czwartek, września 15, 2016

Problematyczna cera zdecydowanie nie jest niczym satysfakcjonującym, ale przynajmniej jest pretekstem do poznawania nowych kosmetyków, więc to taki trochę dobry uśmiech do złej gry. Moim największym problemem jest aktualnie intensywnie błyszcząca skóra i co prawda znalazłam na nią remedium w postaci mineralnych kosmetyków do makijażu, ale jednak czasem mam też ochotę na spróbowanie bardziej klasycznych podkładów. Tu jednak pojawia się problem, ponieważ po nich dość szybko cera zaczyna się przetłuszczać, makijaż spływa i w najgorszym wypadku waży się w okolicach nosa. Uznałam, że być może lekarstwem na to zło będzie baza pod makijaż i takim oto sposobem powstał dzisiejszy post traktujący ten kosmetyk, a właściwie jego trzech przedstawicieli z rożnych półek cenowych, o innych właściwościach i ostatecznie odmiennych efektach końcowych. Każdą z baz przetestowałam na zwykłym podkładzie w płynie, produkcie mineralnym i koreańskim kremie BB. Używanie ich w stosunku do pierwszego produktu wydaje się normalne, ale stosowanie w przypadku dwóch kolejnych już trąci brakiem sensu, ponieważ podkład mineralny składa się z naturalnym składników, a komponenty kremu BB również mają wpływać na względy pielęgnacyjne, więc nakładanie pod nie baz silikonowych kłóci się z ich ideą. Jednak ja postanowiłam połączyć te zupełnie inne kosmetyki, aby poznać je w nieco szerszym stopniu i zobaczyć jak się zachowują w skrajnych sytuacjach. Ze względu na nakładanie baz czas mojego makijażu się nieco wydłużył, ale wreszcie poznałam te kosmetyki w takim stopniu, że nie kryją przede mną już żadnej swojej tajemnicy! 

BENEFIT COSMETICS - STAY FLAWELESS 15STO GODZINNA BAZA POD PODKŁAD

Baza Stay Flawless przedłuża swoje działanie: funkcjonuje jak magnes i utrzymuje świeżość i perfekcję podkładu przez 15 godzin. Przesuń innowacyjnym sztyftem bezpośrednio po twarzy, a następnie aplikuj podkład równocześnie blendując.
Jest to zdecydowanie najładniejszy kosmetyk z całej trójki. Totalnie miły dla oka design opakowania w formie sztyftu z zatyczką w urocze kropeczki. Wewnątrz mieści się 15,5 g produktu, który przypomina grubą pomadkę. Odcień jest cielisty, ale nie koloryzuje skóry. Zapach raczej bardzo przeciętny i sztuczny. Ważną kwestią jest fakt, że to bardzo wydajny kosmetyk, ponieważ w opakowaniu znajduje się go bardzo dużo, a nakładać na skórę trzeba go w małych ilościach i za chwilę wyjaśnię dlaczego. Najpierw przesuwam sztyftem po twarzy, a potem szybko wmasowuję go w skórę, ponieważ jego struktura staje się toporna, a kosmetyk szybko zastyga, więc grozi to nierównomiernym rozprowadzeniem, co wiąże się z zbyt dużą ilością bazy w jednym punkcie. Najlepiej więc bardzo ograniczyć jego ilość i postarać się równomiernie  i dokładnie rozprowadzić na całej skórze. 
+ Klasyczny podkład w płynie. Podczas nakładania może pojawić się problem w przypadku podkładów gęstych, ponieważ baza zastyga i po kontakcie z treściwymi kosmetykami może tworzyć smugi. U mnie w zależności od podkładu czasem aplikacja przebiegała bez problemu, a innym razem na skórze tworzyły się trudne do usunięcia plamy, które były wynikiem zbyt dużej ilości bazy w jednym miejscu. Oczywiście taki makijaż jest do uratowania za pomocą palców lub pędzla, ale mimo wszystko czasem ciężko współpracowało mi się z gęstymi podkładami. W tym przypadku baza dostaje przeciętną opinię, bo w średnim stopniu kryje pory, słabo zapobiega błyszczeniu cery i spływaniu makijażu.
+ Sypki podkład mineralny. To połączenie jest zdecydowanie bardziej udane, ponieważ nie miałam problemów z rozprowadzeniem kosmetyku, a i efekt końcowy był bardzo zadowalający. Minerały same w sobie bardzo długo zapobiegają u mnie błyszczeniu cery, ale w tym wypadku po całym dniu skóra nadal była matowa i tylko w strefie nosa produkt lekko się starł, więc pod tym względem jest sukces! Niestety, ale baza totalnie nie radzi sobie z porami, ponieważ w tym wypadku miałam wrażenie, że one były jeszcze bardziej widoczne i ich drobne zagłębienia po nałożeniu podkładu bardzo mocno rzucały się w oczy. Podsumowując w tym wypadku ta baza sprawdziła się jednocześnie świetnie i przeciętnie. 
+ Koreański krem BB. Nie miałam problemu z rozprowadzeniem tego kosmetyku na bazie, ale to chyba zasługa kremowej konsystencji kremu. BB wyglądał na mojej skórze bardzo dobrze przez cały dzień, nie ścierał się i nie ważył, ale niestety nie uniknęłam błyszczenia skóry. Uwielbiam efekt jaki zostawiają te azjatyckie kosmetyki na skórze, ale jednak mocno satynowe wykończenie po kilku godzinach wygląda źle i jak widać nawet baza nie radzi sobie w tej sytuacji.
Ostatecznie mogę powiedzieć, że produkt ten w dużej mierze wpływa na trwałość makijażu, ale bardzo średnio radzi sobie z błyszczeniem i maskowaniem porów. Jak za taką cenę to jednak naprawdę spodziewałam się czegoś więcej, więc zwyczajnie nie jestem usatysfakcjonowana, a szkoda bo opakowanie pretenduje do miana tych najładniejszych!
Cena: 99 zł

AA - BEAUTY PRIMER 360⁰ ANTI-SHINE BAZA MATUJĄCA+ZMNIEJSZANIE PORÓW

Baza pod makijaż o działaniu pielęgnacyjnym. Matuje skórę, wygładza ją, zmniejsza widoczność porów. Baza dodatkowo reguluje wydzielanie sebum, przedłużając efekt matowego makijażu. Kompleks Skin de-stress uszczelnia naskórek, wzmacniając go i przygotowując na komfortową i wygodną aplikację makijażu.
Ta baza również wygląda całkiem przyjemnie dla oka. W srebrnej i bardzo eleganckiej tubce mieści się 30 ml produktu o przeźroczystej barwie i neutralnym zapachu. Niewątpliwą jej zaletą jest rozprowadzenie na twarzy, ponieważ niezwykle gładko sunie po skórze pozostawiając ją super aksamitną. Jest to baza silikonowa, która pozostawia po sobie śliskie wykończenie, które mimo wszystko nie jest tłustym i błyszczącym filmem. Jest wyczuwalna na twarzy, nie wchłania się, ale staje się praktycznie niewidoczna i w tym tkwi właśnie jej największy sekret. W jej przypadku nie ma obawy, że zbyt duża ilość spowoduje jakieś problemy z nałożeniem podkładu, ale mimo wszystko uważam, że im mniej tym lepiej. Aplikuję, więc małą kroplę i delikatnie rozsmarowuję ją na całej twarzy. Ten produkt zapewne będzie mniej wydajny niż poprzedni, ale to również zakup na kilka dobrych miesięcy nawet przy codziennym użytkowaniu.
+ Klasyczny podkład w płynie. Zdecydowania jest to baza idealna do gęstych i trudnych do rozprowadzenia kosmetyków, bo jej aksamitne i śliskie wykończenie sprawia, że nawet te kłopotliwe podkłady świetnie na niej leżą i perfekcyjnie się rozprowadzają. Doskonale radzi sobie z minimalizowaniem widoczności porów, w dobrym stopniu utrzymuje podkład w ryzach, ale na mojej tłustej skórze niestety nie poradziła sobie z błyszczeniem.
+ Sypki podkład mineralny. To chyba połączenie najlepsze z wszystkich, bo minerały bardzo przyjemnie nakładało mi się na ten produkt. Co prawda nie mam problemów z aplikacją takiego makijażu, ale moje początki były bardzo trudne i czasem nie potrafiłam opanować techniki właściwego rozprowadzenia sypkich formuł i na takiej bazie byłoby mi po prostu łatwiej. Poza tym pory były właściwie ukryte, mat utrzymywał się przez cały dzień i nie odnotowałam ścierania makijażu w newralgicznych strefach. Można powiedzieć, że to duet idealny, ale pozostaje tutaj do rozważenia kwestia, że pod naturalny makijaż nakładamy silikony, więc to się ze sobą troszeczkę gryzie. 
+ Koreański krem BB. W tym przypadku raczej nie będę skupiała się na rozprowadzaniu produktu, bo BB same w sobie są niezwykle przyjemne i łatwe w aplikacji. Drugą kwestią jest fakt, że one również świetnie rozprawiają się z porami, więc siła tej bazy również w tym przypadku nie pokaże swojej pełnej mocy. Tak jak w przypadku kosmetyku Benefit również bardzo szybko pojawiło się intensywne błyszczenia skóry, za co raczej trzeba winić ogólną idee kremów koreańskich, więc w tym punkcie ciężko mi wyciągnąć miarodajne wnioski
Podsumowując już teraz napiszę, że jest to baza najlepsza z wszystkich trzech, ale oczywiście niepozbawiona wad. Tworzy świetny, nietłusty woal na skórze, który będzie idealny w przypadku rozprowadzenia kłopotliwych podkładów, świetnie ukrywa widoczność porów, wyraźnie, ale nie perfekcyjnie przedłuża trwałość makijażu. Niestety w moim odczuciu nie radzi sobie z nadmiernym błyszczeniem skóry. Kosmetyk zdecydowanie warty uwagi, ale według mnie niebędący bezapelacyjnym faworytem w każdej dziedzinie. 
Cena: 30 zł

KOBO PRPFESSIONAL - MAKE-UP PRIMER

Pierwszy krok do idealnego makijażu. Baza o konsystencji przejrzystego żelu wygładza skórę, kryje niedoskonałości cery, optycznie tuszuje zmarszczki i zapobiega gromadzeniu make-upu w ich wnętrzu. Zapewnia długotrwały efekt matowienia oraz utrwala cały makijaż. Ułatwia równomierne rozprowadzenie podkładu i sprawia, że skóra jest aksamitna w dotyku. Można stosować pod podkład lub w ciągu dnia bezpośrednio na makijaż.
Produkt ten jest pod wieloma względami bardzo podobny do bazy AA. Co prawda design opakowania jest zdecydowanie dużo skromniejszy, ale wewnątrz kryje się niemalże identyczna konsystencja. Tutaj mamy do czynienia z 20 ml przeźroczystego płynu o nieco bardziej intensywnym zapachu. Producent nazywa tą substancję żelem i w sumie trochę ją przypomina, ale nie do końca nim jest. Baza rozprowadza się równie przyjemnie co kosmetyk AA, ale jest nieco bardziej gęsta. Także pozostawia skórę osnutą aksamitnym woalem, ale nie tłustą i lepką. Nie wchłania się do końca i jest dobrym podłożem dla kolejnych elementów makijażu. Opakowanie mieści mniej produktu, ale w tym przypadku też jestem przekonana o wydajności tego kosmetyku.
+ Klasyczny podkład w płynie. Także bardzo dobrze współgra ze wszelkiego rodzaju kłopotliwymi kosmetykami, które sprawiają trudności podczas nakładania lub blendowania. Podkłady ładnie się na niej rozprowadzają, przyjmują przyjemną dla oka strukturę i w zadowalającym stopniu kryją rozszerzone pory. Trwałość makijażu jest lepsza niż bez bazy, ale raczej niezachwycająca, a i błyszczenie skóry również nie dało się uniknąć.
+ Sypki podkład mineralny. Jak już wspominałam u mnie już same minerały działają prawdziwe cuda, więc w połączeniu z tą bazą powstaje mieszanka doskonała, ponieważ skóra przez cały dzień jest matowa, a makijaż bardzo trwały i świeży. Jednie znowu kwestią dyskusyjną jest nakładanie silikonowej bazy pod przyjazne dla skóry minerały. Uznajmy jednak, że to połączenie po prostu sprawdzi się w przypadku większych wyjść, kiedy potrzebujemy dodatkowego zabezpieczenia przed błyszczeniem i ścieraniem podkładu. 
+ Koreański krem BB. Tutaj nie chcę już się powtarzać, bo efekt jest bardzo podobny do dwóch poprzednich baz. Po prostu kosmetyk ładnie wygląda na skórze (ale to jest raczej zasługa jego składu, a nie primera) oraz idealnie trzyma się na twarzy przez cały dzień. Kolejny raz jednak muszę ponarzekać na nieradzenie sobie z nadmiarem sebum, bo w tej kwestii jednak sukces nie został przeze mnie odnotowany.
Podsumowując muszę stwierdzić, że baza ta jest pod wieloma względami bardzo podobna do tej od AA. Jest nieco od niej gęściejsza, ale stała się równie dobrą podstawą pod wszelkiego rodzaju produkty do makijażu, ponieważ radzi sobie nawet z tymi bardziej kłopotliwymi. Znacznie przedłuża trwałość makijażu, zauważalnie, ale trochę słabiej radzi sobie z maskowaniem rozszerzonych porów i niestety przegrała bitwę z bardzo przetłuszczająca się cerą.
Cena: 20 zł


Używacie baz pod makijaż? Znacie któryś produkt z tych przedstawionych przeze mnie? 

Porównanie trzech baz pod makijaż - Benefit Cosmetics, AA i Kobo Professional.

piątek, września 09, 2016

Szał na kosmetyki z dalekiego wschodu trwa w najlepsze i myślę, że sporo kobiet już uległo temu trendowi. Ja jednak wychodzę z założenia, że do wszystkiego należy podchodzić racjonalnie. Koreańska pielęgnacja zdecydowanie jest nowością i nie dziwię się, że budzi takie emocje. Mam wrażenie, że podobne namiętności wywołują produkty naturalne, które jedni kochają, a drudzy podchodzą do nich z dystansem. Ja jednak mam już pewne doświadczenie w tej kwestii i mogę stwierdzić, że są to kosmetyki warte uwagi, ale szykując się do ich użytkowania nie możemy nastawiać się na nieprawdopodobne efekty. Tym bardzie ostatnio spotykam prawie same entuzjastyczne opinie co sprawia, że jestem jeszcze bardziej podejrzliwa! Drugą kwestią jest nietrafione konfrontowanie typowej europejskiej cery z tą azjatycką. Wychodzę z założenia, że każdy aktualny trend wypada zestawić z własnymi oczekiwaniami, możliwościami oraz doświadczeniami. Kolejnym zagadnieniem jest fakt, że jestem bardzo wymagająca w kwestii kosmetyków i naprawdę bardzo rzadko uznaję coś za bezwarunkowy hit. Staram się powściągać swoje emocja i potrafię chwalić, ale nie lubię wpadać w nadmierny zachwyt. Dzisiaj mam przyjemność napisać o kosmetykach Steblanc by Mizon, a tym samym wyrazić swoją racjonalną opinię. Jeśli chcecie dowiedzieć się o nich jeszcze więcej to zapraszam was na stronę wyłącznego dystrybutora tej marki w Polsce. Zabrzmiało to wszystko trochę aż zanadto poważnie, ale temat jest ciekawy i bardzo na czasie, więc czas start!
Steblanc to luksusowa linia produktów do pielęgnacji skóry, jej bestsellerem jest seria ze śluzem ślimaka. Znajdziecie w niej kremy BB, kremy do twarzy i serum, kremy pod oczy, a nawet pielęgnację dłoni i stóp.
>>> Moja opinia o kremie BB w formie poduszeczki od Skin79. >>> 

STEBLANC BLACK SNAIL REPAIR BB CREAM O2 MEDIUM BEIGE

Kryje ślady po niedoskonałościach, ciemne plamki, poprawia koloryt skóry oraz ma właściwości regeneracyjne – kompleksowo walczy z problemami. 
Po pierwsze od razu co rzuca się w oczy to ekskluzywny wygląd kosmetyku. Połączenie czerni i złota sprawia wrażenie, że produkt wydaje się luksusowy i w sumie taki właśnie jest. W tubce z pompką zamknięte jest 50 ml produktu w odcieniu średniego beżu i pozwólcie, że napisze nieco o tej kolorystyce. Ta barwa była dla mnie idealna podczas wczesnej wiosny kiedy jeszcze moja skóra nie złapała żadnego promienia słońca, ale teraz po lecie jest już zdecydowanie zbyt jasny. Jak przypuszczam odcień 01 będzie idealny dla cer bardzo jasnych, wręcz porcelanowych, 02 spisze się u tych nieco ciemniejszych, ale nadal bladych, a 03 to już opcja dla cer o ciemniejszych tonach. Poza tym barwa ta bardzo przypadła mi do gustu, bo dominują w niej neutralne tony, które lubi moja cera i cieszę się, że nie było tam różowego zabarwienia, w którym moja twarz wygląda po prostu niekorzystnie. Zapach jest przyjemny, a  konsystencja typowa dla koreańskich kremów BB, ponieważ tworzy dość kryjącą i satynową warstwę. Takie wykończenie będzie dobre dla skór wymagających schowania niektórych zmian pod warstwą kosmetyku. Nie mniej jednak radzę w tej kwestii zachować umiar, bo nadmierna zachłanność nigdy nie kończy się dobrze. Nie ma jednak obawy, że ten krem zalewie muska twarz, bo w rzeczywistości zachowuje się jak podkład o wysokim stopniu krycia. Drugą kwestią jest lepkie wykończenie, które u osób z suchą cerą będzie dobrym rozwiązaniem, ale u cer tłustych nie jest już pożądane. W moim odczuciu i tak ten woal na skórze jest mniej błyszczący niż w przypadku innych kremów BB, ale zmatowienie jest w moim przypadku koniecznością. W takich chwilach jeszcze bardziej nie lubię swojej cery! Utrzymuje się na skórze przez wiele godzin, ale ostatecznie nie uniknęłam połysku w strefie T i ścierania z nosa. Z tego też powodu staram się podchodzić racjonalnie do tego typu kosmetyków, ponieważ rzeczywiście na skórze tworzą piękne i gładkie wykończenie, bez smug i nierównego wykończenia, świetnie też zmniejszają widoczność porów, pielęgnują, ale nie są pozbawione wad w stosunku do cer tłustych, których posiadaczki marzą po prostu o macie. Kwestią wartą uwagi są też zawarte wewnątrz: wyciąg ze śluzu ślimaka, filtr SPF 32/PA++, kwas hialuronowy, alantoina, witaminy i wiele ekstraktów, więc jak widać produkt ten oprócz swoich właściwości kryjących ma też szereg zalet związanych z obiecującym składem. Z pewnością jest to fajna propozycja dla osób, które szukają kompromisu między dobrym wyglądem, a pielęgnacją. Z mojej perspektywy byłby to produkt idealny, ale jednak kwestie lepkiej warstwy nie są satysfakcjonujące i u mnie sprawy mają taki obrót w przypadku każdego azjatyckiego kremu BB. Jest to więc problem związany z ogólną ideą tych produktów, a nie z tym akurat przypadkiem. 
Cena:172 zł

STEBLANC WATER CC PACT 23 Natural Beige

Pakt w formie poduszeczki, który pokrywa skórę jednym dotknięciem, pozostawiając ją aksamitną i rozświetloną.
Tym razem w moich rękach wylądowało coś co przypomina puderniczkę w odcieniu głębokiej czerwieni i złota. Wewnątrz znajduje się 13 g kremu, lusterko oraz nieco złożony mechanizm, którego zasady działania już wyjaśniam. Po otwarciu puzderka widoczna jest gąbeczka ze złotym wierzchem i czerwonym spodem, a pod nią białe zabezpieczenie, które należy otworzyć i pod nim naszym oczom ukazuje się poduszeczka, w której znajduje się krem CC. Użytkowanie jest dość proste, ponieważ należy jedną gąbeczką nacisnąć drugą, a następnie przyłożyć ją do twarzy i w ten sposób nałożyć kosmetyk na twarz. Poduszeczka jest bardzo miękka, więc przyjemnie aplikuje się nią krem. Nie mniej jednak taki sposób nakładania wymaga nieco wprawy, ponieważ odnoszę wrażenie, że dzięki temu sposobowi produkt lepiej przylega do skóry, łatwiej nim porządne nałożyć CC na każdą strefę twarzy, ale też nietrudno użyć go zbyt dużo w jednym miejscu, więc może być mniej wydajny. Wydaje mi się, że taki sposób aplikacji jest idealny po prostu do ostatnich poprawek. Wspomnę jeszcze o zapachu, ale nie jest to kwestia godna pochwały, ponieważ woń jest bardzo specyficzna i raczej nie wpisuje się w aktualne kanony piękna. Krem dostępny jest w jednym odcieniu nr 23, który moim zdaniem będzie dobry dla jasnych, ale nie porcelanowych cer. Jest trochę ciemniejszy od odcienia opisywanego wyżej, ale znacznie różni się od niego kolorystyką. Posiada dużo różowawych tonów, które zupełnie nie pasują mojej cerze, źle w nich wyglądam i zdecydowanie wolę te bardziej neutralne i beżowe. CC moim zdaniem zostawia nieco bardziej błyszczące wykończenie na skórze tłustej, więc oczywiście wymaga zmatowienia. Poza tym utrzymuje się u mnie podobnie jak azjatyckie kemy BB. Pozostawia skórę wyjątkowo wygładzoną i gładką, również świetnie niweluje widoczność porów, ale wiąże się to wrażeniem tłustawej cery po paru godzinach oraz lekkim ścieraniem w najbardziej newralgicznych sferach. Jeśli miałabym wybrać między BB opisywanym wyżej, a tym kosmetykiem to wygrałby tamten ze względu na dużo korzystniejszy odcień i  nieco mniej błyszczące wykończenie na skórze. Krem posiada bardzo wysoki filtr SPF 50+, PA++, pochodną witaminy C oraz antyoksydanty, więc to kolejny kosmetyk o wielowymiarowym działaniu. To absolutnie innowacyjna forma opakowania i aplikacji kremu, którą poznałam po raz drugi i co prawda taka poduszeczka w moim odzuciu jest idealna do poprawek w ciągu dnia i tym wygrywa z klasyczną tubką, ale tutaj nie mogłam jednak dogadać się z odcieniem, który po prostu nie został stworzony dla mnie. 
Cena: 172 zł

STEBLANC BLACK SNAIL REPAR EYE CREAM

Intensywne regeneracja delikatnej skóry wokół oczu. Śluz Czarnego Ślimaka, z doskonałymi właściwościami regeneracyjnymi rewitalizuje skórę przez wzmocnienie zdolności regeneracyjnych, dzięki której jej stan ulega szybkiej poprawie. Dostarcza różnych składników aktywnych w głąb skóry.  
Kolejny produkt, który wygląda bardzo luksusowo i mi od razu skojarzył się z jakąś ekskluzywną pielęgnacją. Zaskakujące jest, że opakowanie mieści aż 30 ml produktu czyli bardzo dużą ilość jak na kosmetyk pod oczy. Taka gramatura jest charakterystyczna dla kremów do pielęgnacji całej twarzy, więc ta ilość sugeruje, że produkt będzie użytkowany bardzo długo. Ja jednak wolałabym mniej kremu, ponieważ nie muszę wtedy martwić się terminem przydatności. Pora przejść wreszcie do oceny kosmetyku zamkniętego wewnątrz. Krem ma biały odcień, neutralny zapach i bardzo przyjemną i lekką konsystencję, którą łatwo i przyjemnie nakłada się w okolicach oka. Nie ma obawy, że ta lekkość przekłada się na równie nieznaczne działanie. Nie wchłania się w zupełności, a pozostaje po nim delikatna warstwa, co akurat w tym wypadku zupełnie mi nie przeszkadza, ponieważ w nocy nie przywiązuję do tego uwagi, a rano przed makijażem taki woal sprawia, że korektor wygląda lepiej i nie tworzy suchej i nieatrakcyjnej warstwy pod okiem. Niestety moja skóra w tych okolicach wymaga kryjących kosmetyków, które często tworzą nienaturalny efekt. Ten produkt w zupełności spełnił moje oczekiwania, ponieważ przypadła mi do gustu jego konsystencja, a i działanie jest godne pochwały. Co prawda moim głównym problemem nie jest starzenie okolicy oka, a bardzo cienka skóra, przez która widać wszystkie naczynia krwionośne. Oczywiście produkt nie zadziałał na ten specyficzny problem, ale sprawił, że skóra stała się nawilżona, elastyczna i wygładzona. Nawet rano po wieczornej pielęgnacji jest nadal wyczuwalny pod okiem, a skóra wygląda zdrowo i sprężyście. Zdecydowanie jest to typ kremu pod oczy, który uwielbiam! Tu również pojawia się wyciąg ze śluzu ślimaka, który posiada właściwości regeneracyjne i rewitalizujące. Poza tym bogaty jest między innymi w ekstrakty roślinne, antyoksydanty, kwas hialuronowy, adenozynę i rozjaśniający niacynamid. Kiedy wszyscy są pod wrażeniem kremów BB ja jestem skłonna stwierdzić, że jednak wolę azjatycką pielęgnację, ponieważ podczas wieczornych rytuałów kwestie pozostawiania tłustego filmu nie są w moim odczuciu istotne, a poza tym rzeczywiście czuję, że dzięki temu kosmetykowi coś pozytywnego dzieje się na mojej skórze. Poza dość obfitą gramaturą nie widzę w tym produkcie żadnych wad i nie jest to uprzejmość z mojej strony, a rzeczywiste odczucie.
Cena: 150 zł

STEBLANC ESSENCE SHEET MASK

Maseczki są wykonane z wysokiej jakości płatu, który dokładnie przylega do skóry. Jest nasączona różnymi składnikami aktywnymi. Poczuj różnicę od innych produktów już od pierwszego zastosowania.
Możemy wybierać spośród 10 masek wśród, których są między innymi ujędrniająca, nawilżająca, rozjaśniająca i oczyszczająca, więc z pewnością każdy znajdzie coś odpowiedniego dla swojego typu skóry. Wewnątrz saszetki znajduje się bardzo mocno nasączony płat. To zdecydowanie moja ulubiona forma maski, ponieważ nakładam ją na twarz i przez około 20 minut mogę się po prostu relaksować bez konieczności myślenia o zmywaniu, które zawsze jest kłopotliwe. Po odpowiednim czasie po prostu zdejmuję materiał z twarzy i czekam aż pozostałości się wchłoną. Dzieje się to dość szybko, ale pozostaje po nich też delikatny woal na skórze. Płat jest tak mocno nasączony, że aż żal mi go wyrzucać, więc resztę produktu staram się rozmasować na szyi i w okolicach dekoltu, którym przecież też w końcu coś się należy. Co prawda z taką maską nie można robić wszystkiego, ale po prostu jest idealna, aby przez te kilka minut po prostu poleżeć i pomyśleć o głupotach, a nie starać się wykonywać kilka czynności na raz. Poza tym mam wrażenie, że taka forma jest po prostu bardziej przyjazna mojej skórze, ponieważ czuję, że naskórek oprócz odpoczynku i relaksu po prostu czerpie drogocenne substancje  i jest to dla niego bardzo komfortowa sytuacja. Maseczki w zależności od rodzaju zawierają w sobie takie składniki jak chociażby wyciągi z żeńszenia, zielonej herbaty, mleczka pszczelego i węgiel. Poza tym bogate są też w nawilżający kwas hialuronowy, pantenol oraz kolagen. Po kremie pod oczy jest to mój kolejny ulubiony produkt, który działa szybko i skutecznie, ponieważ wyraźnie czuję, że taka kuracja jest przyjazna dla mojej skóry, która rano wygląda bardzo zdrowo, jest świeża, promienna, pełna energii i ukojona. Czasem budzę się i w lustrze widzę po prostu zmęczoną twarz, ale po tych maskach rano obrazek jest zdecydowanie bardziej przyjemny i to się chwali! Podobny efekt mam na mojej skórze po zastosowaniu dobrego serum lub właściwie dobranego oleju. Najbardziej polubiłam wersję regulującą z węglem, oczyszczającą z zieloną herbatą oraz kojącą z aloesem, ponieważ najbardziej pasują do moich potrzeb. Zdecydowanie takie domowe Spa mogłabym robić sobie codziennie i co prawda producent zaleca 2-3 dawki w tygodniu, ja jednak z wrodzonej oszczędności fundowałam sobie co tydzień takie rozpieszczanie. Wychodzę z założenia, że przyjemności trzeba sobie fundować w racjonalny sposób, aby potem spotkanie z surową rzeczywistością nie było aż tak bardzo bolesne!
Cena: 10 zł

Jaki macie stosunek do azjatyckich kosmetyków? Który z tych produktów najbardziej was zainteresował? 

Steblanc by Mizon - koreańskie kosmetyki do makijażu i pielęgnacji.

sobota, września 03, 2016

W ramach podsumowania miesiąca postanowiłam podzielić się z wami częścią moich zakupów kosmetycznych oraz tych bardziej prywatnych, które nieco odbiegają od tematyki tego miejsca, ale myślę, że są fajną odskocznią. Lubię czasem trochę bardziej osobiste treści, ale doceniam też umiejętność oddzielenia od blogowania rzeczy, które należy po prostu zatrzymać dla siebie i nie dzielić się nimi ze światem. Ten miesiąc zdecydowanie nie obfitował we współprace blogowe, ponieważ wraz z sierpniem wprowadziłam nowe zasady, które sprawiły iż moje pisanie tutaj stało się po prostu dla mnie łatwiejsze, prostsze i przyjemniejsze. Jestem w pełni świadoma, że pewnie ten krok zamknął wiele drzwi tuż przed moim nosem, ale jednak mam pełne przekonanie, że to najlepsza droga ze wszystkich, ponieważ nie ma nic bardziej nieatrakcyjnego w blogowaniu niż wtórność. Prawie dwa lata blogowania dały mi mnóstwo do myślenia, pozwoliły spojrzeć na wszystko z zupełnie innej perspektywy i uświadomiły, że nie zawsze gra jest warta świeczki. Wracając do treści tego wpisu, chciałabym jeszcze przypomnieć kilka wartych uwagi postów z mojego bloga oraz fajne artykuły z innych miejsc w sieci. Sierpień był bardzo fajny, ale mam wielką nadzieję, że jednak za miesiąc o wrześniu napiszę coś jeszcze bardziej pozytywnego! 

NOWOŚCI KOSMETYCZNE

1. AA Anti-Shine Baza matujaca+zmniejszanie porów. Jest to nowość na rynku, która dostępna jest od około miesiąca. Zapewnienia producenta od razu mnie zainteresowały, ponieważ od zawsze zmagam się z moją błyszczącą skórą, na której ciężko jest utrzymać makijaż w dobrym stanie przez kilka godzin. Na razie nie zdradzę jak spisał się u mnie ten kosmetyk, ale w przyszłym tygodniu pojawi się wpis odnośnie moich odczuć w stosunku do baz z trzech półek cenowych. Porównam jak wypadł kosmetyk za kilka złotych w stosunku do tego za ponad 100 zł i już teraz mogę zdradzić, że nic tu nie będzie takie oczywiste jak cena.

2. Nowości od marki Mary Kay. Wśród nich między innymi świeże połączenie bergamotki, imbiru oraz paczuli w zapachu dla mężczyzn High Intensity Ocean, zestaw Satin Lips, w którym pokładam wielkie nadzieje, ponieważ uwielbiam wszystko co służy do pielęgnacji ust i walki z ich przesuszeniem. Poza tym nowa kolekcja obfituje też w konturówki, rozświetlacze oraz pomadki Semi-Matte, które już uwielbiam za trwałość oraz matowe wykończenie, które nawet na suchych ustach wygląda przyjemnie. Czuję, że wśród tych kosmetyków znajdę kilka wartych uwagi produktów, bo dotychczasowe testy są bardzo obiecujące.

3. Zakupy z Sephory. Wśród nich oczywiście pojawiła się kultowa maska błotna, która aktualnie jest bardzo popularna na blogach, ale ja jeszcze muszę ją dokładniej przetestować, bo jak na razie odczucia mam dość neutralne. Poza tym do koszyka wpadła też kolejna baza pod makijaż i tym razem wybrałam Benefit Cosmetics Stay Flawless i jak na razie powiem tylko, że za tą cenę spodziewałam się czegoś lepszego. Ostatnie zakupy kosmetyczne to produkty własne Sephory, a dokładniej Wonderful Cushion - róż w kremie i matowy krem do ust. Ten pierwszy mnie nie zachwycił, ale poduszeczka do ust już jest moim hitem!

4. Woda toaletowa Cerruti 1881. Zapach, do którego wciąż wracam ze względu na kobiecość, lekkość, delikatność. To zdecydowanie pudrowa propozycja, która jest idealna na dzień i w moim odczuciu to typ zapachu, który spodoba się większości, ale nie można po nim oczekiwać specjalnych fajerwerków i nieoczywistych połączeń zapachowych. Jest ciepły, pachnie czystością, wydaje się jakby był połączony ze skórą i pięknie rozwija się na ciele, przez co wraz z upływem czasu możemy obserwować jego delikatne, ale jakże różne oblicza. 

NOWOŚCI LIFESTYLOWE

1. Nowe w garderobie. Od jakiegoś czasu staram się zaprowadzić porządki w mojej szafie. Unikam rzeczy, które do niczego nie pasują i są tylko chwilowymi trendami. Jeśli na zakupach długo się nad czymś zastanawiam to ostatecznie dana rzecz wraca na sklepową półkę. O dziwo od jakiegoś czasu na ubrania wydaję zdecydowanie mniej, a jednak zaglądam do szafy i najczęściej wiem co założę. Ograniczyłam też wizyty w second handach, które są pewnego rodzaju pułapką. Ceny są tam zwykle niskie, więc nietrudno wyjść z masą zupełnie niepotrzebnych rzeczy. Jestem ciekawa dokąd zaprowadzi mnie ten tymczasowy minimalizm!

2. Woski Yankee Candle. Wielkimi krokami zbliża się sezon na palenie świec, więc postanowiłam poznać kilka kultowych wariantów, ale dałam szansę też tym nowszym i mniej popularnym. Midsummer's Nihgt to zapach, który kojarzy mi się ze świeżymi męskimi perfumami i o ile takie uwielbiam na moim mężczyźnie, o tyle te zamknięte w wosku zupełnie do mnie nie trafiają. Z kolei z nazwy i opakowania podobny do niego Dreamy Summer Nihgt nie kojarzy mi się z lenią nocą, a raczej jesiennym wieczorem z kubkiem herbaty i ulubiona książką. Te nuty zapachowe tak do mnie przemówiły, że na temat tego aromatu napiszę za jakiś czas w moich odkryciach ostatniego miesiąca.

3. Home&You/Bershka. Jakiś czas temu w Home&You przy zakupie dwóch przedmiotów ten droższy był w cenie regularnej, a tańszy można było mieć za 10 zł. Jako totalny freak na punkcie dodatków do domu nie mogłam przejść obok tego sklepu patrząc w drugą stronę i udając, że niczego nie potrzebuję. Kupiłam drzewko na biżuterię, które modne było chyba kilka dobrych sezonów temu oraz kubek, który będzie mi służył jak pojemnik na moją jakże bogatą kolekcję pędzli (czytaj 6 sztuk). Z kolei w Bershce znalazłam prostą koszulę w paski w stylu oversize. Jak na złość byłam przygotowana na zakupy z wyprzedaży, ale jednak porządek po stronie z nową kolekcją przyciąga mnie jak magnes. Domyślam się, że jest to z góry przemyślana pułapka sklepów niczym jak pajęcza sieć, w którą wpadłam jak biedna mucha. 

4. Torebka Fuutou 3 w 1 Goshico. Uwielbiam torebki i przed zakupami kolejnej do kolekcji zawsze bardzo długo w głowie konfrontuję plusy z minusami. Markę Goshico znam bardzo długo, ale moja wrodzona przezorność kazała mi zastanawiać się chyba 2 lata czy kolejny model jest w mojej szafie wskazany, czy może jest jakąś fanaberią. Okazało się, że to ta druga możliwość, więc od razu zdecydowałam się na zakupy! To maleństwo mieści bardzo niewiele, ale jej uniwersalność i dopasowanie do wielu elementów garderoby sprawiły, że noszę ją bez przerwy. To chyba miłość i po prostu typowe zafascynowanie nowym przedmiotem! 

CIEKAWE WPISY NA MOIM BLOGU.

1. 5 pomysłów na podkładki pod kubek DIY. Są tutaj zawarte projekty dla osób z dwoma lewymi rękami, dla tych trochę bardziej zaawansowanych i dla prawdziwych mistrzów rękodzieła. Chcę pokazać, że wystarczy tylko korkowa podkładka, karton, sznurek lub kawałek drewna, aby wyczarować coś pięknego i nieoczywistego. Ja zbyt często potrzebuję wielu przedmiotów, którymi za szybko się nudzę, więc takie proste i łatwe do wykonania projekty zaspokajają moją potrzebę posiadania, a przy okazji ich strata lub znudzenie się nimi nie boli już tak bardzo.

2. Czym zajmuje się Skin Coach? W tym wpisie chciałabym przedstawić wam pracę osoby zajmującej się tego typu coachingiem, przybliżyć jej sylwetkę, zapoznać was z technikami walki o lepszy wygląd i dobre samopoczucie. Warto wspomnieć, że ten zawód jak na razie jest w powijakach i dopiero się rozwija, ale już teraz warto mieć świadomość w jakim kierunku podąża rynek. Poza tym zapraszam tam was też na interesujący blog pełen fachowej, ale bardzo przystępnej wiedzy z zakresu kosmetyki, właściwego odżywiania, stylu życia oraz własciwej motywacji.

3. 5 wielofunkcyjnych kosmetyków idealnych na wakacyjne wyjazdy. Co prawda sezon urlopowy już się kończy, ale jestem pewna, że pięć moich typów sprawdzi się również na krótszych wycieczkach. Postanowiłam w jednym miejscu skupić kosmetyki, które są wielozadaniowe, mogą zastąpić wiele produktów lub z innych względów ich obecność w walizce jest bardzo korzystna. Nikt chyba nie lubi brać ze sobą ciężkiej kosmetyczki, a i tak korzystać tylko z niewielu przedmiotów, bo przecież wakacje są zbyt krótkie i fajne, aby marnować czas na patrzenie się w lustro, nawet na najpiękniejsza osobę na świecie!

4. Tangle Angel - porównanie modelu Xtreme z wersją Classic. W tym wpisie staram się odpowiedzieć na pytanie, która szczotka jest lepsza do konkretnego typu włosów. Konfrontuje ich wygląd, budowę oraz komfort użytkowania. Poza tym wyjaśniam też różnice między Tangle Angel, a kultowym już Tangle Teezerem. Chcę pokazać, że za uroczym i nieco infantylnym designem kryje się też bardzo fajny przedmiot, który moje włosy uwielbiają. Poza tym ja już praktycznie nie potrafię używać klasycznych szczotek do włosów i nie jest to tylko czcze gadanie kobiety zafascynowanej ultra dziewczęcym gadżetem.

INSPIRUJĄCE ARTYKUŁY Z SIECI.

1. Kiedy blog jest wartościowy dla agencji? Na blogu Żurnalistki dwóch pracowników warszawskich agencji wyjaśnia między innymi jak badane i wybierane do współpracy są blogi. Poza tym możemy się dowiedzieć czy warto publikować swoje statystyki, na które podpunkty w Google Analytics zwracać uwagę i kto tak naprawdę może liczyć na współdziałanie z agencjami itp. Moim zdaniem artykuł ten odpowiada na wiele pytań i każdy bloger powinien się z nim zapoznać, ponieważ mamy tutaj do czynienia z wiedza z pierwszej ręki, a nie tylko przypuszczeniami lub domysłami.

2. 4 najlepsze rady, jakie usłyszałam na temat blogowania i prowadzenia firmy.  Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam wszelkiego rodzaju poradniki odnośnie blogowania. Jednak zawsze staram się podchodzić do nich z odpowiednim dystansem. Niestety zbyt często za chwytliwym tytułem czai się coś do bólu odtwórczego, czyli wiedza, która krąży po wielu miejscach w nieco zmienionej formie. Na blogu One Little Smile wszystko jest podane rzeczowo, przystępnie i niebanalnie. Uwielbiam taki profesjonalne podejście do blogowania!

3. Funkcje profilu firmowego na instagramie. Jeśli tak jak ja uwielbiacie przeglądać kwadratowe zdjęcia to na pewno zainteresuje was fakt, że od niedawna można przekształcić swój profil na firmowy. Wystarczy mieć własną stronę na Facebooku, podążać za instrukcjami, a następnie obserwować statystyki dodawanych zdjęć, poznać wiek oraz godziny największej aktywności naszych obserwatorów. Dla innych nasz profil pozostanie praktycznie niezmieniony, ponieważ pojawi się na nim jedynie przycisk 'kontakt'.

4. Kosmetyki, które ułatwiają mi życie. Agata moim zdaniem jest mistrzynią w tworzeniu takich zestawień i zawsze z przyjemnością spędzam kilka chwil na zapoznaniu się z jej nowym artykułem. Tym razem pod lupę wzięła kosmetyki, które w jej odczuciu w jakiś sposób wpływają na komfort naszego kobiecego życia. Ja zdecydowanie na pierwszym miejscu stawiam lakiery hybrydowe, ponieważ te klasyczne ze względu na moją pracę zupełnie się u mnie nie sprawdzają. Jestem też ciekawa jaki produkt w waszym odczuciu zasługuje na miano naczelnego usprawniacza kobiecej rzeczywistości!

Jak podoba wam się takie podsumowanie miesiąca? Czy sierpień był dla was dobry?

Podsumowanie sierpnia. Nowości kosmetyczne, zakupy oraz ciekawe artykuły u mnie i na waszych blogach!

poniedziałek, sierpnia 29, 2016

Lato, a w szczególności wakacje to zdecydowanie niechlubny czas dla pielęgnacji. Z jednej strony więcej odkrytych powierzchni ciała zobowiązuje do dbałości, ale jednak czasem szkoda tracić te upływające godziny i dni na leczenie kompleksów i walkę z wiatrakami. Ja jestem beznadziejnym przypadkiem osoby, która na wakacje zabiera walizkę pełną kosmetyków, a w rzeczywistości korzysta z zaledwie kilku produktów, bo okazuje się, że świat w tym czasie oferuje wiele przyjemniejszych i bardziej wartościowych zajęć. Nie jestem szczególną zwolenniczką kosmetyków, które rzekomo działają na wielu polach, ale jednak w czasie urlopu moja niechęć mija i wszystko co ma kilka zastosowań przyjmuję z szeroko otwartymi ramionami, by po wakacjach znowu trochę o nich zapomnieć. Podobny stosunek mam do produktów, które są dedykowana wyłącznie dla jednego typu włosów lub pory roku. Kiedyś niesamowicie się ich bałam i umycie głowy szamponem pozornie nie pasującym  do mojej fryzury, wydawało mi się okrutnym pielęgnacyjnym przewinieniem. Teraz mam już o wiele więcej dystansu do wszelkich zapewnień z etykiety i staram się do do dedukcji używać umysłu, a nie tylko oczu. Dzisiaj chciałabym przedstawić wam produkty, które zalecane są do włosów narażonych na promienie słoneczne, chlor i słoną wodę, czyli są to po prostu kosmetyki dla fryzury na wakacjach. Co prawda z chęcią zabrałabym je na wyspę gdzie piasek jest biały jak mąka, a ocean ma barwę turkusu, ale jestem pewna, że w czasie typowych wakacji pod gruszą też mogę wydobyć z nich to co najważniejsze i najbardziej istotne.

>>>5 wielozadaniowych kosmetyków idealnych na wakacyjne wyjazdy.>>>


DAVINES – SU HAIR&BODY WASH/ŻEL DO MYCIA CIAŁA I WŁOSÓW

Żel do mycia ciała i włosów z ekstraktem z pomarańczy Myrtifolia Chinotto ze Slow Food Presidia. Nawilżający żel do mycia włosów i ciała po opalaniu. Nałożyć na wilgotne włosy i mokrą skórę, zemulgować i wmasować. Spłukać i powtórzyć w razie potrzeby. Nie zawiera parabenów i siarczanów.
Na temat opakowania nawet ja nie stworzę długiej powieści, ponieważ jak widać rządzi tutaj skrajna prostota. Jest to zwykła przeźroczysta buteleczka z etykietką w kolorze białym ozdobiona dużą pomarańczową kropką, która najprawdopodobniej ma symbolizować słońce. Ten produkt od razu skojarzył mi się z jakimś produktem profesjonalnym, który walczy o klienta działaniem lub po prostu marką, a nie opakowaniem. Prawda jest taka, że na sklepowej półce ten design niestety nie rzuciłby się konsumentowi w oczy, bo obok kosmetyki kuszą kolorami, dziwnymi formami i kształtami. Poza tym nawet na opakowaniu widnieje adnotacja, że jest to linia wyłącznie dla salonów fryzjerskich, ale dokładnie wiemy jak bywa z produktami, które są do użytku profesjonalnego. Te niewymagające jakiś szczególnych umiejętności prędzej czy później trafiają w ręce zwykłego konsumenta i w sumie nie widzę nic złego. To, że mam do dyspozycji jakiś mało dostępny kosmetyk nie czyni przecież ze mnie znawcy tematu lub profesjonalisty. Jednak eksperymentowanie radzę przeprowadzać wyłącznie na sobie!
Wewnątrz znajduje się przeźroczysty płyn o raczej typowym zapachu szamponu. Jest miły dla nosa, nieco cytrusowy, trochę rumiankowy, w pewien sposób odświeżający i coś mi przypomina, więc za każdym razem podczas jego użycia zachodzę w głowę co to może być i jak do tej pory zagadka nie została rozwikłana. Po nałożeniu na włosy już niewielka ilość bardzo szybko intensywnie się pieni, więc mogę określić go za produkt bardzo wydajny i to się chwali! W tej kwestii mam sporo doświadczenia, ponieważ moje włosy bywają bardzo kłopotliwe i dość często miewam problemy z ich właściwym umyciem. W tym wypadku tuż po spłukaniu szamponu włosy wydają się bardzo delikatne, mięsiste i miękkie. Z pewnością nie czułam, że są sztywne, szorstkie i jakby oczyszczone do granic możliwości. Postanowiłam parę razy nie nakładać żadnej odżywki po myciu, aby określić rzeczywisty stan włosów bez jakichkolwiek zmiękczaczy i upiększaczy. Po wysuszeniu fryzura jest bardzo puszysta, miękka, nieprzeciążona, ale też w jakiś szczególny sposób niewymagająca odżywki. Włosy są bardzo sypkie, więc istnieje prawdopodobieństwo, że żadna związana fryzura nie będzie trzymała się na miejscu. Poza tym pasma dość długi czas pozostają świeże i czyste i w moim wypadku nie wymagają częstego mycia. Czy wyglądają jak po wyjściu od fryzjera? Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że nigdy nie miałam dobrej ręki do włosów, ale tutaj wyczuwam ogromny potencjał i nawet ja bez szczególnych zabiegów czuję się dobrze we własnych włosach. 
Podobno jest to produkt uniwersalny i nadaje się także do mycia ciała, więc na pewno sprawdzi się na jakichś wakacyjnych wyjazdach.  Ja jednak skupiłam się tylko na głowie, bo jeśli już znajduję naprawdę fajny szampon to po prostu chcę go wykorzystać do granic możliwości na włosach. Jest to produkt zalecany do pielęgnacji posłonecznej, ale ja takie zapewnienia zawsze traktuję z przymrużeniem oka. Rzeczywiście jego odświeżający aromat i wielofunkcyjność sprawdzą się latem, szczególnie podczas urlopu, ale w czasie chłodniejszej części roku też na pewno da radę.
Cena: 49,90 zł/ 250 ml

DAVINES – SU HAIR MASK/MASKA OCHRONNA PO SŁOŃCU

Przeciwstarzeniowa maska po słońcu z linii SU polecana w szczególności do włosów wystawionych na działanie słońca, chloru i soli. Produkt ten zapewnia doskonale nawilżenie, odżywienie i blask włosom. Dzięki odpowiednio dobranym składnikom zapewnia włosom kompletną ochronę. Sprawia, że włosy zyskują niesamowitą miękkość. Seria SU posiada kwiatową linię zapachową: rumianek, mimozę, jabłko i nuty drzewne.
Opakowanie maski ma już nieco więcej fantazji, ponieważ jest to miękka tuba w bardzo błyszczącym srebrnym kolorze z białą etykietą i pomarańczową kropką. Produkt wewnątrz jest dość gęsty, ale nie nadmiernie ciężki, posiada biały kolor oraz świeży zapach, który łączy w sobie cytrusy i rumianek. Mi konsystencja bardziej przypomina nieco bardziej treściwą odżywkę, a nie maskę. Po nałożeniu na wilgotne włosy da się od razu wyczuć, że stają się one typowo śliskie i gładkie. Producent zaleca stosować maskę przez 5-15 minut i po tym czasie należy włosy spłukać obficie wodą. To pierwotne wrażenie włosów gładkich i pokrytych warstwą składników zawartych w masce częściowo znika i pasma są rzeczywiście miłe w dotyku, ale nie przesadnie pokryte pozostałościami, które mogą obciążyć. Włosy po wysuszeniu są miękkie, gładkie i we właściwej kondycji. Ja zawsze mam z maskami taki problem, że albo nadmiernie obciążają włosy, które są oklapnięte i smętne albo nie działają w żaden sposób i pasma są suche i szorstkie. Tutaj w moim odczuciu zachowana jest prawidłowa równowaga, bo włosy w dotyku są miękkie, prawidłowo dociążone, zdecydowanie łatwiej się rozczesują, ale też nie mam wrażenia, że produkt spowoduje ich przedwczesne przetłuszczanie. Zresztą wszelkiego rodzaju maski i odżywki stosuję na włosy od połowy długości, czyli na partię, która u mnie wymaga raczej wzmożonej pielęgnacji, a nie częstego oczyszczania. Według producenta to również jest produkt do posłonecznej pielęgnacji i przyznam szczerze, że taką maskę z chęcią zabrałabym na wakacje, ponieważ zapach idealnie pasuje do gorącego klimatu, a działanie do braku czasu, kiedy czeka się na szybki efekt i nie chce się tracić czasu na żmudną lub problematyczną pielęgnację. Szkoda życia, a tym bardziej wakacji na nieudane lub kłopotliwe kosmetyki!
Cena: 86 zł/150 ml 

PODSUMOWANIE DZIAŁANIA KOSMETYKÓW Z LINII SU

Bez zbędnych uprzejmości muszę po prostu stwierdzić, że te kosmetyki idealnie dopasowały się do moich problematycznych włosów. Szampon  świetnie je oczyścił, a przy tym nie obciążył i sprawił, że włosy były puszyste, sypkie i miękkie. Z kolei maska poprzez swoją lekkość bardziej przypomina mi odżywkę. Po jej użyciu włosy są również lekkie, prawidłowo dociążone, a co najważniejsze podatne na bezstresowe rozczesywanie. Nie bardzo przejęłam się faktem, że jest to typowo letnia linia, bo mimo że nie używałam jej na urlopie, to w pełni spełniła moje oczekiwania, Teraz z przyjemnością poznam też inne warianty produktów tej marki. Dla równowagi wypadałoby też napisać coś co zabrzmi trochę mniej jak hymn pochwalny, więc dodam, że trochę słabiej jest z dostępnością i trzeba ich szukać w sklepach internetowych, hurtowaniach lub salonach fryzjerskich. Ja swoje dostałam od przyjaciółki, która od zawsze zaopatruje mnie w kosmetyki, o których istnieniu nawet nie wiedziałam. Kwestie dostępności to jednak już tylko mało znaczący aspekt i w porównaniu do działania staje się prawie nieistotny. Tym razem mam ochotę na zdecydowanie więcej!

Lubicie kosmetyki typowo fryzjerskie? Jaki macie stosunek do produktów, które przeznaczone są do pielęgnacji związanej z daną porą roku

Davines Su - szampon i maska do włosów narażonych na działanie słońca.

piątek, sierpnia 19, 2016

5 w piątki, tak zwie się mój cotygodniowy cykl i dzisiejszy temat dotyczył będzie rękodzieła. Może to słowo niekoniecznie tutaj pasuje, ale nie mam pojęcia jak można inaczej przetłumaczyć wyrażenie handmade, aby pasowało do sytuacji, w której robię coś z niczego, ale wcale nie wspinam się na wyżyny produktywności. W sumie lepiej nazwę to moimi rękoczynami, bo jak inaczej określić kilkukrotne oparzenie palca pistoletem do kleju na gorąco? W takich chwilach ciesze się, że to tylko zabawka, a nie prawdziwa broń palna, bo byłoby na prawdę gorąco! 
Dzisiaj postanowiłam zająć się tematem podstawek pod kubek, których mam w domu dość sporą ilość, ale przecież zawsze znajdzie się miejsce na kolejne. Wcale nie jestem nadgorliwą panią domu, która nie toleruje żadnej plamki i ryski na swoim stole, a po prostu lubię fajne gadżety, do których nie przywiązuję się zbyt mocno. Wolę nacieszyć się chwilę czymś takim prostym i czasem niedopracowanym niż kupić coś dużo bardziej trwałego i znudzić się tym po kilku użyciach. Moje dzisiejsze pomysły postanowiłam uszeregować od tych banalnie prostych, poprzez te bardziej angażujące, a kończąc na czymś wymagającym nieco więcej pracy, zaangażowania i wysiłku. Zróbcie sobie teraz herbatę lub kawę, rozsiądźcie się wygodnie w fotelu i jeśli z przerażeniem zaobserwujecie, że nie macie fajnych podstawek pod kubek, to już przychodzę z pomocą i pomysłem!

1. PODKŁADKI KORKOWE POMALOWANE FARBĄ.

Tak jak wspominałam na pierwszy ogień idzie najłatwiejszy i najbardziej banalny pomysł. Bazą są tutaj korkowe podkładki, które można dostać w wielu sklepach za niewielkie pieniądze (moje są akurat z Pepco). Takie geometryczne wzory uzyskałam poprzez naklejenie szerokiej taśmy, a następnie pomalowanie miejsc, na które nie nachodziła folia. To świetny pomysł, ponieważ można tutaj zaszaleć z szerokością taśmy oraz jej ułożeniem, a przez to kształtami, które ukażą nam się po pomalowaniu. To zdecydowanie fajny patent na dopasowanie podstawek do wystroju mieszkania, bo można namalować pasy, kratkę, koła lub inne wzory. Użyłam do tego zwykłej białej farby o dość rzadkiej konsystencji, ale jak widać ten sposób jest bardzo precyzyjny i nie ma tu mowy o jakiś krzywych liniach lub niedociągnięciach. Od razu przyznaję się, że nie jest to wytwór mojej wyobraźni, a inspirację znalazłam szukając jakichś ciekawych pomysłów w sieci. Na tej stronie możecie zainspirować się innymi wzorami i kolorami!

2. PODKŁADKI POD KUBEK OZDOBIONE SZNURKIEM.

Do tego materiału mam niewątpliwie słabość i bardzo często go używam w wielu odstresowujących realizacjach DIY. Do niektórych tego typu wyczynów linki podaję niżej.

>>>Jak odnowić i ładnie ozdobić stary kosz? >>>
>>> Jak zrobić dekorację ze świecy i kwiatów? >>>

>>>Jak zrobić lampiony ze słoiczków? >>>

Pomysł ten jest banalnie prosty, ale jego realizacja zajmuje już nieco więcej czasu. Na środku korkowej podkładki (może też być chociażby tekturowe kółko) umieszczam kroplę kleju na gorąco i przytwierdzam do niego początek sznurka, a następnie skręcam go w ślimaka, co jakiś czas dając kolejną porcję kleju, aby wszystko stabilnie się trzymało. To dość żmudna, ale raczej bezproblemowa czynność, której wynikiem jest bardzo łady wzór. Zdecydowanie najlepiej spisuje się tutaj sznurek jutowy, ponieważ jest dość sztywny i przez to wygodniej się go używa. Te bawełniane są bardziej miękkie, więc wymagają trochę więcej precyzji i dokładności. Można je kupić w marketach budowlanych lub w sklepach z akcesoriami do gospodarstwa domowego. Warto tu wspomnieć, że korek + klej na gorąco to związek na śmierć i życie i nie można już ich rozdzielać, ponieważ wtedy rozrywa się cała porowata struktura takiej podkładki. Tutaj trzeba być jak saper i nie mylić się, przymknąć oko na ewentualne niedociągnięcia albo zdecydować się na bazę z kartonu lub innego taniego materiału.

3.PODSTAWKI Z PUDEŁEK PO ZAPAŁKACH.

Po tym jak postanowiłam pokazać tutaj 5 pomysłów, miałam ogromny problem ze znalezieniem ostatniego sposobu. Przyznam się, że dwie próby zakończyły się fiaskiem i kompletnie nie miałam pojęcia co można zrobić łatwo, szybko i w interesujący sposób. Olśnieniem była paczka zapałek z ciekawym motywem. PRL niewątpliwie ma czasem swój urok, więc postanowiłam, że takie przyjemne dla oka obrazki trzeba choć na trochę zatrzymać. Wycięłam więc z paczek po zapałkach prostokąty i jak puzzle ułożyłam je na okrągłych podkładkach, a następnie przykleiłam klejem na gorąco skupiając się na rogach, aby nie odstawały. Ważne jest tutaj, aby wszędzie dawać podobną ilość kleju, aby nie utworzyły się góry i doliny, a nasza kawa nie wylała nam się na stół. Kolejnym krokiem było odwrócenie podkładek i odcięcie ostrym nożykiem fragmentów kartoników, które wystawały poza okręg. Dodam jeszcze, że wycinając obrazki z pudełek należy zrobić to precyzyjnie, aby po przyklejeniu brzegi do siebie ładnie przylegały i nie było widać szpecących szczelin, co nie do końca mi się udało, ale przecież praktyka czyni mistrza i następnym razem będzie już piękniej! Powiem szczerze, że ten pomysł lubię ze wszystkich najbardziej, bo może nie jest bardzo trwały, ale zdecydowanie czuć tu fajny klimat!

4. DREWNIANIE PODKŁADKI POD KUBEK.

Jestem wręcz pewna, że z takim motywem spotkaliście się gdzieś w odmętach instagrama lub innego pintresta. Nie jest to nic innego jak pocięty na plasterki drewniany pieniek, więc realizacja wydaje się banalna. Wystarczy tylko ładna, gruba gałąź, piłka ręczna lub jeszcze lepiej jakiś bardziej zaawansowany rodzaj piły mechanicznej, ale w tej kwestii nie jestem specjalistą, ani nawet hobbystą, więc moja wiedza tu się kończy. Jeśli już ktoś chce wzmocnić swoje mięśnie to proponuję bardziej miękki rodzaj drewna, ręczną piłkę, sporo siły i nieco cierpliwości, a po chwili można wyprodukować sobie taką uroczą dekorację mieszkania. Moje krążki nie są idealne, a nawet powiem szczerze, że nieco im brakuje do perfekcyjnych kształtów, ale i tak jestem z nich dumna! Na pewno nie zamieniłabym ich na te bardziej dopracowane i z jakimś bajerem. Tutaj nawet pozorne defekty w drewnie wyglądają bardzo uroczo i klimatycznie, więc wystarczą chęci do działania, a jeszcze lepiej jakaś męska i silna ręka chętna do pomocy. Ogólnie bardzo przemawia do mnie popularny ostatnio motyw naturalnego drewna we wnętrzach. Stoliki z grubych plastrów, stołki z pieńków i misy z widoczną fakturą drewna zdecydowanie do mnie przemawiają!

5. PODSTAWKI W KSZTAŁCIE EUROPALET.

To najbardziej trudna, wymagająca i czasochłonna realizacja. Na jej temat nie będę rozpisywała się zbyt dużo, bo jakiś czas temu poświęciłam odrębny wpis na rozłożenie tego pomysłu na czynniki pierwsze i instrukcję zamieszczam poniżej. Takie podstawki znalazłam kiedyś w sieci do kupienia, ale byłam pewna, że jeszcze fajniej byłoby je zrobić samemu i móc się nimi pochwalić przed innymi. Faktycznie są czasochłonne, ale zdecydowanie bardzo trwałe i o ile trzy pierwsze realizacje są dość tymczasowe, to ta i poprzednia znacznie dłużej mogą gościć na stole i serwować nam ulubioną popołudniową herbatę lub poranną kawę. W sumie motyw palet jest teraz bardzo popularny i o ile meble z nich tworzone wywołują u mnie dość mieszane odczucia, o tyle takie miniaturki budzą po prostu uśmiech. Nie bez powodu mówi się, że małe jest piękne! 

Jak podobają wam się moje rękoczyny? Który pomysł wydaje się wam się najciekawszy? Może sami możecie pochwalić się czymś podobnym? 

5 pomysłów na niebanalne podkładki pod kubek.

niedziela, sierpnia 14, 2016

Od dzisiaj co jakiś czas będą pojawiały się tutaj artykułu o ciekawych osobach, blogach lub inicjatywach, które warto promować i puszczać dalej w świat, aby jak największa liczba osób mogła się nimi zainspirować. Wydaje mi się, że internet jest ogromnym polem do popisu, a czytelników jest tak wielu, że miejsca w tej wirtualnej rzeczywistości starczy naprawdę dla wszystkich. Nie warto zamykać się na innych, tworzyć hermetycznej strefy, którą nie chcemy dzielić się z innymi i żyć w przeświadczeniu, że reszta jest wyłącznie konkurencją i pewnie zaraz z satysfakcją nadgryzie kawałek naszego świata, na który przecież tak ciężko pracujemy. Lepiej chyba uznać, że nikt nie jest aż tak głodny naszego sukcesu, zająć się sobą i wrzucić na luz. Oczywiście wkładam dużo serca i pracy we wszystko co tutaj robię, ale jednak nie czuję już takiej presji jak wcześniej, nie porównuję się z innymi i wychodzę z założenia, że wolę aby blog rozwijał się nieco wolniej, niż abym zbyt szybko zatraciła się w tym wszystkim i zaprzepaściła zapał, który niewątpliwie w sobie mam. Aktualnie za dużo mówi się wyłącznie o technicznych sprawach związanych z blogowaniem, wszędzie pełno jest poradników, zaleceń oraz szkoleń i gdzieś w tym wszystkim zaczyna się gubić prawdziwy sens. Blogerzy zamiast skupić się na tym co lubią, zaczynają stresować się tą całą analityczną otoczką i bardziej przypominają pracowników korporacji, których gonią terminy, niż wyluzowanych panów własnej pasji. Nie chcę używać tutaj zbyt patetycznego tonu, ale jednak mnie przyciągają miejsca wartościowe, a nie tylko piękne i doszlifowane od strony gadżeciarskiej jak najdroższy diament. Nie ma jednej recepty na sukces, ale niewątpliwie jednymi z jego składowych są autentyczność, pasja oraz pomysł na siebie i niewątpliwie miejsce, które będę opisywała dzisiaj jest świetnym przykładem dobrego przepisu na powodzenie.

CZYM ZAJMUJE SIĘ SKIN COACH? 

Skin coaching to innowacyjne połączenie specjalistycznej wiedzy o skórze i jej potrzebach z coachingowym procesem wprowadzania ważnych zmian w życiu.
Brzmi to może trochę enigmatycznie, ale już wyjaśniam na czym dokładnie polega praca takiej osoby. Priorytetem jest dokładny wywiad, dobór odpowiednich kosmetyków oraz właściwej pielęgnacji poprzez przejrzenie kosmetyczki, wyjaśnienie działania niektórych produktów oraz składników w nich zawartych. Oczywiście ważnym punktem jest też  skonsultowanie zagadnień związanych z właściwą dietą i stylem życia oraz dobra motywacja, której rolą jest wspieranie, a nie nadmierna ekscytacja, która szybko może zamienić się w zniechęcenie. Już nie raz pisałam, że nie lubię modnego teraz motywowania za wszelka ceną, niepopartego żadnym pewnikiem i obiecującego gruszki na wierzbie. Wracając do meritum, to takie działanie na wielu frontach jest bardzo zasadne, ponieważ sama kiedyś walczyłam z problemami skórnymi i początkowo od lekarza dostawałam leki i śladowe informacje odnośnie chociażby szkodliwych produktów spożywczych. Potem zauważyłam już większe zainteresowanie tą tematyką, ponieważ na spotkaniu z dermatologiem pojawiły się również kwestie warunków środowiskowych, błędów w pielęgnacji cery oraz diety obfitującej w cukier, mięso lub nabiał. Ten postęp jest zauważalny i czuję, że skin coach to pewnego rodzaju połączenie kosmetologa, dermatologa, psychologa oraz dobrej znajomej, która ma odpowiednią wiedzę, ale też chwilę czasu i pozytywnego nastawienia, aby nie tylko walczyć z jakimś problemem, ale również rozłożyć go na czynniki pierwsze, wytłumaczyć poszczególne zagadnienia i doradzić w wielu rożnych dziedzinach życia. Nie umniejszam wiedzy lekarzy, ale nauczona doświadczeniem mogę stwierdzić, że w mojej początkowej walce z trądzikiem zabrakło kilku oczywistych elementów. Uwaga była skupiona wyłącznie na agresywnych farmaceutykach, a kwestie kosmetyków oraz odżywiania zostały zupełnie pominięte. Oczywiście bez dwóch zdań priorytetem musi być tutaj fachowa wiedza i wykształcenie, a nie tylko chęci i zapał do zmieniania świata na lepsze, bo człowiek szukający pomocy jest gotowy zaufać wielu kuracjom i osobom obiecującym rzeczy nierealne. Jeśli macie ochotę bliżej poznać przebieg walki o lepszą skórę, zapraszam was na stronę, z której dowiecie się więcej o procesie skin coachingu. Autorką całego tego zamieszania i wprowadzenia na nasz rynek nowego zawodu jest Bożena Społowicz, która tak pisze o sobie:
Jestem pierwszą skin coach w Polsce i prawdopodobnie pierwszą na świecie, od 18 lat dbam o zdrowie i młody wygląd skóry. Mam 38 lat. Specjalistyczną wiedzę z kosmetologii, chemii, technologii kosmetyków, dietetyki oraz suplementacji wykorzystuję do stworzenia spersonalizowanej pielęgnacji skóry. Dobieram odpowiednie kosmetyki, podpowiadam co jeść, aby mieć zdrową i młodą skórę, przeglądam kosmetyczki i wyjaśniam co drzemie w kremie. W trakcie pracy ze mną zmieniasz swoje podejście do pielęgnacji skóry.

BLOG SKINCOACH.PL - MIEJSCE, KTÓRE WARTO ZNAĆ.

Jeśli ktoś nie jest zainteresowany konsultacją oraz osobistym spotkaniem, to do dyspozycji jest również blog pełen wiadomości z zakresu zdrowia skóry, odpowiedniej diety, właściwości i składów kosmetyków. Jestem przekonana, że każdy interesujący się wyglądem, kondycją skóry oraz ogólnie kosmetyką, znajdzie tutaj coś inspirującego dla siebie. Bardzo lubię w taki sposób poszerzać swoje horyzonty i czerpać wiedzę od osób, które wyraźnie wsiąkły w jakąś tematykę. Oczywiście podchodzę do wszystkiego z odpowiednim dystansem, bo skoro jestem osobą dorosłą to z przyjemnością korzystam z przywileju podejmowania dobrych decyzji i robienia błędów. Poza tym w aktualnych czasach wirtualna rzeczywistość pozwala każdemu kreować się na eksperta w jakiejś dziedzinie, więc warto czasem skonfrontować te wszystkie newsy surfujące w sieci na fali popularności z realną wiedzą popartą kierunkowym wykształceniem. Dużo mówi się teraz o tym, że dyplom to nie wszystko, ale jeśli mamy na uwadze zdrowie to jednak lepiej zaufać jakiemuś sensownemu tytułowi przed nazwiskiem. Dodatkowo ciekawscy na pewno będą mogli jeszcze bliżej poznać autorkę oraz ideę skin coachingu. Ja wybrałam dla was klika ciekawych artykułów, więc czytajcie, czerpcie wiedzę i inspirujcie się!


Mieliście przyjemność poznać ten blog? Jakie są wasze wrażenia?

Idea skin coachingu oraz warte uwagi miejsce na blogowej mapie.

Obserwatorzy

Pinterest