żel do mycia twarzy głęboko oczyszcza i działa antybakteryjnie. Jednym zdaniem: skóra odzyskuje zdrowy koloryt, jest odświeżona, wygładzona i dokładnie oczyszczona.
Moim zdaniem zapachem przypomina tą pierwszą, a resztą właściwości i działaniem jest bardzo podobna do tej opisywanej przeze mnie jako druga, bo również zawiera ekstrakt z papai, kory cynamonowca, ryżowe drobinki i mentol i w sumie moje oko wychwyciło, że skład jest niemalże identyczny. Posiada ten sam kolor, konsystencję i można ją użytkować na te same sposoby. W moim odczuciu ciało reaguje na obie identycznie, a wrażenie mrowienia również występuje w tym samym stopniu. Po zmyciu cerze nie towarzyszy suchy mat, a taki bardziej naturalny. Ostatecznie muszę stwierdzić, że dwie ostatnie maski mogą być dla siebie po prostu zamiennikami i nie widzę rozbieżności między nimi, a w sumie to różnią się jedynie pod względem zapachu. Nie do końa rozumiem fakt umieszczenia ich w dwóch innych opakowaniach. Według mnie śmiało mogłaby to być jedna maska o działaniu matującym, wygładzającym i pomagającym walczyć z niedoskonałościami skóry. 
Cena: około 8 zł za każdą

Podsumowanie użytkowania linii Tołpa sebio oraz strefa t

Zdecydowanie najbardziej polubiłam lekką jak chmurka piankę do oczyszczania cery, która jest niesamowicie delikatna , działa bardzo skutecznie i jej właściwości w pełni mi odpowiadają. Również płyn micelarny zasługuje na słowo pochwały, ale jednak nie z każdym kosmetykiem kolorowym współpracuje równie dobrze i skutecznie. Z masek najbardziej polubiłam tą normalizującą i głęboko oczyszczającą, ponieważ już po pierwszym zastosowaniu efekty były widoczne, w postaci zredukowania widoczności zaskórników. Nie było to działanie spektakularne, ale w moim odczuciu bardzo widoczne. Pozostałe dwie maski przypadną do gustu osobom, którym najbardziej zależy na dokładnym wygładzeniu i wrażeniu niesamowitej miękkości cery. Najmniej usatysfakcjonowana jestem działaniem toniku, który w swoim składzie posiada dużą ilość kwasu salicylowego i na mojej cerze wywołuje wrażenie ciepła i mrowienia. To samo dzieje się też w przypadku masek, ale w tamtym wypadku jest to efekt towarzyszący mi raz w tygodniu, a nie przy codziennej pielęgnacji cery, więc wybór jest prosty. Uff to by było na tyle, ale w przyszłym tygodniu będzie czekała na was jeszcze większa, druga część pielęgnacji z Tołpą.

Znacie kosmetyki marki Tołpa? Macie jakichś swoich niezaprzeczalnych faworytów?

Weekend z marką. Tołpa część I - kosmetyki do oczyszczania cery.

środa, lipca 20, 2016

 Placki owsiane
Jestem mistrzynią w ratowaniu wszelkiego rodzaju potraw. Zwykle uważam, że zjadłam wszystkie rozumy i przepisy traktuję z przymrużeniem oka, a potem staram się wszystko doprowadzić do szczęśliwego finału. Ma to też swoje dobre strony, ponieważ bardzo często w taki właśnie szalony sposób powstają w mojej głowie różnego rodzaju pomysły, które pierwotnie miały być czymś zupełnie innym. Najbardziej lubię robić różnego rodzaju placuszki z owocami lub innymi aromatycznymi dodatkami, bo ich wykonanie jest zwykle banalne, a nawet niedopracowany przepis można w trakcie łatwo uratować. Mój dzisiejszy pomysł spisze się idealnie jako słodkie śniadanie i wiąże się z samymi przyjemnymi wspomnieniami wprost z dzieciństwa. Pamiętam jak zawsze w niedzielę moja babcia przygotowywała puszyste racuszki, których zapach potrafił mnie dosłownie za nogi wyciągnąć z łóżka. Potem czekało już na mnie tylko słodkie kakao i siedzenie w piżamie do samego południa. To były piękne dni i teraz w każdą niedzielę staram się uskutecznić taki błogi relaks okraszony tym co miłe, pyszne i pełne wspomnień. Nie ma nic lepszego niż to przyjemne wrażenie deja vu i ciepło w serduchu. Jak dobrze, że takie rzeczy praktycznie nic nie kosztują, tak jak miłość, uściski i uśmiech! 

>>> Kilka pomysłów na pyszne śniadania >>>

 Placki bananowo - kokosowe
 Placki z bananami i wiórkami kokosowymi.
 Placuszki owsiane.

Składniki
- po 60 g mąki pszennej i orkiszowej (proporcje według uznania)
- po pół łyżeczki sody, proszku do pieczenia oraz cynamonu
-  3 czubate łyżki otrębów owsianych
- po 2 łyżki brązowego cukru  i wiórków kokosowych 
- 2 bardzo dojrzałe i miękkie banany
- 1 jajko
- 3/4 szklanki rzadszej maślanki
- łyżka roztopionego i ostudzonego masła 
- olej do smażenia oraz kilka kropel soku z cytryny 
                                   

Realizacja przepisu na placki bananowo - kokosowe

Do miseczki przesiewamy mąkę, proszek do pieczenia, sodę, cynamon, a następnie dodajemy otręby, cukier oraz wiórki i dokładnie mieszamy. Banany rozgniatamy widelcem i skrapiamy je odrobiną soku z cytryny, aby brzydko nie ściemniały. Jajka mieszamy z maślanką i najlepiej jeśli trochę je ubijemy, a potem połączymy z bananami i rozpuszczonym oraz ostudzonym masłem. Kolejnym krokiem jest połączenie ze sobą wszystkich składników i uzyskanie średnio gęstej konsystencji. W razie potrzeby należy dodać trochę maślanki lub otrębów owsianych. Rozgrzewamy olej koksowy i łyżką wykładamy ciasto na patelnię. Ciasto bardzo szybko się zarumienia, więc należy dość sprawnie przełożyć placuszki na drugą stronę. Placuszki ostatecznie są dość ciemne ze względu na dużą zawartość otrębów owsianych. Mimo tego dodatku są miękkie i absolutnie konsystencja nie jest nadmiernie zbita. Moim zdaniem idealnie smakują podane posypane wiórkami kokosowymi w towarzystwie bananów karmelizowanych w miodzie. Sympatycy wszystkiego co słodkie będą z pewnością wniebowzięci. Pycha! 

 Placki z otrębami owsianymi.
 Owsiane pancakes.
Jedzenie powinno zaspokajać głód – nie próżność, sprawiać przyjemność – nie trudność,  być doznaniem kulinarnym – nie intelektualnym i dawać okazje do dzielenia się radością posiłku z bliskimi.  Niekoniecznie na Facebooku…Tessa Capponi - Borawska
Wolicie przyrządzać śniadania na słodko czy na słono? Macie jakieś swoje ulubione przepisy na pyszne placuszki?

Placuszki owsiane o smaku bananowo - kokosowym.

poniedziałek, lipca 18, 2016

Ten zapach jest idealnym przykładem tego, że czasem pierwsze wrażenie jest bardzo złudne i nie warto mu ulegać. Powodem tego stanu rzeczy był na pewno dość specyficzny flakonik i jego barwa, które sugerowały zupełnie inną specyfikę tej wody. Z jakiegoś powodu kształt oraz ogólny design przywodzą mi na myśl meksykańskie klimaty, a co za tym idzie sporą dawkę gorącej, ale nieco ryzykownej egzotyki. Obawiałam się bardzo ciężkich, orientalnych, drażniących nut zapachowych, ponieważ nie do końca pokrywają się one z moimi dość nieskomplikowanymi upodobaniami. Co prawda lubię niebanalne zapachy, ale jednak cienka granica dzieli je z tym już bardzo niszowymi, a więc odpowiadającymi raczej perfumeryjnym freakom, a nie przeciętnym konsumentom. Z tego też powodu kartonik otwierałam z niemałym powątpiewaniem, ale całe szczęście ostatecznie mogłam odetchnąć z ulgą, a nawet z przyjemnością. Co prawda Upbeat nie kryje w sobie moich ulubionych nut zapachowych, ale uważam, że warto udać się z nim na małe tete a tete, szczególnie podczas upalnego, letniego wieczoru przesiąkniętego muzyką, tańcem i intensywną zabawą. Brzmi idealnie!
Pozwól, by ten rytm Cię prowadził. Bądź sobą. Poczuj wolność. To rytm Twojej muzyki. To rytm Twojego życia. Twoje życie to najlepszy set muzyki, wolności i przyjaciół. Jedna wyjątkowa chwila prowadzi do kolejnej. Wykorzystaj ją. Żyj nią. Dziel się nią.


>>>Perfumy Cityscape od Mary Kay, czyli zapachowe tętno miasta>>>

Jaki zapach kryje się wewnątrz?
  •  Zapach idealny na letnią imprezę dla pełnej życia i energii dziewczyny, która uwielbia dobrą zabawę!
  • Nuty głowy: Czerwone jagody, słodkie nektarynki, soczyste jabłka.
  • Nuty środkowe: Róża Jasmina, muguet, dziki wiciokrzew.
  • Nuty głębi: Paczula, piżmo, ambra, agar.
Bursztynowy kolor flakonika idealnie oddaje typ tego zapachu, który jest ciepły, otulający, subtelnie egzotyczny delikatnie dymny. Pierwsze minuty to połączenie dużej intensywności słodyczy nektarynek przesyconych nieco orientalną bazą i czerwonymi jagodami emanującymi przyjemnym ciepłem. Ta słodycz jednak zupełnie nie przypomina tej dostrzegalnej w perfumach, w której posiadają kwiatowe bazy. Producent nie wyróżnia w składzie cytrusów, ale ten aromat od razu przywodzi mi na myśl ciepłe, słodkie pomarańcze z gorzkawą skórką, doprawione z lekka orientalnymi przyprawami i to połączenie moim zdaniem idealnie definiuje klimat tego zapachu. Później woń nieco się wygładza, nie jest już tak bardzo energetyczna, nie traci swojej pierwotnej natury, ale zyskuje nieco lekkości, spokoju, a ubywa mu trochę temperatury. Pojawia się bowiem nieco więcej ziemistości paczuli, trudnego do opisania piżma oraz żywicznej ambry. Trudno mi zdecydować, która wersja tego zapachu podoba mi się bardziej. Jednocześnie zachwyca mnie intensywność i egzotyka pierwszych minut, ale i jestem pod wrażeniem spokoju i elegancji aromatu, który utrzymuje się przez resztę czasu. Jeśli już jesteśmy przy trwałości, to moim zdaniem jest całkiem przyzwoita i oscyluje w granicach 5 godzin, aczkolwiek wielokrotnie zdarzyło mi się, że czułam ten zapach po całym dniu noszenia go na sobie. Jest dla mnie świetnym przerywnikiem między bardziej subtelnymi i kobiecymi wariantami perfumeryjnymi, które lubię najbardziej. Jednak uważam, że zapach ten jest raczej sezonowy i najbardziej wpisuje się w klimat lata i gorących wieczorów w akompaniamencie egzotycznych instrumentów muzycznych i chłodnych drinków pitych gdzieś na plaży przy zachodzie słońca w odcieniach pomarańczy. Czy ten zapach będzie się podobał szerszemu gronu odbiorców? Myślę, że szanse są duże, ponieważ nie kryje w sobie niczego kontrowersyjnego i trudnego do zaakceptowania. Z pewnością też nie jest zapachem, który pokochają wszyscy, ale moim zdaniem jest to akurat argument za, ponieważ nie można mu zarzucić odtwórczości i zwykłej banalności. Upbeat jak sama nazwa wskazuje jest to po prostu letni optymizm zamknięty we flakonie w kolorze słońca.
Cena: 175 zł/60 ml


Jakie nuty zapachowe w perfumach najbardziej lubicie? Jakie znaczenie ma dla was wygląd flakonika?

Mary Kay Upbeat - woda toaletowa o zapachu letniego wieczoru.

piątek, lipca 15, 2016

To było zauroczenie od pierwszego wejrzenia. Zabrzmiało to mocno banalnie, ale czasem już tak bywa, że jakiś kosmetyk z niewiadomych przyczyn od razu budzi pozytywne odczucia. W sumie ta zasada równie dobrze sprawdza się również w innych wymiarach życia. Najlepiej jeśli dalsze wrażenia są jeszcze bardziej korzystne, ale o tym w dalszej części tej pachnącej podróży przez pielęgnację. Dzisiaj u mnie na tapecie są kosmetyki Biolove, które możemy kupić w drogerii Kontigo i zapraszam was na stronę, na której poznacie produkty tej marki. Od razu spodobały mi się urokliwe opakowania, a proste i naturalne składy przypieczętowały moje zadowolenie. Nie jestem jakimś nadmiernym sympatykiem wyłącznie ekologicznych komponentów, ale uważnie przyglądam się im i ich wpływowi na moje ciało. Poza tym kawa, kokos, pomarańcza to zdecydowanie grupa aromatów, które najbardziej lubię, bo takie smaczne połączenia po prostu wydają mi się bardzo atrakcyjne i apetyczne. Wolę je nawet bardziej niż te wielowymiarowe, typowo perfumeryjne. Jednak nie tylko zapachy zrobiły na mnie wrażenie. Opakowania również nie mają się czego wstydzić, bo design oparty na naturalnej kolorystce, przyjemnych dla oka grafikach, odcieniach papieru pakownego połączonego z aluminiowymi wieczkami sprawia, że po prostu one nie mogą nie zwrócić uwagi. Tyle byłoby na temat pierwszego wrażenia, a teraz zapraszam na odczucia, które obudziły się we mnie po dłuższym kontakcie z tą pachnącą pielęgnacją. 
Zakochaj się w niepowtarzalnych kosmetykach do pielęgnacji ciała i daj się ponieść zmysłowym uniesieniom. Produkty stworzone w 100% z naturalnych składników skutecznie zadbają o skórę Twojego ciała każdego dnia, dogłębnie ją odżywiając i regenerując. Rozpal swoje zmysły i rozkoszuj się zapachami wyjątkowych soli do kąpieli, świec do masażu, maseł czy też musów do ciała…aż chce się jeść!                        

Świeca do masażu o zapachu pomarańczy z wanilią
Intensywnie nawilżająca i regenerująca świeczka do masażu z masłem shea i olejem kokosowy zapewniająca miękką i gładką skórę. Zapal świeczkę podczas kąpieli i poczuj delikatny, relaksujący zapach. Po kąpieli zgaś świecę i wmasuj w ciało ciepły balsam wytopiony ze świeczki. Nie zawiera: SLS, PEG, silikonów, parabenów, barwników, konserwantów. Skład: Butyrospermum Parkii Butter, Cocos Nucifera Seed Oil , Tocopheryl Acetate, Orange Oil, Parfum, Citral, Citronellol, Limonene, Linalool
Już dawno interesowało mnie jak właściwie działa ten kosmetyk i ostatecznie przekonałam się, że zdecydowanie jest potencjał! Świeca zamknięta jest w aluminiowym opakowaniu, w którym mieści się 150 g kremowej masy o genialnym aromacie soczystej pomarańczy i słodkiej wanilii. Zapach jest rewelacyjny, bardzo apetyczny, słodki i tak atrakcyjny, że wciąż mam ochotę nim pachnieć. Na pewno znacie to uczucie kiedy kilkukrotnie otwieracie dany kosmetyk, aby go tylko powąchać. Konsystencja jest gęsta i przypomina mi treściwe i twarde masło do ciało, które lekko ugina się pod naciskiem i wtedy wyczuwalna jest jej tłustawa struktura. Po odpaleniu świecy masa złożona w głównej mierze z masła shea i oleju kokosowego zmienia się w płynną i od razu jest gotowa do użytku. Co najważniejsze nie grozi tu żadne poparzenie, bo płyn po polaniu nim ciała jest bardzo przyjemnie ciepły i na pewno nie niebezpieczny. Przypomina on gęsty olejek, który świetnie nadaje się do masażu i jest bardzo wydajny. Po takim zabiegu ciało jest odprężone, miękkie i pokryte delikatnym filmem, który nie do końca się wchłania. W powietrzu dodatkowo unosi się cudowny i apetyczny aromat, który ja dosłownie uwielbiam. To kosmetyk/gadżet absolutnie warty uwagi, który sprawdzi się podczas samotnego wieczoru spa, ale i bardziej intymnego relaksu we dwoje. Po zgaszeniu świecy konsystencja powoli wraca do dawnego stałego stanu, więc za jakiś czas wszystko jest gotowe do powtórki. Można go oczywiście używać w wersji płynnej jako typowego olejku używanego tuż po kąpieli lub w wariancie stałym nanoszonym na skórę, ale moim zdaniem zdecydowanie lepiej go najpierw rozgrzać i rozpuścić. Ja jestem zachwycona i niech to będzie najważniejszy argument za!
Cena:29,90 zł


Kula do kąpieli o zapachu piżma
Kula do kąpieli z olejem z pestek winogron nawilża i pielęgnuje skórę. Nie zawiera: SLS, PEG, silikonów, parabenów, konserwantów, alergenów.  Skład: Sodium Bicarbonate, Citric Acid, Vitis Vinifera Seed Oil Butyrospermum Parkii Butter, Zea Mays (Corn) Starch, Sodium Chloride, Parfum, Propylene Glycol, Aqua, Tocopheryl Acetate, Rosa Damascena.
Aromat tej kuli jest zupełnie inny niż pozostałych kosmetyków, ponieważ zahacza on o rewiry perfumeryjne, jest niejednorodny i nie da się go opisać jednym słowem jak w przypadku reszty. To po prostu przyjemne, kobiece, nienarzucające się i relaksujące piżmo, które idealnie wpisuje się w klimat wieczornej i długiej kąpieli. Ogólnie uwielbiam je w perfumach, bo dodaje im ciepła i zmysłowości. Kula wygląda raczej typowo i po wrzuceniu do wody musuje i powoli się rozpuszcza uwalniając suszone płatki róży, więc zdecydowanie jest klimat! Ma w swoim składzie masło shea oraz olej z winogron, więc już po chwili sprawia, że ciało okryte jest tłustawym woalem i stosunek do takiego akompaniamentu podczas kąpieli jest już kwestią bardzo subiektywną. Ja należę do jego zwolenników, bo w tym wypadku wiem, że na moim ciele trzymają się wyłącznie wartościowe składniki. W sumie po kąpieli nawet nie potrzebuję już żadnego balsamu, bo po osuszeniu skóra jest wyraźnie wygładzona  i dopieszczona. Z takim fajnym umilaczem siedzenie w wanie na pewno jeszcze bardziej się wydłuży, bo musująca konsystencja, płatki kwiatów, zmysłowy zapach i chwila pielegnacji są tym, co kobiety lubią najbardziej. Po prostu można tylko leżeć i pachnieć! 
Cena: 7,99 zł


Kawowy peeling do ciała
Naturalny peeling cukrowy z olejem macadamia i kawą ujędrnia skórę i zwalcza celluit. Nie zawiera: SLS, PEG, silikonów, parabenów, barwników, konserwantów, alergenów  Skład: Sucrose, Butyrospermum Parkii Butter, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Coffea Arabica Seed Powder, Cocos Nucifera Oil, Tocopheryl Acetate, Parfum
Produkt posiada bardzo intensywny aromat kawy. Ja nie jestem szczególną fanką tego zapachu, ale mam pewność, że znajdzie mnóstwo zwolenników ze względu na swoją moc i autentyczne nawiązanie do tego czarnego napoju, który rano budzi do życia i łagodzi obyczaje. Słoiczek mieści 100 ml masy, której struktura jest niesamowicie zbita, wręcz twarda dzięki ogromnej ilości cukru oraz pudru z ziaren kawy. Co za tym idzie jest też bardzo wydajny, bo już niewielka ilość wystarczy do użycia na konkretną część ciała. Poza tym jest to zdecydowanie mocny zawodnik, ponieważ kryształki w nim zawarte są ostre i działają bardzo intensywnie, co bardzo mnie cieszy, bo jestem zwolenniczką tak działających peelingów. Złuszczanie jest więc konkretne, szybkie i skuteczne, więc idealnie spełnia swoją główną rolę. Oczywiście ze względu na swoją intensywność wymaga wyczucia, bo zbyt mocne wcieranie może doprowadzić do zaczerwienienia naskórka. Sprawdzi się na skórach normalnych, ale na tych wrażliwych polecałabym nieco wstrzemięźliwości. Pod wpływem wody lekko się rozpuszcza i barwi skórę, ale jest to działanie zdecydowanie mniej brudzące niż w przypadku chociażby peelingu kawowego zrobionego w warunkach domowych. Również tutaj jedno z głównych miejsc w składzie zajmują masło shea, olej kokosowy oraz olej makadamia, więc trzeba się liczyć z tłustawą poświatą tuż po zastosowaniu peelingu. Ja zwykle najpierw biorę kąpiel, a potem stosuję peeling i osuszam ciało, przez co na skórze pozostaje wspomniany wyżej film, więc w przypadku niekłopotliwej skóry balsam już nie jest potrzebny. Kolejny kosmetyk, który odkładam na półkę w łazience z uznaniem i satysfakcją!
Cena: 19,50 zł


Mus do ciała o zapachu mango
Lekki mus do ciała wzbogacony naturalnymi olejkami i ekstraktem z mango redukuje cellulit, modeluje i przywraca jędrność. Nie zawiera: SLS, PEG, silikonów, parabenów, konserwantów, alergenów. Skład: Butyrospermum Parkii Butter, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Caprylic /Capric Triglyceride ,Sunflower Seed Oil, Glycerin, Cetyl Alcohol, Candelilia Cera, Simmondsia Chinensis Seed Oil , Parfum, Tocopheryl Acetate, Mangifera Indica Fruit Extract, Chlorophyll
Produkt ma genialną konsystencję, ponieważ w słoiczku jest to 150 ml gęstego musu o lekko piankowej konsystencji, ale pod wpływem ciepła dłoni zmienia swoją formę w oleistą. Po prostu dzieje się tu magia! Bardzo spodobała mi się ta puszysta struktura, która przywodzi na myśl jakiś słodki deser. Zapach jest intensywnie owocowy i jak najbardziej przyjemny dla mojego nosa, aczkolwiek nie mogę go nazwać niczym odkrywczym. Głównymi składnikami tego musu są masło shea oraz olej makadamia, więc kolejny raz mamy do czynienia z bardzo oleistą i tłustą strukturą, która nie wchłania się do końca. Jest to jednak kosmetyk bardzo wydajny, ponieważ dzięki tej formie już niewielka ilość pozwala na zaaplikowanie go na duży obszar ciała. Po wieczornej pielęgnacji, rano jest nadal lekko wyczuwalny na ciele, a ja uwielbiam to wrażenie miękkości i delikatności, które utrzymuje się przez tak długi okres czasu. Jest to oczywiście zasługa obecności olejków, które pozostawiają po sobie tą powłoczkę, ale ufam iż skutkuje ona wyłącznie pozytywnym działaniem na moją skórę. Z tego też powodu wolę go stosować w wieczornej pielęgnacji, a rano nakładam wyłącznie na nogi, aby uzyskać efekt lekkiego połysku. W sumie to chyba byłabym bardziej usatysfakcjonowana gdyby ta puszysta konsystencja towarzyszyła podczas całej aplikacji, ale mimo wszystko nie mam jakichś większych zastrzeżeń. Kolejny produkt, który dostaje u mnie ocenę bardzo dobrą! 
Cena: 24,99 zł


Olej kokosowy nierafinowy
Nawilża i sprzyja promiennemu wyglądowi skóry. Łagodzi objawy związane z łuszczycą, zapaleniem skóry i egzemą. Przed aplikacją należy rozgrzać w dłoniach. Można stosować bezpośrednio na skórę twarzy i ciała. Nie zawiera: SLS, PEG, silikonów, parabenów, barwników, konserwantów, alergenów. Skład: Cococs Nucifera Seed Oil
Skład jest najprostszy z możliwych, ponieważ jest to po prostu nierafinowany olej kokosowy, co oznacza, że był tłoczony na zimno. Ma cudowny zapach, który kojarzy mi się ze świeżymi i soczystymi wiórkami i to ten rodzaj aromatu, który sprawia, że mam wciąż ochotę go wąchać. 100 ml produktu zachowuje się jak typowy olej kokosowy, ponieważ pod wpływem temperatury zmienia swoją formę ze stałej na płynną. Najczęściej dzieje się to po kontakcie ze skórą, ale w upalne dni może to nastąpić samoistnie w opakowaniu. Taki produkt ma oczywiście mnóstwo zastosowań, ale ja postaram się skupić na tych kosmetycznych. Akurat wszelkiej maści olejki działają różnie na konkretnych rodzajach skóry i włosów. Moje pasma ogólnie są bardzo trudne we współpracy, nie uwielbiają się z olejami, więc i ten nie działa na nie specjalnie korzystnie. Wyjątkiem jest stosowanie go czasem na końcówki w celu ich poskromienia. Natomiast moja skóra jest skłonna do kochania wszelkiego rodzaju form oleistych, więc kokos świetnie działa po kąpieli, jako towarzysz masażu oraz regenerator na paznokcie i skórki wokół nich oraz na inne przesuszone strefy ciała. Ogólnie rzecz biorąc trzeba po prostu znaleźć na niego swój sposób, bo to jeden z tych kosmetyków, który działa świetnie, ale tylko na niektórych typach skóry i włosów. Moim zdaniem warto go jednak mieć pod ręką. 
Cena: 19,99 zł


W ramach podsumowania
Jestem po prostu urzeczona tą marką kosmetyków. Podobają mi się ich opakowania, zachwyciły mnie składy oraz zapachy, a działanie również zasługuje na piękną pochwałę. Prym moim zdaniem wiedzie wielozadaniowa świeca do masażu o pięknym zapachu oraz mus, którego konsystencja bije inne masła i balsamy na głowę. Sama się sobie dziwię, że jest we mnie tyle entuzjazmu, bo zwykle moje opinie to połączenie zachwytu i krytyki, więc i tym razem postanowiłam jednak znaleźć jakiś nie do końca pozytywny argument. Po pierwsze decydując się na te kosmetyki trzeba mieć na uwadze fakt, że są nasycone różnego rodzaju olejkami, które świetnie działają, ale jednak pozostawią na ciele tłustawy film. Taki już ich urok, ale sama jestem przykładem osoby, która nie znosi wrażenia tłustych rąk i wiem, że wiele osób nie akceptuje takiej warstwy na swoim ciele i szuka kosmetyków wchłaniających się do zera. To już są kwestie bardzo indywidualne, więc po prostu lojalnie ostrzegam. Drugim argumentem jest fakt, że produkty można kupić tylko stacjonarnie w drogeriach Kontigo, które mieszczą się wyłącznie w obrębie Warszawy, więc może to być pewne utrudnienie. Kwestie dostępności odłożę jednak na bok i muszę stwierdzić, że dawno tak coś mi się nie podobało pod dosłownie każdym względem. Jest potencjał marki i uśmiech na mojej twarzy, więc to nasze spotkanie muszę uznać za naprawdę owocne i oby jeszcze więcej takich tete a tete w takim kameralnym i przyjemnym gronie!

Znacie kosmetyki marki Biolove? Jak bardzo ważny jest dla was skład i zapach kosmetyków?


Weekend z marką. Biolove - kosmetyki, których zapachy zachwycają!

środa, lipca 13, 2016

Zawsze kibicuję kobietom, które realizują swoje pasje, dążą do wyższych celów i pokazują, że naprawdę wiele rzeczy jest na wyciągniecie ręki. To chyba wynik niedostatku takich przeżyć w mojej rzeczywistości. Oczywiście nie wszystko jest zawsze takie kolorowe, nie lubię nadmiernej ekscytacji tematyką motywacyjną i jestem przekonana, że każda z nas odczuła na własnej skórze czym są wszelkiego rodzaju uprzedzenia odnośnie chodzenia w spódnicy, a nie w spodniach. Odnoszę wrażenie, że jest to wynik pewnego rodzaju zagubienia obu płci. Z jednej strony kobiety wreszcie mają więcej możliwości, a jednak zbyt często charakteryzują się nadmierną skromnością i brakiem wiary we własne możliwości. Mężczyźni też nie do końca odnajdują się we współczesnych realiach. Na pewno charakteryzują się większą otwartością odnośnie kobiet w biznesie, ale chyba sami nie do końca mogą określić swoje miejsce w społeczeństwie. Obie te grupy chcą podążać z duchem czasu, a jednak jakoś nie do końca im to wychodzi i nadal czasem nieświadomie poddają się tym wszystkim konwencjom. Ogólnie rzecz biorąc kobiecość w aktualnym świecie biznesu to niesamowicie trudny, ale bardzo interesujący wątek, który mnie niesamowicie ciekawi, a może i nawet w pewien sposób fascynuje. Podsumowaniem tej trudnej relacji niech będzie  trafna wypowiedź jednej z bohaterek opisywanych książek.
Sądzę, że znacznie łatwiej jest mężczyznom otwierać firmy. Z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że po prostu są mężczyznami. W Polsce kobieta musi pracować ciężej, dłużej, z większym poświęceniem, żeby udowodnić, że to, co robi ma rację bytu. Szowinizm biznesowy bardzo nas dotyka. W ogóle jest tak, że kobiety – przynajmniej te, które mają taką wolę – prędzej czy później decydują się na dzieci, a prowadzenie biznesu przy wychowaniu dzieci jest arcytrudne. Praca to okradanie dzieci z ich czasu, który możemy im poświęcić. A niestety, we własnej firmie jest tak, że nawet zamykając komputer i szanując bardzo swe postanowienia i czas (gdy powiemy sobie, że pracujemy do godz. 19.00), to i tak z tych planów wyjdą nici. Firma wypełnia umysł całkowicie.
Dzisiaj z ogromną przyjemnością chciałabym napisać o trzech książkach tyczących się tematyki kobiet, które realizują się w biznesie, tworzą, projektują i dążą do upragnionego celu. Z radością zapoznałam się ze wszystkimi historiami i uważam, że są niesamowicie budujące i motywujące. Tak sobie czasem marzę tuż przed snem, że też kiedyś znajdę jakiś świetny sposób na siebie i wam również życzę samych fajnych inicjatyw, pasjonujących zajęć, mnóstwa szczęścia i zwykłej satysfakcji w życiu zawodowym.

Liderki biznesu. Jak zwyciężać i zmieniać świat. Iwona Kozera, Katarzyna Twardowska
Alicja Kornasiewicz, Sonia Draga, Solange Olszewska, Magdalena Nawłoka, Beata Osiecka, Jolanta Zwolińska, Joanna Klimas, Aneta Podyma, Iwona Kossmann, Agnieszka Anielska, Krystyna Boczkowska, Beata Stelmach i Danuta Dąbrowska dzielą się swoimi doświadczeniami, radościami i porażkami. Nie znajdziemy w tej książce łatwych rozwiązań, jak osiągnąć równowagę w życiu osobistym i zawodowym. Znajdziemy jednak inspirację do działania, do wiary w siebie i we własną intuicję. Znajdziemy prawdziwe historie zwykłych, a jakże niezwykłych kobiet, które – każda na swój sposób – osiągnęły sukces. Sukcesem jest robienie tego, co się lubi. To pasja, potrzeba sięgania coraz wyżej, szukania nowych rozwiązań, nieustająca ciekawość świata i ludzi. Zaraźliwy entuzjazm dający siłę, by iść dalej.
Jakiś czas temu poświęciłam cały wpis na dokładną charakterystykę tej książki i tam też zapraszam was po sporą dawkę informacji. Nie mniej jednak troszeczkę o niej napiszę również tutaj. Spośród tych trzech ta właśnie wywarła na mnie największe wrażenie. Najbardziej spodobał mi się tutaj świetny autentyzm tych wszystkich historii. Najprawdopodobniej przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, że początki karier większości bohaterek rozgrywały się w czasach trudnych dla biznesu i jeszcze bardziej niełatwych dla kobiet. Udowodniły jednak, że przeciwności losu można pokonać, brutalną rzeczywistość nieco zmienić na swoją korzyść i udowodnić własną siłę i samozaparcie. Ich moc i trudne doświadczenia sprawiły, że pozycja ta pełna jest prawdziwych emocji i to naprawdę da się odczuć. Książkę czyta się niesamowicie lekko, przyjemnie i szybko. Jest miłą odskocznią, ale i sporą dawką motywacji do działania. Ja ją polecam osobom zainteresowanym ciekawą, aczkolwiek ważną i inspirującą literaturą, która jednak nie sprawia żadnych merytorycznych trudności. Książka o kobietach, ale nie jestem skłonna, aby klasyfikować ją jako damską literaturę do poduszki. To kawał wiedzy, spora dawka prawdziwych emocji i mnóstwo autentycznych sukcesów i porażek, które można napotkać wspinając się po szczeblach kariery. Oczywiście w dużej mierze dotyka tematyki kobiet, ale jestem pewna, że również mężczyźni wyciągną z niej mnóstwo dobrego. W biznesie podobno nie ma miejsca na sentymenty, ale na pewno jest mnóstwo obszaru dla kobiecej zaradności, intuicji i pracowitości!


Młoda fala. Jak odważyć się na biznes. Paweł Oksanowicz
Ania Kruk, Kinga Dołęga Lesińska, Aleksandra Porębska, Joanna Drabent, Dominika Koczot-Mosz, Edyta Kocyk, Marta Remplewicz, Patrycja Sankowska, Anula Kołakowska, Barbara Stawarz dzielą się swoimi doświadczeniami, radościami i porażkami.Bohaterki prowadzą swoje przedsięwzięcia w tak różnych dziedzinach, jak różne bywają nasze umysły, uczucia, cele i drogi życiowe - od mody po zaawansowane technologie IT. To co je łączy, to dokonana praca nad swoim biznesem i nad sobą. Opowiadają jednak nie tylko o tym, jak zrealizowały swoje marzenia o własnej firmie, ale też o trudnościach na jakie napotkały i jak nie straciły motywacji do działania mimo trudnych czasem okoliczności.
Poprzednia książka napisana została przez dwie autorki, a tutaj już mężczyzna rzuca się na głęboką wodę i stara się przebić do tego sfeminizowanego świata. Tam mogłam poznać bohaterki, których nazwiska od dawna są znane, a w tej książce przedstawione są sylwetki kobiet, które dopiero od niedawna rozpoczęły starania o swój własny biznes, osiągnęły sukces, ale nie spoczywają na laurach i wciąż intensywnie się rozwijają. Mogłoby się wydawać, że ze względu na wiek charakterystyki tych bohaterek będą mi bliższe, a jednak bardziej polubiłam te opisywane w poprzedniej pozycji. Tam bowiem uderzył mnie ogromny autentyzm, który był niesamowicie fascynujący i wywołał wrażenie dziwnej, ale przyjemnej bliskości. Tutaj dominuje świeżość, otwartość, energia, a na doświadczenie i życiową mądrość jest jeszcze czas. Oczywiście nie wszystkie historie ujęły mnie w ten sam sposób, kilka zostało w mojej głowie, a parę nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Są tutaj opisane biznesy spektakularne, wprowadzające odkrywcze technologie, ale też poznajemy dziewczyny zdobywające rynek w dziedzinach bardzo zwyczajnych. Możemy przeczytać o Ani Kruk tworzącej biżuterię oraz o Marcie Remplewicz, której marka Kosmetyki DLA jest już dość znana na rynku. Poza tym poznajemy historię założycielki szkoły tańca, projektantki mody, dietetyczki oraz kobiet działających w szeroko pojętym IT. Podoba mi się to zróżnicowanie i nie skupianie się wyłącznie na trudnych do opisania biznesach, ale poświęcenie czasu na działalności bliższe przeciętnemu człowiekowi. Fajnie się czyta o ludziach z nadzwyczajną pasją, ale jeszcze przyjemniej jest zorientować się, że sukces można osiągnąć w każdej dziedzinie, również tej, która wydaje się dość banalna i wręcz przesycona innymi żądnymi zwycięstwa jednostkami. 
Większość tych historii jest bardzo łatwa w odbiorze, ale jednak te poświęcone technologiom mogą przysporzyć laikom trochę trudności. Nie ukrywam, że ta tematyka to nie moja bajka i wielokrotnie nie do końca rozumiałam o czym właściwie czytam. Nie mniej jednak jest to tylko dodatek, bo sednem tych wszystkich historii jest praca, zdobyte doświadczenie, osiągniecie celu oraz omówienie sukcesów i porażek. Wielokrotnie czytając kolejne strony poczułam dziwne ukłucie w serduchu, bo dziewczyny w większości są w moim wieku, a swoimi doświadczeniami mogłyby obdarować kilka dużo starszych osób. To trochę wpędza w zadumę, nieco smuci, ale przede wszystkim realnie motywuje do działania. Oczywiście nie każdy musi od razu być mistrzem w danej dziedzinie, ale czasem naprawdę warto wziąć się za siebie i zacząć działać. Nie wyczułam tutaj jakiejś sztuczności związanej z modną ostatnio propagandą wmawiania, że prawie wszystko jest możliwe. W sumie to jest, ale musi temu towarzyszyć praca, chęci, siła i na pewno kilka dobrych zbiegów okoliczności też się przyda. Ogólnie pozycję również jak najbardziej polecam, bo nie nudzi, a uczy i poszerza horyzonty. Zawiera mnóstwo cennych uwag i wskazówek, ale na pewno nie jet to kompendium wiedzy odnośnie tego jak założyć działalność i jeszcze prowadzić ją z sukcesem. Zapoznając się z tymi wszystkimi historiami doszłam do wniosków, że po prostu dobry biznes powstaje dzięki świetnemu pomysłowi, pracy, zaangażowaniu i każdy z tych czynników jest równie istotny. Jestem niesamowicie dumna z tych wszystkich kobiet. Nie znamy się, ale chętnie uścisnęłabym im dłoń i podziękowała za to co robią dla siebie i innych kobiet. Brawo dziewczyny! 


Kobiety globalne w świecie start-upów. Rozmowy w Dolinie Krzemowej. Marta Zucker
Kobiety odgrywają coraz silniejszą rolę na wielu płaszczyznach życia gospodarczo–politycznego świata. Wciąż jednak stają przed wyzwaniami i trudnościami, które mogą być szczególnie dotkliwe w dynamicznie rozwijających się dziedzinach, gdzie pierwszeństwo przypada mężczyznom. Bohaterki książki - Patrycja Slawuta, Ela Madej, Julia Krysztofiak-Szopa, Amelia Krysztofiak, Kate Scisel, Zuzanna Stańska, Kamila Sidor - to kobiety globalne, które nie boją się nowych wyzwań. W książce dzielą się swoimi historiami, sukcesami, potknięciami. Opowiadają, jak to jest tworzyć globalny biznes. Poznajcie 7 przebojowych kobiet, które konsekwentnie zdobywają postawione przed sobą cele.
Trochę obawiałam się tej książki ze względu na nieco niezrozumiałą tematykę. Szczerze mówiąc rzeczywiście przyswojenie niektórych zagadnień może być kłopotliwe, ale mimo wszystko najważniejsze są tu kobiece historie, a nie zagadnienia stricte techniczne, których mój umysł nie zdołał zatrzymać na dłużej. Kolejny raz spotykamy się tutaj z kilkoma kobietami, które łączy pasja, chęć do działania i brak strachu przed tym co nowe i nieznane. Wszystkie bohaterki w którymś momencie życia dotarły do Doliny Krzemowej i dzielą się z czytelnikiem swoimi przemyśleniami na ten temat. Każda z nich wypowiada się o życiu w tym miejscu, zdobywaniu doświadczenia, przeżywaniu porażek oraz dość trudnej sytuacji pań w tym zdominowanym przez mężczyzn świecie. Zaskakujące jest, że kobiety tam mieszkające muszą jeszcze bardziej udowadniać swoją wartość i zdecydowanie ciężej pracować nad realizacją projektów. Dokładnie widać, że świat zachodni również jest pełen uprzedzeń, niedomówień i niejasnych sytuacji w stosunku do żeńskiej części społeczeństwa. Czasem nawet pojawiały się komentarze, że to właśnie w Polsce relacje na tym polu są dużo bardziej przyjazne i ludzkie! Jednak opis Doliny Kremowej jest tylko ułamkiem tych wszystkich motywujących historii. Poza tym dowiadujemy się wszystkiego odnośnie przebiegu całej kariery, czytamy o wzlotach, upadkach, pomysłach oraz klęskach. Faktycznie wiele aspektów jest dość niezrozumiałych dla człowieka nie związanego ze start-upami, ale całe szczęście bazą tych wszystkich opowieści jest powstawanie biznesu, realizacja planów, patrzenie w przyszłość i brak strachu przed ryzykiem. Te kobiety realizują się globalnie, tworzą strony i aplikacje o światowym zasięgu i zasługują na gromkie brawa. Nie mniej jednak to nie do końca moja bajka i zupełnie nie moja rzeczywistość, a jednak udało mi się z tej książki wyłuskać mnóstwo rzeczy dla siebie. Opisy karier są bardzo interesujące, nie brakuje w nich również porażek i to dodaje mnóstwa realizmu tym wszystkim historiom. Z perspektywy przeciętnego czytelnika sukcesy i doświadczenia mogą wydawać się nieosiągalne, ale nie wyczuwam tutaj jakiegoś dystansu i zbyt pewnego siebie tonu. Te dziewczyny tworzą świetne rzeczy, mieszkają w rożnych częściach świata, poznają ciekawych ludzi, rozwijają się, pomagają i inspirują innych, a jednak czytając o tych osiągnięciach nie odniosłam wrażenia, że to wszystko jest możliwe tylko dla wybranych. Powiem szczerze, że czasem nawet zastanawiałam się nad niezwykłą łatwością tych wszystkich sukcesów. Poza tym bardzo podobało mi się nawiązanie do wielu aspektów związanych z kobiecością. Spora część tekstu tyczy się sytuacji kobiet w biznesie w kraju i na świecie oraz trudności związanych z macierzyństwem i biznesowymi relacjami z mężczyznami. Wina nie zawsze leży po jednej stronie, ale często wpływ na damsko-męskie relacje mają uprzedzenia lub celowe negatywne działania jednej ze stron. 
Jeśli miałabym zwrócić uwagę na jakieś negatywne aspekty tej pozycji to mi niekonieczne przypadł do gustu natłok trochę zbędnych informacji. Poza tym okładka raczej wygląda jak podręcznik do jakiegoś technicznego przedmiotu, a nie fajna książka z przesłaniem dla kobiet. Ogólnie jej wygląd niezbyt mnie do siebie przekonał, ale to już raczej nieznaczące niuanse, bo upodobania co do wielkości i rodzaju czcionki bywają naprawdę skrajne. Dwie pierwsze książki po prostu zdecydowanie bardziej odpowiadają moim upodobaniom odnośnie ogólnej prezentacji. Mimo wszystko szczerze polecam zapoznanie się z tą lekturą, bo jest po prostu wartościowa i moim zdaniem to najważniejszy argument. Ja ogólnie nie przepadam za książkami, które są tylko chwilową rozrywką i wolę te, które uczą, dają do myślenia lub przynajmniej są jakieś. Ta zdecydowanie wpisuje się w moje oczekiwania, więc mój czas poświęcony dla niej nie był stracony i chwała jej za to! 


Kilka słów podsumowania
Fajnie, że w tym literackim świecie nadal można spotkać książki rzeczywiście niosące jakieś przesłania, a nie istniejące wyłącznie dzięki sprawnemu marketingowi. Uwielbiam czytać o kobietach, które osiągnęły sukces, a jeszcze większe wrażenie robi na mnie triumfowanie ich w dziedzinie mniej popularnej wśród pań. Bohaterki tych książek nie bez powodu podkreślały, że od dziewczyn po prostu nie wymaga się powodzenia w biznesie, uczy się ich raczej spokoju i pokory, a nie przebojowości i wspinania się po szczeblach kariery. Poza tym w jednej z wypowiedzi przeczytałam, że kobieta ubiega się o awans kiedy wykonuje 100% obowiązków, a mężczyzna już przy 60% liczy na jakąś nobilitację. Rzeczywiście zbyt często dziewczyny są niepewne własnych umiejętności i to przekłada się na to, że zwykle to mężczyźni uchodzą za ekspertów i zajmują kierownicze stanowiska. Jest to zdecydowanie temat rzeka i można o tym dyskutować godzinami. Ze swojej strony szczerze polecam wam każdą z tych książek, ponieważ rzucają one światło na sytuację kobiet w biznesie, ich ciężką pracę i trudności związane z wieloma aspektami prowadzenia własnej działalności. Nie mniej jednak więcej jest w nich pozytywnych emocji związanych z satysfakcją, sukcesami, niezależnością i przyjaznym stosunkiem do świata. W kobietach drzemie ogromny potencjał i oby jak najwięcej pań go w sobie odkryło! 

Lubicie czytać tego typu książki? Wpadła ostatnio w wasze ręce pozycja o podobnej tematyce? 

3 warte uwagi książki o kobietach w świecie biznesu.