wtorek, grudnia 06, 2016

Rano obudziły mnie promienie słoneczne nachalnie wpadające do mojej sypialni. Zamiast jak normalny człowiek o poranku, schować głowę pod kołdrę i udawać, że mnie tam nie ma, podjęłam dojrzałą decyzję o natychmiastowym wyskoczeniu z łóżka, ustawieniu rekwizytów i fotografowaniu. Tak wygląda kolejny zwyczajny dzień z życia blogera kiedy dobre światło cieszy bardziej niż wolny poniedziałek w pracy. Pełna powagi i wewnętrznej dojrzałości mogę stwierdzić, że w ostatnim czasie zmieniły się moje priorytety. Niech was jednak nie zwiedzie poważny ton mojej wypowiedzi, bo tak naprawdę wolne chwile spędzam na próbach zlikwidowania cieni na zdjęciach wyginając się w dziwnych kierunkach, próbując oszukać przeznaczenie i zrobić wszystkie zaplanowane fotografie zanim zajdzie słońce oraz tłumaczyć sobie i innym, że wszystko co robię jest ważne, potrzebne i wręcz konieczne. W takim razie pokręciłam trochę obiektywem, odpicowałam jeden z blatów w mieszkaniu, postukałam w klawiaturę, zrobiłam research w blogosferze i stworzyłam tenże wpis pełen ulubieńców, które można wziąć w dłonie, ale też i takich, które powstały dzięki czyjejś pasji i chęci dzielenia się z innymi fajnymi pomysłami. Jeśli chcecie wiedzieć co lubię i co mnie podnieca, to zapraszam was do dalszej części!

ULUBIEŃCY LISTOPADA

1. Lisi kubek Home&You. Ten rudzielec to zdecydowanie najpiękniejszy i najbardziej dziecinny okaz w mojej kubkowej kolekcji. Wystarczy tylko na niego spojrzeć i nawet o nieludzkiej porze tuż nad ranem można się po prostu uśmiechnąć. Z jednej strony powtarzam sobie, że takich przedmiotów mam zdecydowanie zbyt dużo i czas wreszcie trochę przystopować, ale z drugiej jednak nie miałam serca zostawić go w sklepie, tym bardziej że znowu trafiłam na wyprzedaż. Oczywiście lisek chytrusek uwodzi swoim wyglądem, ale nie jest zbyt poręczny i dość ciężko się z niego pije. Mimo wszystko bardzo lubię tego rudzielca i uroda w tym wypadku wygrała z praktycznym podejściem o życia!

2. Matowe pomadki Sephora i Revlon. Obie w bardzo odważnych kolorach i w sumie na tym kończą się ich podobieństwa. Revlon Ultra HD Matte Lipcolor w odcieniu Obsession nakłada się jak błyszczyk, ale jest niesamowicie kryjący, bardzo napigmentowany, pozostawia na ustach przyjemną, ale niematową warstwę i utrzymuje się bardzo długo. Z kolei krem w poduszeczce Sephora Wonderful Cushion w odcieniu Wonderful Fuchsia jest matem doskonałym nawet dla osób mających problem z suchością warg. Aplikator to dość szeroka poduszeczka, ale da się dość szybko opanować jej użytkowanie. Pozostawia na ustach wyraźny kolor oraz matowe i suche wykończenie, ale co najważniejsze nie podkreśla skórek, wygląda bardzo atrakcyjnie i utrzymuje się jeszcze dłużej niż poprzednik. Pokochałam te produkty głównie za kolory i doskonałą współpracę z moimi ustami. Różnią się pod względem wykończenia, ale żadnej z nich na pewno nikomu nie oddam. To takie kosmetyki, które po prostu z przyjemnością nakładam na usta, a w tym czasie reszta pomadek, błyszczyków i innych lakierów nie jest mi do niczego potrzebna. 


3. Perfumy lanvin eclat D'Arpege. Jeszcze jakiś czas temu nie miałam pojęcia o ich istnieniu, a dzisiaj trafiają do mojego zestawienia ulubieńców. Zaczynamy od pięknego flakonu, a kończymy na niebanalnym wnętrzu. Jest ono lekkie, subtelne, ale też bardzo niebanalne. Mamy tu do czynienia z lilakiem, który całe szczęście jest bardzo słabo wyczuwalny i nieodurzający. To kwiatowe połączenie moim zdaniem sprawdzi się zarówno na dzień, ale też może być fajną wieczorową propozycją przez swój zadziorny charakterek. Z jednej strony nuty zapachowe są bardzo zachowawcze i uniwersalne, ale z drugiej mają w sobie coś magicznego i przyciągającego. Musicie je poznać jeśli zależy wam na powiewie świeżości bez komercyjnej otoczki i banalnej powtarzalności. O perfumach mogę pisać bez końca, a i tak mam wrażenie, że temat nigdy nie będzie wyczerpany. To trochę jak pisanie poezji, bo nigdy nie wiadomo czy tworzymy prawdziwe dzieło sztuki, a może niezły koszmarek.

4. Lakier hybrydowy NeoNail w odcieniu Cotton Candy. Ten kolor może po prostu sprawiać wrażenie, że jest klasyczną bielą, ale moim zdaniem jest ona trochę złamana i w zależności od światła czasem staje się kością słoniową, a innym razem wpada w blady róż. Jest to dość specyficzna barwa, ale od samego początku wiedziałam, że będzie pretendowała do grona moich ulubieńców, bo na paznokciach wygląda bardzo elegancko i pięknie kontrastuje z odcieniem skóry. Trochę obawiałam się tej marki, bo ich lakiery są nieco gęste, a moje umiejętności niezbyt wielkie, ale dwie warstwy zapewniły pełne krycie bez skutków ubocznych. Piękny kolor, wygodna aplikacja i perfekcyjna trwałość, więc do pełni szczęścia brakuje mi tylko łatwiejszego usuwania hybryd, bo akurat tego elementu nie dążę wielką sympatią.


5. Książka "Dzień dobry. Śniadania z Małgosią Mintą". Śniadania to zdecydowanie mój ulubiony posiłek zaraz po obiedzie, kolacji i podwieczorku. Ogólnie uwielbiam jeść i uważam, że próbowanie nowych smaków jest jedną z największych przyjemności w życiu. Ta książka zdecydowanie pobudza do pracy kubki smakowe oraz żołądek, bo już czytanie przepisów oraz oglądanie pięknych i naprawdę dobrych zdjęć sprawia, że czuję w brzuchu burczenie. Po pierwsze pozycja jest naprawdę świetnie wydana, podoba mi się jej niewymuszony styl fotografii, które są zadecydowanie na czasie, ciepły klimat, który bije z każdej strony oraz przepisy, które w większości są po prostu niezwykle łatwe, a nawet banalne. Możemy wybierać spośród słodkich oraz słonych propozycji, tych bardziej tradycyjnych i zdecydowanie nowoczesnych, zdrowych do granic możliwości oraz z większa domieszką cukru. Zaczynamy przykładowo od owsianki na wiele sposobów, przechodzimy przez granole, omlety, koktajle, a kończymy na tostach, tortillach i gofrach. Bardziej niesztampowymi przepisami są chociażby twarożek z pokrzywą, zapiekany grejpfrut lub enigmatycznie brzmiący dukkah. Wiele z tych pysznych dań poznałam dopiero dzięki tej książce, ale jednak to po prostu śniadania, więc siłą rzeczy przepisy są proste, czyli to książka dla aspirującego amatora, a nie dla ambitnego szafa kuchni. Jeśli nie lubicie gotować to założę się, że po przejrzeniu przepisów i spojrzeniu na fotografie od razu odezwie się w was głód poznawania nowych rewirów kulinarnego świata. Mnie ta książka bardzo inspiruje i myślę, że może być z niej świetny prezent!

LISTOPADOWE WPISY Z MOJEGO BLOGA

1. Bezstresowe świętowanie, przemyślane prezenty i przegląd nowości z linii spa i lipidro od marki Tołpa. Takie moje małe kompendium wiedzy w kwestii świątecznych prezentów, które bardzo często spędzają nam sen z powiek. Oprócz kilku podpowiedzi na temat ich kupowania podzieliłam się także pomysłami na niebanalne upominki, wskazałam miejsce, w którym możecie szukać naprawdę oryginalnych pomysłów, przygotowałam tablicę inspiracji na banalnie proste i piękne opakowania oraz dodałam kod zniżkowy na zakup kosmetyków marki Tołpa. Zdecydowanie lepiej już być nie może!

2. Przegląd nowości Revlon oraz Artdeco. W tym wpisie możecie dowiedzieć się więcej na temat pomadki, którą zachwycam się kilka akapitów wyżej oraz poznać resztę kosmetyków, które ostatnio trafiły do sprzedaży. Są takie, które polubiłam od pierwszego użycia, a nawet zobaczenia, te dość neutralne oraz takie, które z pewnością nigdy nie trafią do zaszczytnego grona moich ulubieńców. Jest połyskująco, trochę jesiennie i zdecydowanie bardzo kolorowo! 


3. Your Natural Side - przegląd asortymentu marki, moje wybory i doświadczenie z kosmetykami naturalnymi. Jedno z moich bardziej interesujących odkryć ostatniego czasu, bo jak tu nie zachwycić się naturalnymi olejami, wodami kwiatowymi lub mydłem, które swoim wyglądem przypomina coś nadającego się do zjedzenia? Szczególnie wybór olei jest tak duży, że ciężko zdecydować się czy bardziej odpowiada nam ten z pestek malin lub truskawek, a może jednak z wiesiołka lub awokado. Markę w szczególności polecam osobom, które interesują się naturalną pielęgnacją lub mają problemy ze skórą i potrzebują jakiejś zmiany. Myślę, że takie jednoskładnikowe produkty są zdecydowanie dobrą alternatywą dla drogeryjnych kosmetyków.


4. 5 lifestylowych odkryć ostatnich miesięcy. Zbiór różnego rodzaju użytecznych gadżetów, które od jakiegoś czasu stale mi towarzyszą i zasłużyły nawet na drobną wzmiankę i kawałek miejsca na moim blogu. Napisałam między innymi o tym jak udało mi się pić więcej wody, poprawić swoją znajomość języka angielskiego oraz bardziej rozplanować różnego rodzaju zadania, które czekają na mnie każdego dnia. Jesteście ciekawi o czym mowa? A może szukacie jakiejś fajnej inspiracji na niebanalny prezent?

POLECANE PRZEZE MNIE ARTYKUŁY Z INNYCH BLOGÓW

1. Stroik świąteczny DIY - tani, prosty i efektowny. Lubię wszelkiego rodzaju dekoracje tworzone własnoręcznie i zawsze zaskakują mnie pomysły tak banalne, że zastanawiam się czemu właściwie na to nie wpadłam? Tutaj potrzebujemy szklanego wazonu, świecy i kilku orzechów oraz szyszek, aby uzyskać naprawdę łatwy i co najważniejsze piękny stroik świąteczny. Okazało się, że w domu mam wszystkie przedmioty potrzebne do jego wykonania, więc już niedługo pochwalę się moją wersją tej pięknej dekoracji. Zajrzyjcie, bo naprawdę warto!

2. Etykiety do prezentów świątecznych. Pisałam już nieraz, że najpiękniejsze opakowania można stworzyć za pomocą papieru pakownego, sznurka oraz kilku świerkowych gałązek. Aby jeszcze trochę podkręcić ten nasz niewymuszony design proponuję rzucić okiem na te śliczne etykietki i ozdobić nimi swoje dzieła. Jestem przekonana, że dodadzą naszym paczkom dobrego smaku, wywołają uśmiech na twarzy i mogą stać się fajną pamiątką, kiedy czekolada z paczki zostanie już zjedzona.

3. 15 pomysłów na tło do zdjęć. Ten temat z pewnością zainteresuje każdego blogera, ale i wszystkich innych zapalonych fotografów, którzy dwoją się i troją, aby ich zdjęcia były pomysłowe, niebanalne i przyciągające wzrok innych. Większość tych pomysłów już dawno zrealizowałam, ale jestem pewna, że każdy interesujący się tym tematem z pewnością znajdzie coś dla siebie i nada swoim fotografiom fajnego klimatu poprzez zrobienie tła z paneli, pięknej chusty lub chociażby jakiejś niebanalnej okleiny. Klikajcie, inspirujcie się i fotografujcie!

4. DIY: Mała tablica inspiracji na biurko. Często marzymy o jakimś elemencie wystroju mieszkania, ale czasem po prostu brakuje nam funduszy lub miejsca, aby umieścić kolejny niezbędny przedmiot. Tutaj zamiast dużej tablicy zajmującej pół ściany możemy stworzyć taką nieco skromniejszą przy użyciu siatki ogrodniczej oraz ramki na zdjęcia. Jedna z czytelniczek napisała, że w tym roku postanowiła stworzyć takie właśnie prezenty dla bliskich. Myślę, że to genialny pomysł, bo jesli dodamy tam zdjęcia, jakieś fajne karteczki z cytatami lub przypinki możemy uzyskać coś naprawdę pięknego i bardzo indywidualnego. 

5. 7 najfajniejszych prezentów dla blogera. Na koniec wpis, który powinien przeczytać każdy kto jest w bliskich relacjach z jakimś blogerem i chce wspierać jego szaloną pasję. Oczywiści jest to też świetna propozycja, aby samemu sobie zrobić świetny upominek, bo jednak takie prezenty są zawsze najbardziej udane. Książka, planner, a może jakiś świetny gadżet, który stanie się elementem obowiązkowym wielu zdjęć? Wybór jest bardzo duży, pomysły są różnorodne, więc pozostaje tylko składać zamówienie i czekać na iskierki w oczach kogoś znajomego. Bloger mimo wszystkich swoich dziwactw też jest przecież człowiekiem i potrafi się nieźle wzruszyć lub pokazać wielkie pokłady empatii i entuzjazmu!

Jak podobają się wam moim ulubieńcy listopada? Który wpis z innych blogów przeczytacie w pierwszej kolejności?


Podsumowanie listopada. Ulubieńcy miesiąca i kilka interesujących artykułów na innych blogach

piątek, grudnia 02, 2016

Najlepszym sposobem na pozbycie się nadmiaru kosmetyków jest oczywiście sprzedaż, podarowanie znajomym lub w ostateczności wyrzucenie ich do kosza. Są jednak takie chwile, że odzywa się w nas wrodzony sknera, który nie zmarnuje żadnej złotówki lub po prostu z jakichś powodów mamy opory przed oddawaniem innym używanych produktów. Działa to też w drugą stronę, bo z kolei ja sto razy się zastanowię niż kupię używany kosmetyk. Po pierwsze muszę mieć pewność, że jest on nadal świeży i wart swojej ceny, a po drugie nie ukrywam, że boję się jakichś urodowych rewolucji tuż po jego użyciu.  Nie jest to jakaś moja nadgorliwość w dbaniu o higienę, ale zwykła reakcja obronna osoby, która wie czym jest tzw. ‘zimno’ na ustach, z czym ono się wiąże, ile czasu się goi i jak potrafi zaskoczyć w najmniej odpowiednim momencie. Jednak coś z tymi mniej udanymi kosmetykami trzeba zrobić i jakoś uratować te ciężko zarobione pieniądzE, które zostały na nie wydane. Z tego też powodu chciałabym dzisiaj poruszyć temat reanimacji mniej udanych produktów, przedstawić sposoby jak można je sprytnie przechytrzyć i zamiast bezcelowo przekładać jej z jednej strony szuflady na drugą, wreszcie użyć je we właściwy sposób
>>> 5 drogich kosmetyków niewartych swojej ceny >>>

PROBLEM : ZBYT GĘSTY, TREŚCIWY i TRUDNY W APLIKACJI PODKŁAD
ROZWIĄZANIE: DODANIE KROPLI OLEJKU DO KOSMETYKU

Nie każda z nas jest mistrzynią pędzla i czasem dobre rozprowadzenie podkładu naprawdę jest wyższą szkołą jazdy. Takie kosmetyki często zbyt szybo zastygają na skórze, tworzą nieestetyczne plamy lub smugi, a w skrajnych przypadkach mogą nawet stawać się brzydką maską, która z pewnością nikomu nie dodaje uroku. Zwykle tego typu podkłady leżały w mojej kosmetyczce czekając na lepsze czasy, aż wreszcie powoli zasychały i lądowały w koszu. Teraz jednak całkiem przypadkiem znalazłam banalne rozwiązanie, aby wreszcie wydobyć z nich to co najlepsze. Podkład aplikuję na dłoń i dodaję zaledwie kropelkę olejku, mieszam i przystępuję do nakładania na cerę. Od razu czuć, że produkt staje się bardziej aksamity, przyjemniej wklepuje się go w skórę, tworzy bardziej naturalne wykończenie i po prostu wygląda lepiej. Nie trzeba się obawiać, że skóra będzie się bardziej błyszczała, ale należy zachować umiar. Właścicielki cer suchych mogą pozwolić sobie na większą ilości olejku, ale tym o skórze tłustej zalecam zaledwie maleńką kropelkę, która znacznie poprawi jakość podkładu, a gwarantuję też, że nie przyczyni się do nadmiernego błyszczenia. Kolejnym ważnym aspektem jest fakt, że właściwie dobrany olejek również będzie miał działanie pielęgnacyjne. Ja aktualnie stosuję taki z pestek truskawek, o którym pisałam całkiem niedawno, ale sprawdzi się tu każdy, który dobrze współgra z nasza cerą. Najlepiej najpierw przetestować ten kosmetyk nakładając go na noc, a jeśli nie wywoła niepokojących zmian to możemy zacząć dodawać go do podkładów i cieszyć się tymi, które już dawno skazaliśmy na zapomnienie. Ten sposób z pewnością to jedno z ważniejszych odkryć kosmetycznych tego roku.
>>> Your Natural Side - przegląd asortymentu marki >>>

PROBLEM:  MATOWE POMADKI PODKREŚLAJĄCE SUCHOŚĆ UST
ROZWIĄZANIE: UŻYCIE BŁYSZCZYKA LUB NAWILŻAJĄCEJ POMADKI OCHRONNEJ

Mat zdecydowanie nie jest dla każdego. Co prawda teraz stał się bardzo popularny, ale mimo wszystko do tej kwestii lepiej podejść z chłodną głową. Matowe pomadki niestety mogą podkreślać suche skórki, drobne pęknięcia lub w najgorszym przypadku ich pigment może osadzać się bardzo nierównomiernie przez co usta będą wyglądały nieatrakcyjnie. Jeśli matowy efekt w naszym przypadku wygląda nieestetycznie, ale kolor bardzo się nam podoba i nie chcemy rezygnować z tego produktu, to najlepszym rozwiązaniem będzie zastosowanie błyszczyka lub nawilżającej pomadki na kłopotliwy kosmetyk. Co prawda nie uratujemy tutaj matu, ale przynajmniej będziemy mogli się cieszyć ładnym i zadbanymi ustami. Ja również nie zawsze mogę nosić matowe pomadki, ale nie czekam aż upłynie ich termin ważności, a staram się po postu w ten sposób na bieżąco używać tego co mam, a nie inwestować w kolejne niepewne produkty. Wiele matów wygląda u mnie naprawdę świetnie jednego dnia, aby następnego skłaniać mnie jedynie do zmywania makijażu. Ich piękne kolory jednak sprawiają, że nie mam zamiaru czekać kolejnych kilku dni, aby wreszcie móc je nosić.

PROBLEM:  NIETRAFIONA POMADKA LUB RÓŻ
ROZWIĄZANIE: POMADKA W ROLI RÓŻU, A RÓŻ JAKO POMADKA

Czasem jest tak, że po zakupie jakiś kolor zupełnie nam nie leży i po nałożeniu na usta staje się tak irytujący, że marzymy tylko o jak najszybszym zmyciu go z warg. Innym przykładem są matowe produkty, o których pisałam wyżej będące utrapieniem dla osób zmagających się z suchością naskórka. Taki sam problem może się pojawić w przypadku róży w kremie lub sztyfcie, które często mogą być problematyczne dla osób nieobytych z makijażem. Dokładnie wiem, że dzięki takiej formie kosmetyku można się nabawić nieestetycznych plam, źle je rozprowadzić lub uzyskać brzydki efekt po zmieszaniu z podkładem. Jednak rozwiązaniem jest tutaj próba zamiany ról tych produktów do makijażu. U mnie w tej roli genialnie spisują się matowe pomadki od YSL oraz Revlon, które na ustach wyglądają źle, ale na policzkach już doskonale. W roli różu najlepiej spiszą się produkty o matowym wykończeniu, ponieważ te nawilżające mogą być zbyt tłuste i tworzyć nieestetyczne plamy. Również pomadki, których pigment wchodzi w każde załamanie warg mogą stać się świetnym zamiennikiem różu i być wreszcie wykorzystane. Ja najczęściej nakładam je grubą warstwą na dłoń, a następnie delikatnie wklepuję opuszkami palców w kości policzkowe. Matowe pomadki lub błyszczyki tworzą tutaj zdecydowanie najlepsze i co najważniejsze suche wykończenie. Z kolei róże w kremie, sztyfcie lub poduszeczce, których aplikacja przysparza nam samych problemów lub kolorystyka nie pasuje do policzków, mogą stać się  świetnymi zamiennikami stosowanymi na ustach i tworzyć albo jedynie lekką poświatę koloru albo naprawdę kryjącą warstwę. W tej kwestii naprawdę warto trochę poeksperymentować!
>>> Przegląd nowości Revlon oraz Artdeco >>>

PROBLEM:  NIETRAFIONY RÓŻ LUB ROZŚWIETLACZ W KREMIE/SZTYFCIE
ROZWIĄZANIE: UŻYCIE GO JAKO CIENIE LUB BAZA

Zdecydowanie wolę tego typu produkty w suchej formie, bo mogę lepiej nad nimi zapanować. Te w sztyfcie lub kremie zbyt często sprawiają mi więcej problemu niż pożytku. Podobnie sprawa miała się z moimi rozświetlaczami z Revlon oraz Mary Kay, które nie są złymi kosmetykami, ale mimo wszystko głównie ze względu na moje lenistwo przegrywały z produktami nakładanymi pędzlem. Jednak im też postanowiłam znaleźć jakąś rolę i od jakiego czasu towarzyszą mi podczas makijażu oka. Nakładane grubą warstwą mogą zastąpić połyskujący cień w kremie, a delikatnie aplikowane opuszkami paców stanowią dobrą bazę pod kolejne produkty do makijażu. Dzięki nim sypkie cienie lepiej przylegają do powieki, dłużej się trzymają i nie rolują się. Każdy z pewnością ma gdzieś w zakamarkach toaletki tego typu produkt i radzę spróbować wykorzystać go jako bazę, bo może okazać się, że dobry kosmetyk przedłużający trwałość cieni mamy pod ręką i nie musimy szukać kolejnej niezawodnej bazy. Teraz coraz więcej marek tworzy kosmetyki do każdej części twarzy i ciała, ale przecież każdemu z nas głos z tyłu głowy podpowiada, że w większości są tego prawie identyczne produkty zamknięte w inne opakowania z różnymi nazwami.
>>> 5 kosmetyków kolorowych, których aktualnie używam najczęściej >>>

PROBLEM: ZBYT CIEMNY LUB JASNY PODKŁAD
ROZWIĄZANIE: MIESZANIE GO Z INNYMI PRODUKTAMI

Zaczyna się lato, cera nam nieco ciemnieje, więc pół podkładu ląduje na dnie szuflady. Rozpoczyna się zima, skóra staje się jaśniejsza, a więc ciemny produkt ustępuje miejsca temu jaśniejszemu. Po kilku miesiącach bezczynnego leżenia nie wiadomo czy tany kosmetyk jest jeszcze dobry, więc od razu ląduje w koszu. Znacie to? Akurat wszelkiego rodzaju podkłady staram się zużywać bardzo regularnie i robię to po prostu za pomocą mieszania z innymi tego typu kosmetykami lub dodaję do nich to co po prostu mam na stanie. Niezawodne będą wszelkiego rodzaju kremy koloryzujące, BB, a nawet te przeciwsłoneczne o określonym odcieniu. Zostawianie tego typu kosmetyków na drugą połowę roku to oszukiwanie samego siebie, bo nawet jesli przetrwają w dobrym stanie to zapewne przegrają z naszą chęcią kupienia czegoś nowego. Takie mieszanie przeprowadzam na dłoni, łącząc ze sobą dane produkty, a potem nakładam na fragment twarzy, jeśli efekt wygląda dobrze to przykrywam nowo stworzonym podkładem całą twarz, a jeśli odcień nie jest odpowiedni to dalej eksperymentuję. To też dobry pomysł na zużycie kosmetyków, które solo z jakichś względów niezupełnie się sprawdzają lub na zmienianie kolorystyki produktu, bo czasem za pomocą takich eksperymentów można chociażby zredukować różowe tony i podkładowi dodać nieco tych żółtych lub odwrotnie.


Stosujecie opisane przeze mnie triki związane z kosmetykami do makijażu? A może możecie podzielić się jakimiś swoimi okryciami w tej kwestii? 

5 trików na zużywanie nietrafionych kosmetyków do makijażu

czwartek, listopada 24, 2016

Czy czujecie już ten niezwykły przedświąteczny klimat, podniecające oczekiwanie lub zaczynacie ekscytujący okres przygotowań? A może przeciwnie i zamiast radości bardziej bliski jest wam niepokój przed nieudanym prezentem, niesmacznym karpiem lub nieposprzątanym mieszkaniem? Na te dwa ostatnie problemy nie mam recepty, ale jeśli czujecie swoisty strach przed drogimi prezentami, nietrafionymi upominkami i presją jak najbardziej gadżeciarskich niespodzianek, to zapraszam was na mój mini przewodnik po tym jak kupować i nie zwariować. Jeszcze kilka lat temu taki tekst uznałabym za jakieś wydumane przemyślenia osoby, której od konsumpcjonizmu poprzewracało się w głowie, ale teraz z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że mimo moich skłonności do okresowego kupowania zupełnie nieprzydatnych przedmiotów, to jednak w minimalistycznej przestrzeni czuję się zdecydowanie najlepiej. Z drugiej strony daleko mi jeszcze do zupełnie zdroworozsądkowego podejścia do otaczania się przedmiotami, ale chętnie podzielę się z wami tym co ostatnio zmieniło się w moim postrzeganiu prezentów i całego świątecznego klimatu posypanego brokatem i opakowanego czerwoną kokardą.

PREZENTY PRZEMYŚLANE I  NIE KUPOWANE NA OSTATNIĄ CHWILĘ

Szukając prezentów zbyt późno łatwo dać się ponieść chwili, zdecydować na coś nietrafionego, a początkowe plany na pewno nie zostaną zrealizowane. Suma summarum niespodzianka najprawdopodobniej będzie nieudana, cena wygórowana, a satysfakcja znikoma. Dlatego też na samym początku wypadałoby zastanowić się kogo właściwie chcemy uszczęśliwić, co ta osoba lubi, co może ją tak naprawdę ucieszyć i jaką dokładnie kwotą pieniędzy dysponujemy. Chyba najlepiej w tym wypadku działa słuchanie i obserwacja, bo pewnie wielokrotnie usłyszeliście od kogoś bliskiego, że to mu się podoba, o tamtym marzy, a sensu istnienia tego przedmiotu zupełnie nie rozumie. Zdecydowanie warto dobrze wykorzystać taką wiedzę. Ja czuję ulgę kiedy dokładnie planuję wydatki, zaglądam do sklepów stacjonarnych i internetowych, porównuję ceny, skupiam się na konkretnej rzeczy i ostatecznie prezent mam przygotowany długo przed czasem. Działanie pod wpływem chwili w tym wypadku zdecydowanie nie będzie obfitowało w pasmo sukcesów. Jeśli obawiacie się, że ktoś znajdzie prezent zbyt wcześnie, to ukryjcie go w schowku na środki czystości, bo tam przecież żaden domownik nie zagląda z własnej woli. Pamiętam, że kiedyś biegałam po sklepach na ostatnią chwilę, szukałam czegoś co przynajmniej w części spełniłoby moje oczekiwania i nigdy więcej nie chcę przeżywać tego stresu i zniecierpliwienia, które udziela się wszystkim dookoła. Ostatecznie z głośników lecą radosne piosenki, a z ust raczej nie świąteczne wiązanki.

NIEBANALNE POMYSŁY NA UPOMINKI

Całe szczęście w mojej rodzinie nigdy nie było tradycji wymieniania się upominkami. Dużo przyjemniejszy jest fakt stawienia się u babci na świątecznym obiedzie, rozmowa i chwila dla siebie, a nie wręczanie sobie przedmiotów, które nieraz wywołują tylko zakłopotanie. Jednak z niektórymi osobami lubię organizować akcje z prezentami na wesoło, gdzie najważniejszy jest pomysł i wykonanie. Można przykładowo umówić się na prezenty do 10 zł, takie własnoręcznie wykonane, a jeszcze fajniejszym pomysłem będzie bon, w którym zobowiązujemy się, że kilka godzin poświęcimy konkretnej osobie i przykładowo zorganizujemy jej pyszną kolację, pójdziemy do kina na nudne romansidło lub mecz piłki nożnej, na który nasz partner do tej pory nie mógł nas wyciągnąć siłą ani podstępem. W tym roku na pewno zdecyduję się na taką niebanalną formę świątecznego upominku, bo wiem ile coś tak prostego może dać przyjemności bliskiej osobie. Za kilka lat na pewno zapomniałabym o jakimś przedmiocie, a na pewno będę z przyjemnością wracała do wspomnień o tych kilku godzinach spędzonych na zasadach kogoś mi bardzo bliskiego.
>>> Instrukcja wykonania kuponów miłości DIY na różne okazje >>>

NIEULEGANIE PRESJI PERFEKCYJNOŚCI

Postanowiliśmy już, że sami wykonamy upominki lub wydamy na nie maksymalnie kilka złotych, wiemy co chcemy wręczyć konkretnej osobie, więc za wszelką cenę powinniśmy się trzymać tych planów. Oczywiście nie jest to łatwe, bo w tym czasie w sklepach pojawiają się promocje, wszyscy polują na okazje, rozpoczyna się małe przedświąteczne piekiełko, a my mamy wrażenie, że to wszystko nas przerasta i trochę odbiegamy od tych wszystkich standardów. Nie uważam, że drogie prezenty to coś złego, a kupowanie ich jest naganne, ale po prostu nie oczekuję takich wydatków od moich bliskich i zawsze przyjmuję je z niemałym skrępowaniem. Takie niespodzianki zdecydowanie bardziej wolę wręczać niż je otrzymywać. Nowe perfumy, wymarzona sukienka na pewno mnie cieszą, ale zdecydowanie nie bardziej niż coś co wyszło spod rąk mojego mężczyzny. Jeśli nie jesteście przekonani do takiej formy to na początek zdecydujcie, że z przyjaciółmi wymienicie się prezentami do kilku złotych i zobaczycie jak taka akcja wpłynie na waszą kreatywność, da mnóstwo zwykłej radochy i znacznie zmniejszy to niewygodne napięcie spowodowane przymusem spędzenia tego czasu jak najbardziej perfekcyjnie. Nie dajmy się zwariować, bo trochę luzu na pewno nie zniszczy magii świąt.

OPAKOWANIE MA ZNACZENIE

Nawet najbardziej zwykły i skromny prezent można wzbogacić poprzez udekorowanie go czymś pomysłowym. W internecie pełno jest tutoriali na oryginalne zapakowanie upominków. Nawet brak zdolności nie jest tu przeszkodą, bo za pomocą papieru pakownego, bawełnianego sznurka i świerkowej gałązki można wyczarować coś pięknego, niesztampowego i pachnącego świętami. W tamtym roku przygotowałam takie właśnie paczki, których wykonanie zajęło mi kilka minut, a efekt wszystkich zachwycił. Zebrałam też dla was kilka pięknych i pomysłowych inspiracji wprost z Pintresta. Oglądajcie, inspirujcie się i planujcie piękne prezenty, bo po obejrzeniu tych świetnych inspiracji na pewno dojdziecie do wniosku, że tak naprawdę wszystko zależy wyłącznie od chęci.

TOŁPA POLECA SIĘ NIE TYLKO NA ŚWIĘTA

W ostatnim punkcie chciałabym zaprosić was na przegląd nowości marki Tołpa. Na pierwszy ogień idzie linia lipidro, która jest przeznaczona do cery wrażliwej, suchej i z potrzebą regeneracji. Kosmetyki do niej należące to: krem po oczy oraz do twarzy, olejek regenerujący, balsam do mycia, zabieg oczyszczająco-regenerujący oraz maska-kokon do twarzy szyi i dekoltu. Produkty idealne na aktualny okres, kiedy skóra narażona jest na niskie temperatury, niesprzyjające warunki środowiska i suche powietrze w pomieszczeniach. Zdecydowanie przyda jej się teraz regenerujący kompres bogaty w olejki z awokado, jojoba oraz masło shea.


Z kolei linia spa obfituje w bardzo naturalnie pachnące produkty, które mają umilić niejeden wieczór przeznaczony na popołudniowy relaks w wannie. Możemy wybierać spośród mydełek borowinowych, kąpieli borowinowej, mleczka-olejku, kremu-musu, masła-kremu, serum do masażu, peelingów oraz soli. Spośród tych wszystkich kosmetyków najbardziej prezentowo przyjazna jest moim zdaniem właśnie linia spa obfitująca w kosmetyki borowinowe, które jak nie od dzisiaj wiadomo pełne są cennych substancji organicznych, działają ściągająco i przeciwzapalnie, a dodane do kąpieli zapewniają mnóstwo relaksu oraz odprężenia. Moimi faworytami są mydełka, kąpiel borowinowa oraz odprężający krem-serum do masażu, za pomocą których można wyczarować komuś lub sobie aromatyczny odpoczynek. Oczywiście kosmetyki te można ze sobą łączyć w różne kombinacje i mydełka zastąpić musem, kąpiel peelingiem, a serum otulającym masłem. Myślę, że kosmetyki wręczane na prezent nie powinny być tylko narzędziem, a muszą nieść ze sobą coś w rodzaju obietnicy i wizji, które dajemy innymi. To nie tylko krem, mus lub olejek, a relaks, odpoczynek i chwila przyjemności, którą możemy podarować bliskim w postaci pięknego zapachu, odprężających właściwości i satysfakcjonujących efektów pielęgnacyjnych. 


Skoro tyle napisałam o prezentach, to mam też mały upominek i chciałabym wam przekazać namiary na zniżkę -25% (nie łączy się z innymi promocjami) na wszystkie kosmetyki Tołpa ważną do 25.12.2016. Po wybraniu produktów w sklepie wystarczy wpisać w odpowiednim polu kod: tolpa1116

A wy jaki macie stosunek do obdarowywania się prezentami? Uważacie, że kosmetyki to dobry pomysł na prezent? 

Bezstresowe świętowanie, przemyślane prezenty i przegląd nowości z linii spa i lipidro od marki Tołpa

wtorek, listopada 22, 2016

W podsumowaniu ostatnich miesięcy dużo miejsca poświęciłam nowościom kosmetycznym, a dzisiaj chciałabym skupić się wyłącznie na produktach do makijażu Revlon oraz Artdeco. Co prawda jesień skłania producentów do koncentrowania się na kolorystyce oscylującej wokół wszelkiej maści rudości, brązów, granatu burzowego nieba lub barwy o enigmatycznej nazwie jaką jest khaki. Nie są to moje ulubione klimaty, ale na całe szczęście również moje potrzeby zostały zaspokojone, bo na ustach bez względu na porę roku najbardziej lubię soczyste barwy. Co za tym idzie to właśnie fuksjowy błyszczyk od razu zwrócił moją uwagę i pretendował do zostania moim faworytem. Co prawda jego barwa jest genialna, ale jednak nie będzie tutaj wyłącznie tak bardzo kolorowo, bo w tym zacnym gronie są też produkty, które na pewno w przyszłości nie trafią do grona moich ulubieńców. W takim razie zapraszam was na mały przegląd kolorówki, czyli na coś co tygryski lubią najbardziej! 
>>> Podsumowanie września i października - zakupy, nowości i ciekawe miejsca w sieci >>>

ARTDECO RÓŻ BLUSH COUTURE 

To jeden z tych produktów, który już od samego początku zdobył moje serce. Co prawda puzderko w odcieniu czerwieni ozdobione różnego rodzaju esami i floresami niezbyt przypadło mi do gustu, ale wnętrze zdecydowanie jest warte uwagi. Po pierwsze uwielbiam kosmetyki prasowane z tak fantazyjnym tłoczeniem, bo po prostu cenię rzeczy piękne. Tutaj nuty na pięciolinii są bardzo zaskakujące, bo w sumie róże zwykle zdobione są wszelkiego rodzaju motywami kwiatowymi i innymi typowo kobiecymi elementami. Róż jest bardzo aksamitny, jego zapach jest słabo wyczuwalny, posiada mieniące się drobinki, ale jednak nie jest ich bardzo dużo i nie wiodą tutaj prymu, więc tego kosmetyku nie zaliczyłabym do produktów rozświelających. W puzderku połączony jest jasny beż, delikatny brąz oraz coś w rodzaju barwy buraczkowej. Zmieszane ze sobą dają na twarzy ciepły, intensywny kolor, który określiłabym jako jasne bordo lub głęboki, ciemny róż. Co najważniejsze na początku kosmetyk ten może wydawać się bardzo lekki i trudno stwierdzić jaki właściwie może tworzyć kolor na twarzy. Szybko jednak można się zorientować, że pigmentacja jest naprawdę bardzo intensywna, więc trzeba mieć się na baczności podczas nakładania go na kości policzkowe, bo jeden zbyt pewny ruch grozi nazbyt intensywną plamą koloru. Ogólnie zdobył moje serce i zachwycił mnie niebanalną (zdecydowanie jesienną) kolorystyką, bardzo dobrym nasyceniem koloru, całodzienną trwałością i miłym dla oka tłoczeniem. Coś czuję, że muszę zrobić miejsce w kosmetyczce dla przyszłego ulubieńca.

ARTDECO POMADKA  PERFECT COLOR

Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że pomadka nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jednak nie jest zrobiona ze zwykłego czarnego plastiku, a z materiału metalowego przez co od razu jest cięższa i po prostu czuć, że w dłoni trzyma się coś konkretnego. Odcień 17A określiłabym jako połączenie czerwieni, rudości i brązu, czyli mamy tutaj do czynienia z taką miłą wiewiórką. Jak już wspominałam nie jest to moja ulubiona kolorystyka i w takich ciepłych barwach niekoniecznie czuję się najlepiej. W kwestii innych właściwości to pomadka ma raczej typowy zapach, daje błyszczące wykończenie, intensywnie kryje i nie podkreśla suchych skórek. Zachowuje się jak produkt nawilżający, który tworzy wilgotną warstwę na ustach więc siłą rzeczy nie trzyma się na nich spektakularnie długo. Zdecydowanie uwielbiam takie wykończenie na ustach, ponieważ mam problem z suchymi wargami, ale kluczem do sukcesu zwykle jest u mnie kolor, a tutaj niestety nie do końca przypadł mi on do gustu, więc produkt ten trafia do grupy kosmetyków, którym nie mam specjalnie nic do zarzucenia, ale ostatecznie nie wiążę z nimi przyszłości. Zabrzmiało to bardzo poważnie, więc dla równowagi napiszę, że fani ciepłych jesiennych barw powinni być zadowoleni i jeśli tacy tutaj są to na samym dole wpisu możecie dowiedzieć się jak zdobyć taką samą pomadkę dla siebie!

REVLON ULTRA HD MATTE LIPCOLOR MATOWE BŁYSZCZYKI DO UST

Te produkty są idealnym przykładem tego, że kolor ma ogromne znaczenie i to właściwie na jego podstawie można zupełnie zmienić opinię na temat jednego kosmetyku. Miłe dla oka opakowania kryją w sobie konsystencję, która pachnie tak genialnie, że od razu zapałałam sympatią do tych kosmetyków. To takie owocowe połączenie słodyczy z czymś w rodzaju ciasteczka, więc na pewno nikt nie będzie mógł narzekać na niedostatek cukru. Gładko i przyjemnie rozsmarowują się na ustach, ale od razu tutaj pojawia się problem, ponieważ producent zapewnia o macie, a żelowy błyszczyk pozostawia po sobie raczej wykończenie nawilżającej pomadki. Mi to nie przeszkadza, bo maty nie zawsze się u mnie sprawdzają, ale jednak potencjalny klient może poczuć się trochę oszukany. Pora jednak przejść do porównania dwóch kolorów, bo są zupełnie inne i wywołały u mnie skrajne emocje. HD Obsession to piękna, chłodna, intensywna i soczysta fuksja, którą pokochałam od pierwszego wejrzenia, bo wszystko działa w niej idealnie. Kosmetyk przyjemnie nakłada się na usta, kolor jest mega intensywny i kryjący, nie osadza się w załamaniach i naprawdę bardzo długo utrzymuje się na swoim miejscu. Oczywiście po jakimś czasie wargi mogą być trochę przesuszone, ale nie jest to mocny efekt, więc ogólnie rzecz biorąc od jakiegoś czasu ten wariant błyszczyka mam zawsze pod ręką, bo zdecydowanie mam do niego słabość. Określenie go jako błyszczyk może być trochę mylące, bo jest bardziej kryjący niż niejedna pomadka, więc myślę, że lepiej gdyby producent nazwał go lakierem do ust. Z kolei HD Flirtation to ciepły ocień, który określiłabym jako melonowy z dodatkiem lekkiej pomarańczy i pastelowego różu. Jego pigmentacja jest również bardzo intensywna i ładnie rozjaśnia usta, ale niestety nie zdobył mojej aprobaty. Aby ładnie wyglądał należy nałożyć go bardzo cienką warstwą, więc od razu traci na intensywności. Większa ilość błyszczyka sprawia, że pigment jest nierównomiernie rozłożony, wnika w drobne załamania i po prostu wygląda źle. Jednoznacznie nie umiem z nim współpracować, nie spełnił moich oczekiwań i zdecydowanie nie potrafię sprawić, aby wyglądał dobrze. W takich chwilach nie dziwię się, że opinie o jednym produkcie potrafią być aż tak bardzo skrajne.

REVLON PHOTOREADY INSTAFIX ROZŚWIETLACZ W SZTYFCIE

Nie jestem fanką tego typu produktów, bo co prawda lubię rozświetlać moją skórę, ale zdecydowanie bardziej wolę robić to za pomocą pędzla i produktu prasowanego. Mimo moich początkowych obaw postanowiłam, że dam mu szansę i pobawię się trochę takim sposobem nakładania makijażu. Mój odcień to Pink Light, który jest chłodną barwą, która na skórze staje się bardzo jasnym różem z domieszką srebra i nieco szampańskich nut. Co najważniejsze można zauważyć tutaj pojedyncze, bardzo maleńkie połyskujące drobinki, ale poza nimi na uwagę zasługuje też powłoczka, która genialnie mieni się w zależności od ułożeni twarzy. To taka jednolita warstwa, która powstaje z połączenia milionów drobinek i wygląda naprawdę pięknie. Oczywiście na twarzy efekt powinien być jednak subtelniejszy, więc najchętniej delikatnie nakładam go opuszkami palców, bo dzięki temu kontroluję ilość i taka kremowa konsystencja pod wpływem ciepła ładnie stapia się z resztą kosmetyków. Efekt końcowy najbardziej spodoba się osobom, które lubią takie chłodne odcienie, choć ja chyba jednak bardziej skłaniałabym się w kierunku czegoś cieplejszego. Jak już wspominałam bardzo podoba mi się się ta intensywna połyskująca warstwa, ale mimo wszystko sztyfty zwykle niespecjalnie zaskarbiają sobie moją sympatię i tak samo jest w przypadku tego produktu. Ten rozświetlacz jest poprawny i tyle w temacie.

PODSUMOWANIE

Ostateczny wynik mojej konfrontacji z nowościami określiłabym jako remis. Zdecydowanie poleciłabym róż ze względu na jego intensywność, trwałość i niebanalny kolor, który jest idealny na tę porę roku, bo piękne ociepla twarz. Drugim ulubieńcem stał się błyszczyk w Odcieniu HD Obsession, przez który rzeczywiście sama mam niemałą obsesję. Co prawda nie jest matem (jak obiecuje producent), ale zachwycił mnie intensywnym kolorem, świetną trwałością i pięknym wykończeniem na ustach. Pomadka Artdeco jest produktem poprawnym, ale jej barwa zupełnie mnie nie porwała, bo to totalnie nie moja kolorystyka. Natomiast rozświetlacz Revlon spełnił swoją rolę, aczkolwiek forma sztyftu niekoniecznie jest moją ulubioną, więc siłą rzeczy ten kosmetyk raczej stanie na czele moich ulubieńców. Jedynym przegranym w tym zestawieniu jest błyszczyk Revlon w odcieniu HD Flirtation, do którego nie mam cierpliwości ze względu na jego dziwną strukturę, która nie jest jednolita i naprawdę nieładnie podkreśla wszelkiego rodzaju niedoskonałości ust, więc nawet kilka pozytywnych aspektów schodzi na dalszy plan. Mimo wszystko jedna pomyłka na tyle kosmetyków, to i tak bardzo obiecujący wynik.

To byłoby na tyle moich opinii, a teraz przyszedł czas na małą niespodziankę! Otóż jednej z was chciałabym podarować taką samą pomadkę Artdeco i żeby ją otrzymać wystarczy po prostu wyrazić chęć na ten typowo jesienny odcień, a ja za tydzień drogą losowania wyłonię jedne szczęśliwe usta!

Znacie któryś kosmetyk z tych przeze mnie pokazanych? Trafiły ostatnio w wasze ręce jakieś ciekawe nowości?

Przegląd nowości Revlon oraz Artdeco

czwartek, listopada 17, 2016

Mam dzisiaj przyjemność zająć się kosmetykami, których składy są bardzo ubogie. To określenie raczej nie kojarzy się z niczym dobrym, ale jednak w kwestii kosmetyków ma ogromne znaczenie, bo chyba każdy interesujący się tematyką urody zgodzi się ze mną, że długa lista komponentów ma jedynie rację bytu jeśli są to rzeczywiście ciekawe i dobre substancje, a nie takie służące jedynie jako wypełniacze zwiększające masę. Z drugiej strony nie chcę, aby moje słowa brzmiały jak zrzędzenie osoby, która dzisiaj żyje ekologicznie, a jutro wygłosi hymn pochwalny na temat pomadki, która z naturalnością ma niewiele wspólnego. Najbardziej cenię po prostu rzeczywiste działanie kosmetyku, bo nauczona doświadczeniem wiem, iż czasem do walki z niektórymi przypadłościami trzeba wyciągnąć ciężkie działa. Do naturalnej pielęgnacji podchodzę zdroworozsądkowo, lubię ją, ale też nie zamierzam kreować się na fankę tego tematu, bo krótkie przejrzenie mojego bloga od razu pokazuje, że używam naprawdę różnych kosmetyków, więc otwarcie wykładam karty na stół, a pozory chowam głęboko do kieszeni. Z przyjemnością, więc przedstawię kosmetyki naturalne z perspektywy osoby, która jest otwarta na ich działanie, ale nie nie zamyka się też na inne formy pielęgnacji.

YOUR NATURAL SIDE

Your Natural Side to polska marka, która zrodziła się z pasji do naturalnych kosmetyków. Chcąc oferować klientom najwyższej jakości produkty, sięgnęliśmy po najbardziej rygorystyczny na rynku certyfikat ekologiczności- Soil Association Organic.
Bogaty asortyment z jednej strony daje duże możliwości, ale mimo wszystko może stać się nie lada problemem, ponieważ niektóre kategorie obfitują w mnóstwo produktów. Przykładowo decydując się na oleje kosmetyczne możemy wybierać spomiędzy tych z: awokado, jojoba, pestek arbuza, róży, tamanu, wiesiołka i wielu więcej. Poza tym do wyboru mamy także naturalne masła, wody kwiatowe, glinki itd. Oczywiście opisy są bardzo pomocne i z pewnością nikt nie będzie miał problemu, aby odpowiednio dobrać olej lub masło do typu swojej skóry, bo tutaj również każdy produkt ma inne właściwości i najlepiej spisuje się prawidłowo dobrany do typu cery. Wydawać się może, że kosmetyk naturalny nie może zaszkodzić, ale mimo wszystko trzeba mieć się na baczności, bo niektóre mogą działać bardzo intensywnie, a te źle dobrane wywołać chociażby zapychanie porów lub brak jakichkolwiek rezultatów. Teraz chętnie przedstawię wam moje wybory, wrażenia podczas stosowania oraz ostateczne wrażenia. 

AFRYKAŃSKIE CZARNE MYDŁO

Na pierwszy ogień idzie produkt, który wizualnie jest najbardziej interesujący. Kostka ma nieregularny kształt i przypomina mi kawałek jakiegoś ciasta, którego masa jest bardzo zróżnicowana i została ręcznie wytworzona wyłącznie z masła shea, oleju palmowego oraz kokosowego i popiołu ze strąków kakaowca, który poza działaniem peelingującym koi oraz regeneruje naskórek. Ten produkt praktycznie w niczym nie przypomina Savon Noir, ponieważ mydło jest bardzo twarde, a zapach przypomina mi szare mydło, więc nie jest to specjalnie atrakcyjna kompozycja. Po kontakcie z wodą jego struktura może się rozpadać, więc można odrywać małe kawałeczki, ale to też nie jest specjalnie wygodne. Po roztarciu w dłoniach zaczyna się pojawiać spora ilość piany i to własnie ją używam do nałożenia na skórę. Potem okrężnymi ruchami myję cerę i pozostawiam tą substancję na kilka sekund. Wyczuwalne jest jedynie minimalne mrowienie, a po spłukaniu cera jest identyczna jak po zastosowaniu klasycznego czarnego mydła, czyli oczyszczona do granic możliwości, gładka i wymagająca zastosowania toniku lub czegoś nawilżającego, bo cera może być nieprzyjemnie napięta. To moim zdaniem zabieg, który najlepiej wykonywać raz na jakiś czas, bo jego intensywność czasem może być dość niekomfortowa. Producent zaleca to mydło do skóry problemowej, a także suchej i wrażliwej ze względu na właściwości nawilżające, przeciwzapalne oraz wygładzające. Również można go używać do oczyszczania skóry głowy i włosów oraz w postaci zmiękczającej kąpieli do stóp. Nauczona doświadczeniem jednak polecam, aby do tego kosmetyku i jego zastosowań podchodzić ostrożnie, bo nie od dzisiaj wiadomo, że czarne mydło jest produktem, który jednych zachwyca, a u innych wywołuje dość mieszane odczucia. Ja uważam, że jest to ciekawy zabieg, ale tylko stosowanym raz na jakiś czas do dogłębnego oczyszczania skóry twarzy oraz ciała. Miałabym pewne obawy, aby stosować to mydło codziennie, bo jednak efekt ściągnięcia nie należy do najprzyjemniejszych elementów pielęgnacji.

WODA RUMIANKOWA

Jest to wyłącznie woda z kwiatów rumianu szlachetnego uzyskiwana dzięki destylacji parą wodną koszyczków kwiatowych. Po zakupie otrzymujemy produkt, który od razu skojarzył mi się z syropem na kaszel, który pamiętam z dzieciństwa. Po pierwsze znajduje się w zwykłej szklanej buteleczce w brązowym odcieniu i pachnie bardzo intensywnie, niesamowicie słodko i rumiankowo. Ta słodycz sprawiła, że od razu myślałam, że woda pozostawi po sobie na skórze lepką warstwę. Tak jednak się nie stało, bo po przetarciu cery tym produktem w pierwszych sekundach rzeczywiście wyczuwalna jest lekka warstewka, ale bardzo szybko znika i cera jest gładka i bez żadnych pozostałości. Co najważniejsze również po całej nocy moja skóra nadal wyglądała bardzo dobrze, bo zwykle rano niestety bywa obciążona i pokryta tłustawym filmem. Poza takim zastosowaniem można też używać tej wody jako dodatek do maseczek, kompres na zmęczone powieki, dodatek do kremów lub balsamów, preparat do włosów lub skóry głowy. Myślę, że tutaj może ponieść nas po prostu fantazja, bo tak naturalna kompozycja z pewnością będzie dobrym urozmaiceniem wielu kosmetyków. Tak naprawdę to produkt, który sprawdzi się w przypadku każdego typu cery, bo ma działanie nawilżające, przeciwzapalne, kojące, odświeżające i uspokajające. Ja do tej pory sprawdziłam działanie tego produktu podczas tworzenia masek, jako delikatny dodatek do intensywnie działającego mydła Savon Noir oraz komponent do niejednego kosmetycznego gotowca. Moim zdaniem to typ produktu, który zdecydowanie warto mieć w swojej kosmetyczce ze względu na szeroki wachlarz zastosowań. To świetne, że jedna rzecz może sprawdzić się w tak wielu sytuacjach, a poza tym pomaga łagodzić podrażnienia, zmniejszać widoczność porów i regulować ilość wydzielanego sebum. Ten tym kosmetyku zdecydowanie trzeba wypróbować na sobie.

OLEJ Z PESTEK TRUSKAWEK

Produkt ten powstaje w Polsce w wyniku tłoczenia na zimno nasion truskawki ananasowej. W szklanej buteleczce z wygodną pipetką znajduje się typowy oleisty płyn o zielonkawej warstwie i intensywnym aromacie, który kojarzy mi się z pieczonymi truskawkami lub domowym dżemem z tych owoców. Po wieczornym oczyszczeniu cery, nakładam go na skórę. W przypadku mojej cery nie wchłania się do końca i pozostawia po sobie warstewkę, która jednak zupełnie nie przeszkadza mi jeśli mówimy o kosmetyku stosowanym na noc. Ogólnie rzecz biorąc uwielbiam taką olejową pielęgnację, ponieważ moja cera reaguje na nią bardzo pozytywnie. Skóra po przebudzeniu się jest nawilżona, promienna i wygląda bardzo atrakcyjnie. Każdemu polecam próbę zamienienie kremu na oleje, bo w moim przypadku działają one niezwykle pozytywnie i stały się nieodzownym elementem mojej pielęgnacji. Oczywiście to również jest bardzo uniwersalny produkt, który można stosować także jako kompres na wybrane partie ciała, element dodatkowy do różnego rodzaju kosmetyków, produkt do zabezpieczania końcówek włosów. W tym przypadku wszystko też zależy od naszej fantazji, typu skóry lub potrzeb, bo to produkt, z którym zdecydowanie można eksperymentować. Nawilża ze względu na ogromną ilość kwasów tłuszczowych nienasyconych, a dzięki witaminie E, kwasowi linolowemu i flawonoidom działa także przeciwstarzeniowo, przeciwzapalnie i łagodząco. To zdecydowanie mój ulubieniec po pierwsze z powodu mojego uwielbienia olejków, po drugie ze względu na jego działanie, a po trzecie po prostu lubię takie wielozadaniowe kosmetyki, bo jeśli jakieś ich zastosowanie niekoniecznie się u mnie sprawdzi, to mam pewność, że na pewno znajdę mu jakieś inne zadanie, któremu podoła.

GLINKA RÓŻOWA

W plastikowym opakowaniu mamy do dyspozycji produkt o ślicznym odcieniu i prawie niewyczuwalnym zapachu. Glinka taka powstaje po połączeniu białej i czerwonej, więc łączy właściwości tych dwóch produktów, a więc staje się bardzo uniwersalna. Składa się w głównej mierze z krzemionki, a reszta komponentów to różnego rodzaju tlenki. Tu też możemy szaleć z zastosowaniem, bo producent poleca chociażby mycie zębów oraz włosów, tworzenie okładów oraz jako dodatek do kąpieli. Ja jednak wybrałam bardziej standardowe zastosowanie i tworzyłam po prostu maskę do twarzy z dodatkiem olejku oraz wody kwiatowej. Średnio gęstą masę nakładałam na skórę i w zależności od ilości dodatków maska wolniej lub szybciej może zasychać na twarzy, więc najlepiej zraszać ją chociażby wodą termalną. Po całym zabiegu cera jest nawilżona, niepodrażniona i gładka. Glinka ta polecana jest również do cery wrażliwej, więc jest łagodniejsza i nie działa tak intensywnie jak zielona, za którą niekoniecznie przepadam. Ta delikatność to z pewnością zasługa również dodatków, które mają dbać o to, aby maska z różowej glinki nie tylko działała  tonująco, normalizująco czy wygładzająco, a także poza właściwościami stricte oczyszczającymi była również łagodna i pozostawiała naskórek w odpowiednim stopniu nawilżenia. Oczywiście można glinkę połączyć wyłącznie z wodą, ale moim zdaniem dodanie jakiegoś olejku ma wpływ na wzmocnie działania takiej maski, urozmaicenie jej właściwości i ogólną jakość. Z powodu zwykłego lenistwa nie jestem fanką tego typu masek, ale niewątpliwie ten kosmetyk to wartościowe urozmaicenie pielęgnacji. 

PODSUMOWANIE NATURALNEJ PIELĘGNACJI

Ogólnie wszystkie te produkty spełniły moje oczekiwania, ale jednak to olej z pestek truskawek oraz woda rumiankowa zostały moimi faworytami w tym małym zestawieniu. Zdecydowanie polubiłam ich działanie, delikatność w stosunku do skóry oraz wielozadaniowość, która najbardziej mnie przekonuje. To wielka zaleta, że te produkty mogą działać na tak wielu polach, współpracować z wieloma typami skóry oraz spełniać się w wielu kosmetycznych połączeniach. Z pewnością spróbuję też innych wariantów olejków oraz kwiatowych wód, a poza tym kuszące jest też serum z witaminą E oraz masła, choć te ostatnie nie są w tym momencie moim priorytetem. Naturalna pielęgnacja sprawdziła się u mnie doskonale, więc nic dziwnego, że mam ochotę na więcej.

Znacie produkty tej marki? Jaki macie stosunek do tego typu zupełnie naturalnych kosmetyków?



Your Natural Side - przegląd asortymentu marki, moje wybory i doświadczenie z kosmetykami naturalnymi

Tu też może ci się spodobać

Recent Posts Widget

5 w piątki

5 kosmetyków kolorowych, których aktualnie używam najcześciej

Chociaż niespecjalnie narzekam na niedosyt kosmetyków, to jednak i tak najczęściej używam tych, które po prostu w jakiś sposób zaskarbiły so...

Bloglovin

Follow

Archiwum bloga

Obserwatorzy