poniedziałek, sierpnia 29, 2016

Lato, a w szczególności wakacje to zdecydowanie niechlubny czas dla pielęgnacji. Z jednej strony więcej odkrytych powierzchni ciała zobowiązuje do dbałości, ale jednak czasem szkoda tracić te upływające godziny i dni na leczenie kompleksów i walkę z wiatrakami. Ja jestem beznadziejnym przypadkiem osoby, która na wakacje zabiera walizkę pełną kosmetyków, a w rzeczywistości korzysta z zaledwie kilku produktów, bo okazuje się, że świat w tym czasie oferuje wiele przyjemniejszych i bardziej wartościowych zajęć. Nie jestem szczególną zwolenniczką kosmetyków, które rzekomo działają na wielu polach, ale jednak w czasie urlopu moja niechęć mija i wszystko co ma kilka zastosowań przyjmuję z szeroko otwartymi ramionami, by po wakacjach znowu trochę o nich zapomnieć. Podobny stosunek mam do produktów, które są dedykowana wyłącznie dla jednego typu włosów lub pory roku. Kiedyś niesamowicie się ich bałam i umycie głowy szamponem pozornie nie pasującym  do mojej fryzury, wydawało mi się okrutnym pielęgnacyjnym przewinieniem. Teraz mam już o wiele więcej dystansu do wszelkich zapewnień z etykiety i staram się do do dedukcji używać umysłu, a nie tylko oczu. Dzisiaj chciałabym przedstawić wam produkty, które zalecane są do włosów narażonych na promienie słoneczne, chlor i słoną wodę, czyli są to po prostu kosmetyki dla fryzury na wakacjach. Co prawda z chęcią zabrałabym je na wyspę gdzie piasek jest biały jak mąka, a ocean ma barwę turkusu, ale jestem pewna, że w czasie typowych wakacji pod gruszą też mogę wydobyć z nich to co najważniejsze i najbardziej istotne.

>>>5 wielozadaniowych kosmetyków idealnych na wakacyjne wyjazdy.>>>


DAVINES – SU HAIR&BODY WASH/ŻEL DO MYCIA CIAŁA I WŁOSÓW

Żel do mycia ciała i włosów z ekstraktem z pomarańczy Myrtifolia Chinotto ze Slow Food Presidia. Nawilżający żel do mycia włosów i ciała po opalaniu. Nałożyć na wilgotne włosy i mokrą skórę, zemulgować i wmasować. Spłukać i powtórzyć w razie potrzeby. Nie zawiera parabenów i siarczanów.
Na temat opakowania nawet ja nie stworzę długiej powieści, ponieważ jak widać rządzi tutaj skrajna prostota. Jest to zwykła przeźroczysta buteleczka z etykietką w kolorze białym ozdobiona dużą pomarańczową kropką, która najprawdopodobniej ma symbolizować słońce. Ten produkt od razu skojarzył mi się z jakimś produktem profesjonalnym, który walczy o klienta działaniem lub po prostu marką, a nie opakowaniem. Prawda jest taka, że na sklepowej półce ten design niestety nie rzuciłby się konsumentowi w oczy, bo obok kosmetyki kuszą kolorami, dziwnymi formami i kształtami. Poza tym nawet na opakowaniu widnieje adnotacja, że jest to linia wyłącznie dla salonów fryzjerskich, ale dokładnie wiemy jak bywa z produktami, które są do użytku profesjonalnego. Te niewymagające jakiś szczególnych umiejętności prędzej czy później trafiają w ręce zwykłego konsumenta i w sumie nie widzę nic złego. To, że mam do dyspozycji jakiś mało dostępny kosmetyk nie czyni przecież ze mnie znawcy tematu lub profesjonalisty. Jednak eksperymentowanie radzę przeprowadzać wyłącznie na sobie!
Wewnątrz znajduje się przeźroczysty płyn o raczej typowym zapachu szamponu. Jest miły dla nosa, nieco cytrusowy, trochę rumiankowy, w pewien sposób odświeżający i coś mi przypomina, więc za każdym razem podczas jego użycia zachodzę w głowę co to może być i jak do tej pory zagadka nie została rozwikłana. Po nałożeniu na włosy już niewielka ilość bardzo szybko intensywnie się pieni, więc mogę określić go za produkt bardzo wydajny i to się chwali! W tej kwestii mam sporo doświadczenia, ponieważ moje włosy bywają bardzo kłopotliwe i dość często miewam problemy z ich właściwym umyciem. W tym wypadku tuż po spłukaniu szamponu włosy wydają się bardzo delikatne, mięsiste i miękkie. Z pewnością nie czułam, że są sztywne, szorstkie i jakby oczyszczone do granic możliwości. Postanowiłam parę razy nie nakładać żadnej odżywki po myciu, aby określić rzeczywisty stan włosów bez jakichkolwiek zmiękczaczy i upiększaczy. Po wysuszeniu fryzura jest bardzo puszysta, miękka, nieprzeciążona, ale też w jakiś szczególny sposób niewymagająca odżywki. Włosy są bardzo sypkie, więc istnieje prawdopodobieństwo, że żadna związana fryzura nie będzie trzymała się na miejscu. Poza tym pasma dość długi czas pozostają świeże i czyste i w moim wypadku nie wymagają częstego mycia. Czy wyglądają jak po wyjściu od fryzjera? Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że nigdy nie miałam dobrej ręki do włosów, ale tutaj wyczuwam ogromny potencjał i nawet ja bez szczególnych zabiegów czuję się dobrze we własnych włosach. 
Podobno jest to produkt uniwersalny i nadaje się także do mycia ciała, więc na pewno sprawdzi się na jakichś wakacyjnych wyjazdach.  Ja jednak skupiłam się tylko na głowie, bo jeśli już znajduję naprawdę fajny szampon to po prostu chcę go wykorzystać do granic możliwości na włosach. Jest to produkt zalecany do pielęgnacji posłonecznej, ale ja takie zapewnienia zawsze traktuję z przymrużeniem oka. Rzeczywiście jego odświeżający aromat i wielofunkcyjność sprawdzą się latem, szczególnie podczas urlopu, ale w czasie chłodniejszej części roku też na pewno da radę.
Cena: 49,90 zł/ 250 ml

DAVINES – SU HAIR MASK/MASKA OCHRONNA PO SŁOŃCU

Przeciwstarzeniowa maska po słońcu z linii SU polecana w szczególności do włosów wystawionych na działanie słońca, chloru i soli. Produkt ten zapewnia doskonale nawilżenie, odżywienie i blask włosom. Dzięki odpowiednio dobranym składnikom zapewnia włosom kompletną ochronę. Sprawia, że włosy zyskują niesamowitą miękkość. Seria SU posiada kwiatową linię zapachową: rumianek, mimozę, jabłko i nuty drzewne.
Opakowanie maski ma już nieco więcej fantazji, ponieważ jest to miękka tuba w bardzo błyszczącym srebrnym kolorze z białą etykietą i pomarańczową kropką. Produkt wewnątrz jest dość gęsty, ale nie nadmiernie ciężki, posiada biały kolor oraz świeży zapach, który łączy w sobie cytrusy i rumianek. Mi konsystencja bardziej przypomina nieco bardziej treściwą odżywkę, a nie maskę. Po nałożeniu na wilgotne włosy da się od razu wyczuć, że stają się one typowo śliskie i gładkie. Producent zaleca stosować maskę przez 5-15 minut i po tym czasie należy włosy spłukać obficie wodą. To pierwotne wrażenie włosów gładkich i pokrytych warstwą składników zawartych w masce częściowo znika i pasma są rzeczywiście miłe w dotyku, ale nie przesadnie pokryte pozostałościami, które mogą obciążyć. Włosy po wysuszeniu są miękkie, gładkie i we właściwej kondycji. Ja zawsze mam z maskami taki problem, że albo nadmiernie obciążają włosy, które są oklapnięte i smętne albo nie działają w żaden sposób i pasma są suche i szorstkie. Tutaj w moim odczuciu zachowana jest prawidłowa równowaga, bo włosy w dotyku są miękkie, prawidłowo dociążone, zdecydowanie łatwiej się rozczesują, ale też nie mam wrażenia, że produkt spowoduje ich przedwczesne przetłuszczanie. Zresztą wszelkiego rodzaju maski i odżywki stosuję na włosy od połowy długości, czyli na partię, która u mnie wymaga raczej wzmożonej pielęgnacji, a nie częstego oczyszczania. Według producenta to również jest produkt do posłonecznej pielęgnacji i przyznam szczerze, że taką maskę z chęcią zabrałabym na wakacje, ponieważ zapach idealnie pasuje do gorącego klimatu, a działanie do braku czasu, kiedy czeka się na szybki efekt i nie chce się tracić czasu na żmudną lub problematyczną pielęgnację. Szkoda życia, a tym bardziej wakacji na nieudane lub kłopotliwe kosmetyki!
Cena: 86 zł/150 ml 

PODSUMOWANIE DZIAŁANIA KOSMETYKÓW Z LINII SU

Bez zbędnych uprzejmości muszę po prostu stwierdzić, że te kosmetyki idealnie dopasowały się do moich problematycznych włosów. Szampon  świetnie je oczyścił, a przy tym nie obciążył i sprawił, że włosy były puszyste, sypkie i miękkie. Z kolei maska poprzez swoją lekkość bardziej przypomina mi odżywkę. Po jej użyciu włosy są również lekkie, prawidłowo dociążone, a co najważniejsze podatne na bezstresowe rozczesywanie. Nie bardzo przejęłam się faktem, że jest to typowo letnia linia, bo mimo że nie używałam jej na urlopie, to w pełni spełniła moje oczekiwania, Teraz z przyjemnością poznam też inne warianty produktów tej marki. Dla równowagi wypadałoby też napisać coś co zabrzmi trochę mniej jak hymn pochwalny, więc dodam, że trochę słabiej jest z dostępnością i trzeba ich szukać w sklepach internetowych, hurtowaniach lub salonach fryzjerskich. Ja swoje dostałam od przyjaciółki, która od zawsze zaopatruje mnie w kosmetyki, o których istnieniu nawet nie wiedziałam. Kwestie dostępności to jednak już tylko mało znaczący aspekt i w porównaniu do działania staje się prawie nieistotny. Tym razem mam ochotę na zdecydowanie więcej!

Lubicie kosmetyki typowo fryzjerskie? Jaki macie stosunek do produktów, które przeznaczone są do pielęgnacji związanej z daną porą roku

Davines Su - szampon i maska do włosów narażonych na działanie słońca.

piątek, sierpnia 19, 2016

5 w piątki, tak zwie się mój cotygodniowy cykl i dzisiejszy temat dotyczył będzie rękodzieła. Może to słowo niekoniecznie tutaj pasuje, ale nie mam pojęcia jak można inaczej przetłumaczyć wyrażenie handmade, aby pasowało do sytuacji, w której robię coś z niczego, ale wcale nie wspinam się na wyżyny produktywności. W sumie lepiej nazwę to moimi rękoczynami, bo jak inaczej określić kilkukrotne oparzenie palca pistoletem do kleju na gorąco? W takich chwilach ciesze się, że to tylko zabawka, a nie prawdziwa broń palna, bo byłoby na prawdę gorąco! 
Dzisiaj postanowiłam zająć się tematem podstawek pod kubek, których mam w domu dość sporą ilość, ale przecież zawsze znajdzie się miejsce na kolejne. Wcale nie jestem nadgorliwą panią domu, która nie toleruje żadnej plamki i ryski na swoim stole, a po prostu lubię fajne gadżety, do których nie przywiązuję się zbyt mocno. Wolę nacieszyć się chwilę czymś takim prostym i czasem niedopracowanym niż kupić coś dużo bardziej trwałego i znudzić się tym po kilku użyciach. Moje dzisiejsze pomysły postanowiłam uszeregować od tych banalnie prostych, poprzez te bardziej angażujące, a kończąc na czymś wymagającym nieco więcej pracy, zaangażowania i wysiłku. Zróbcie sobie teraz herbatę lub kawę, rozsiądźcie się wygodnie w fotelu i jeśli z przerażeniem zaobserwujecie, że nie macie fajnych podstawek pod kubek, to już przychodzę z pomocą i pomysłem!

1. PODKŁADKI KORKOWE POMALOWANE FARBĄ.

Tak jak wspominałam na pierwszy ogień idzie najłatwiejszy i najbardziej banalny pomysł. Bazą są tutaj korkowe podkładki, które można dostać w wielu sklepach za niewielkie pieniądze (moje są akurat z Pepco). Takie geometryczne wzory uzyskałam poprzez naklejenie szerokiej taśmy, a następnie pomalowanie miejsc, na które nie nachodziła folia. To świetny pomysł, ponieważ można tutaj zaszaleć z szerokością taśmy oraz jej ułożeniem, a przez to kształtami, które ukażą nam się po pomalowaniu. To zdecydowanie fajny patent na dopasowanie podstawek do wystroju mieszkania, bo można namalować pasy, kratkę, koła lub inne wzory. Użyłam do tego zwykłej białej farby o dość rzadkiej konsystencji, ale jak widać ten sposób jest bardzo precyzyjny i nie ma tu mowy o jakiś krzywych liniach lub niedociągnięciach. Od razu przyznaję się, że nie jest to wytwór mojej wyobraźni, a inspirację znalazłam szukając jakichś ciekawych pomysłów w sieci. Na tej stronie możecie zainspirować się innymi wzorami i kolorami!

2. PODKŁADKI POD KUBEK OZDOBIONE SZNURKIEM.

Do tego materiału mam niewątpliwie słabość i bardzo często go używam w wielu odstresowujących realizacjach DIY. Do niektórych tego typu wyczynów linki podaję niżej.

>>>Jak odnowić i ładnie ozdobić stary kosz? >>>
>>> Jak zrobić dekorację ze świecy i kwiatów? >>>

>>>Jak zrobić lampiony ze słoiczków? >>>

Pomysł ten jest banalnie prosty, ale jego realizacja zajmuje już nieco więcej czasu. Na środku korkowej podkładki (może też być chociażby tekturowe kółko) umieszczam kroplę kleju na gorąco i przytwierdzam do niego początek sznurka, a następnie skręcam go w ślimaka, co jakiś czas dając kolejną porcję kleju, aby wszystko stabilnie się trzymało. To dość żmudna, ale raczej bezproblemowa czynność, której wynikiem jest bardzo łady wzór. Zdecydowanie najlepiej spisuje się tutaj sznurek jutowy, ponieważ jest dość sztywny i przez to wygodniej się go używa. Te bawełniane są bardziej miękkie, więc wymagają trochę więcej precyzji i dokładności. Można je kupić w marketach budowlanych lub w sklepach z akcesoriami do gospodarstwa domowego. Warto tu wspomnieć, że korek + klej na gorąco to związek na śmierć i życie i nie można już ich rozdzielać, ponieważ wtedy rozrywa się cała porowata struktura takiej podkładki. Tutaj trzeba być jak saper i nie mylić się, przymknąć oko na ewentualne niedociągnięcia albo zdecydować się na bazę z kartonu lub innego taniego materiału.

3.PODSTAWKI Z PUDEŁEK PO ZAPAŁKACH.

Po tym jak postanowiłam pokazać tutaj 5 pomysłów, miałam ogromny problem ze znalezieniem ostatniego sposobu. Przyznam się, że dwie próby zakończyły się fiaskiem i kompletnie nie miałam pojęcia co można zrobić łatwo, szybko i w interesujący sposób. Olśnieniem była paczka zapałek z ciekawym motywem. PRL niewątpliwie ma czasem swój urok, więc postanowiłam, że takie przyjemne dla oka obrazki trzeba choć na trochę zatrzymać. Wycięłam więc z paczek po zapałkach prostokąty i jak puzzle ułożyłam je na okrągłych podkładkach, a następnie przykleiłam klejem na gorąco skupiając się na rogach, aby nie odstawały. Ważne jest tutaj, aby wszędzie dawać podobną ilość kleju, aby nie utworzyły się góry i doliny, a nasza kawa nie wylała nam się na stół. Kolejnym krokiem było odwrócenie podkładek i odcięcie ostrym nożykiem fragmentów kartoników, które wystawały poza okręg. Dodam jeszcze, że wycinając obrazki z pudełek należy zrobić to precyzyjnie, aby po przyklejeniu brzegi do siebie ładnie przylegały i nie było widać szpecących szczelin, co nie do końca mi się udało, ale przecież praktyka czyni mistrza i następnym razem będzie już piękniej! Powiem szczerze, że ten pomysł lubię ze wszystkich najbardziej, bo może nie jest bardzo trwały, ale zdecydowanie czuć tu fajny klimat!

4. DREWNIANIE PODKŁADKI POD KUBEK.

Jestem wręcz pewna, że z takim motywem spotkaliście się gdzieś w odmętach instagrama lub innego pintresta. Nie jest to nic innego jak pocięty na plasterki drewniany pieniek, więc realizacja wydaje się banalna. Wystarczy tylko ładna, gruba gałąź, piłka ręczna lub jeszcze lepiej jakiś bardziej zaawansowany rodzaj piły mechanicznej, ale w tej kwestii nie jestem specjalistą, ani nawet hobbystą, więc moja wiedza tu się kończy. Jeśli już ktoś chce wzmocnić swoje mięśnie to proponuję bardziej miękki rodzaj drewna, ręczną piłkę, sporo siły i nieco cierpliwości, a po chwili można wyprodukować sobie taką uroczą dekorację mieszkania. Moje krążki nie są idealne, a nawet powiem szczerze, że nieco im brakuje do perfekcyjnych kształtów, ale i tak jestem z nich dumna! Na pewno nie zamieniłabym ich na te bardziej dopracowane i z jakimś bajerem. Tutaj nawet pozorne defekty w drewnie wyglądają bardzo uroczo i klimatycznie, więc wystarczą chęci do działania, a jeszcze lepiej jakaś męska i silna ręka chętna do pomocy. Ogólnie bardzo przemawia do mnie popularny ostatnio motyw naturalnego drewna we wnętrzach. Stoliki z grubych plastrów, stołki z pieńków i misy z widoczną fakturą drewna zdecydowanie do mnie przemawiają!

5. PODSTAWKI W KSZTAŁCIE EUROPALET.

To najbardziej trudna, wymagająca i czasochłonna realizacja. Na jej temat nie będę rozpisywała się zbyt dużo, bo jakiś czas temu poświęciłam odrębny wpis na rozłożenie tego pomysłu na czynniki pierwsze i instrukcję zamieszczam poniżej. Takie podstawki znalazłam kiedyś w sieci do kupienia, ale byłam pewna, że jeszcze fajniej byłoby je zrobić samemu i móc się nimi pochwalić przed innymi. Faktycznie są czasochłonne, ale zdecydowanie bardzo trwałe i o ile trzy pierwsze realizacje są dość tymczasowe, to ta i poprzednia znacznie dłużej mogą gościć na stole i serwować nam ulubioną popołudniową herbatę lub poranną kawę. W sumie motyw palet jest teraz bardzo popularny i o ile meble z nich tworzone wywołują u mnie dość mieszane odczucia, o tyle takie miniaturki budzą po prostu uśmiech. Nie bez powodu mówi się, że małe jest piękne! 

Jak podobają wam się moje rękoczyny? Który pomysł wydaje się wam się najciekawszy? Może sami możecie pochwalić się czymś podobnym? 

5 pomysłów na niebanalne podkładki pod kubek.

niedziela, sierpnia 14, 2016

Od dzisiaj co jakiś czas będą pojawiały się tutaj artykułu o ciekawych osobach, blogach lub inicjatywach, które warto promować i puszczać dalej w świat, aby jak największa liczba osób mogła się nimi zainspirować. Wydaje mi się, że internet jest ogromnym polem do popisu, a czytelników jest tak wielu, że miejsca w tej wirtualnej rzeczywistości starczy naprawdę dla wszystkich.

Idea skin coachingu oraz warte uwagi miejsce na blogowej mapie.

wtorek, sierpnia 09, 2016

Dzisiaj będzie nieco poważniej niż zawsze, bo tematyka uderza w bardziej dojrzałe spojrzenie na świat. Poza tym moje książkowe wynurzenia spotykają się tutaj na blogu z dużym, ale specyficznym zainteresowaniem, które wiąże się z wieloma odsłonami, a dość ubogim odzewem. Uznajmy po prostu, że tematy książkowe wyduszam jak cytrynę, piszę zbyt dużo, więc biedny czytelnik nie ma już zupełnie nic do dodania. Odłożę jednak na bok anomalie blogowe i wreszcie skupię się na głównym temacie tego wpisu. Jakiś czas temu trafiły do mnie dwie książki autorstwa księdza Jana Kaczkowskiego i od początku czułam do nich pewnego rodzaju dziwny dystans. Nie jestem osobą wybitnie religijną, a tym bardziej nie bywam blisko związana z Kościołem, więc tematyka religijna wydała mi się po prostu mało interesująca. Obawiałam się jakichś smętnych i beznamiętnych regułek, powtarzalnych opinii i patetycznego tonu. Całe szczęście rzeczywistość okazała się zupełnie inna, treść łatwa w odbiorze, czasem bardzo zaskakująca, zabawna, wzruszająca ale też momentami wbijająca cierń w serce i na swój sposób okrutna. Nie mniej jednak uważam, że klika godzin z tymi książkami to zupełnie nie jest czas stracony i teraz z przyjemnością przedstawię trzy powody, dla których warto przeczytać te pozycje, a jeszcze lepiej je kupić!

1. Dwie książki, te same poglądy, ale inna forma przekazu.

* Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka
W inspirującej rozmowie z Piotrem Żyłką ks. Jan zdradza źródła swojej niesamowitej energii i nieskończonych pokładów optymizmu. O swoim życiu i polskim Kościele mówi z odwagą i dystansem osoby, która pokonała własny strach. Wzruszające do łez świadectwo człowieka, który wie, że być może nie zostało mu wiele czasu.
Pisana jest w formie wywiadu, czyli po krótkim pytaniu pojawia się dość długa i rozwinięta wypowiedź. Rozmowa jednak nie jest jakąś pompatycznym dialogiem, a bardziej pogawędką dobrych znajomych prowadzoną gdzieś na ławce w parku lub przy piwie w gorący letni wieczór. Panuje pełen luz, swoboda wypowiedzi, nie ma zadęcia i niepotrzebnych banałów. Ksiądz Kaczkowski opowiada o swojej rodzinie, dzieciństwie, młodości, powołaniu, służbie i walce z chorobą. Bardzo podoba mi się jego dość luzacki sposób bycia oraz wyraziste poglądy, a także wyrozumiałość dla drugiego człowieka. Mnóstwo rzeczy nie podoba mu się w Kościele, krytykuje zachowania swoich kolegów po fachu, ale i parafianom tez się nieźle obrywa. Dzieli się czasem bardzo kompromitującymi faktami, neguje sposób bycia innych kapłanów, wypomina im brak charakteru i wygodnictwo. Nie boi się wyciągnąć ciężkiego działa, nazwać rzeczy po imieniu, powiedzieć o swoich grzechach, pragnieniach i skrytykować wszystko co kłóci się z jego światopoglądem. Czytając niektóre fragmenty zastanawiałam się czy tutaj jakaś granica nie została przekroczona, czy środowisko księży nie będzie oburzone i zniesmaczone, czy nie powstanie jakiś konflikt. Mimo wszystko jestem pewna, że kilka osób za tą książką mogło się poważnie obrazić. Z drugiej jednak strony z pomiędzy tych odważnych słów bije mnóstwo cierpliwości i miłości do drugiego człowieka. Da się zauważyć, że na pytania odpowiada tu osoba z ogromnym powołaniem, która nie widzi rzeczywistości tylko w pozytywnych barwach, ale mimo wszystko naprawdę kocha to co robi w życiu. Wyczuwalny jest bunt, dosadność, ciętość języka, które skontrastowane są ze spokojem, religijnością, opanowaniem. Te dwa oblicza dodają tej osobowości mnóstwo fajnej autentyczności. Pokazują, że nie mamy tu do czynienia z ułożonym, pokornym i wyłącznie zachowawczym księdzem, a z człowiek z krwi i kości, który nie boi się mieć zdania odmiennego od innych. Na pewno poglądy autora nie pokrywają się z moimi, ale ta jego szczerość i prawdziwość sprawiła, że mam do nich po prostu wielki szacunek. Polecam każdemu z całego serca, bo pozycję tą czyta się bardzo szybko i łatwo, niemal jednym tchem. Interesujące poglądy, autentyzm, czasem kontrowersyjność, dużo śmiechu, a jeszcze więcej zadumy i refleksji. Książka z tych, które poszerzają horyzonty i będzie to doskonała propozycja dla wierzących, agnostyków i ateistów, bo przyzwoitość powinna być przecież ponad poglądami. 


*Grunt pod nogami. Jan Kaczkowski
Ksiądz Jan Kaczkowski to nie tylko Życie na pełnej petardzie, ale też setki kazań wygłoszonych w całej Polsce i poza jej granicami. Książka ta to wybór tych, które jego zdaniem najlepiej pokazują najbliższe mu tematy: wierność sumieniu, odwaga, wewnętrzna uczciwość, pokonywanie własnych słabości, budowanie bliskości i autentycznych relacji. Niezależnie od tego, czy były wygłoszone dla tłumów, które przychodziły na jego msze, czy dla pacjentów hospicjum w Pucku i ich rodzin, widzimy w nich księdza Jana, który dzieli się tym, co dla niego najważniejsze.
Zupełnie inna od poprzedniej, a jednak trochę podobna. Ta pozycja zawiera po prostu fragmenty Biblii oraz wygłoszone przez autora kazania. Myślę, że ta zapowiedź może budzić pewnego rodzaju dystans, ponieważ wiele osób zapewne znów spodziewa się patetycznego tonu i zupełnie niezrozumiałej treści pełnej górnolotnych określeń i banałów, które aż skrzypią w uszach. Z jednej strony rzeczywiście jest już nieco poważniej, ale z drugiej ksiądz Kaczkowski zachował w tych wypowiedziach swój bardzo charakterystyczny i zadziorny styl. Czasem jest bardzo poważny i nie ma u niego miejsca na żarty. Innym razem wplata do wypowiedzi jakąś anegdotę lub dodaje komentarz, po którym zapewne wierni z okrągłymi ze zdziwieni oczami oglądali się na siebie nie wiedząc jak mają zareagować. W takich chwilach wyobrażam sobie niedzielną mszę, panów pod krawatem i panie w najlepszych sukienkach, którzy przygotowani są na cotygodniowe kazanie z tych raczej odtwórczych, aż tu pojawia się ksiądz Kaczkowski ze swoich humorem, charakterystycznym stylem i dość luźnym słownictwem. Reakcje zapewne były skrajne, ale nawet sprzeciw jest tu lepszy od smętnego ziewania. Po prostu człowiek nie jest przyzwyczajony, że osoba w sutannie może mówić w sposób czasem tak inny, niesztampowy i kontrowersyjny. Mimo tych niezaprzeczalnych kontrowersji, da się wyczuć, że pewne granice nie zostają przekroczone i szacunek zostaje zachowany. Mimo wszystko tą książkową pozycję polecam osobom trochę bardziej zainteresowanych tematyką wiary. Podsumowaniem niech będzie moje stwierdzenie, że ta książka również jest warta uwagi, ale jednak jej ogólny wydźwięk jest bardziej poważny i skierowany do nieco innego grona czytelników.

2. Kupując te książki, wspierasz hospicjum.

To własnie jest argument, dla którego warto te książki kupić, a nie tylko przeczytać. Autor poświęcił dość dużo miejsca w obu pozycjach, aby opisać cały proces powstawania tego miejsca, a więc dzieli się sukcesami oraz trudnościami związanymi z powstaniem instytucji, o której więcej możecie przeczytać na stronie Puckiego Hospicjum pw. św. Ojca Pio. Przekazuje wspomnienia o osobach tam przebywających oraz ich rodzinach, opisuje codzienne życie tego miejsca, rozprawia o cierpieniu, reakcjach innych ludzi na jego działalność, a tym samym nawiązuje do swojej choroby i stara się zrozumieć jej sens i powód, dla którego go spotkała. Wyczuwa się tutaj ogromny szacunek autora, mnóstwo cierpliwości i prawdziwego współczucia. Jest to dość trudna w odbiorze część obu książek, ponieważ cierpienie i złe obrazy chcemy odsunąć od siebie jak najdalej, zapomnieć o nich i jak najdłużej udawać, że one praktycznie nas nie dotyczą. Jeśli nawet uznamy, że te pozycje nie są dla nas, nie odpowiadają poglądom, a czytanie ich nie sprawia żadnej satysfakcji, to przynajmniej uśmiechniemy się na myśl, że może za naszą sprawą ktoś czuł mniej bólu, miał właściwą opiekę i spotkało go coś miłego w tych ostatnich chwilach życia.


3. Śpieszmy się kochać ludzi... czyli o tym, że autora tych książek nie ma już wśród nas.

Jeśli mój czas choroby własnie dobija do czasu długiego przeżycia , to będę dziękował Niebiosom, jeśli przeżyję rok 2015 w dobrej kondycji. Jeśli zlitowałaby się nade mną Opatrzność i dorzuciła jeszcze pół roku, tak żebym zobaczył wiosnę 2016 roku, to będę megaszczęśliwy.
Bardzo dziwnie czyta się te  słowa z wiedzą, że właśnie od wiosny 2016 Jana Kaczkowskiego nie ma już z nami. Konfrontacja tej wypowiedzi z rzeczywistością zrobiła na mnie ogromne wrażenie, a wam życzę równie mocnych odczuć jeśli te książki trafią w wasze ręce. Jan Kaczkowski sam powtarzał, że człowiek jest tylko biologią i w końcu przecież musi się popsuć. Tym bardziej czytanie o jego chęci przeżycia ostatnich chwil jak najlepiej, chwyta za serce i zdecydowanie daje do myślenia. Wydaje mi się, że nawet nie potrzebne tu jest jakieś podsumowanie, bo czasem po prostu trzeba na chwilę zatrzymać się i zastanowić nad życiem, mimo że to stwierdzenie trąci niezłym banałem. Nie jestem zwolenniczką umartwiania się i egzystowania w permanentnym smutku, ale dla komfortu psychicznego czasem warto skontrastować swoje lekkie życie z nieco cięższym tematem.

Słyszeliście o tych książkach? Jaki macie stosunek do takiej tematyki?

3 powody, dla których warto kupić książki księdza Jana Kaczkowskiego.

czwartek, sierpnia 04, 2016

Inspiracją do sworznia tego wpisu była ostra selekcja moich kosmetyków, którą ostatnio przeprowadziłam bez zbędnych sentymentów. Wszystko zostało skrzętnie ułożone, posegregowane i podpisane, a to wszystko w ramach uporządkowania swojej życiowej przestrzeni. Skoro już każdy produkt znalazł swoje miejsce, to w mojej głowie powstał pomysł napisania o produktach, które można użytkować na wiele sposobów lub z innego powodu są wręcz idealne na wszelkiego rodzaju krótsze i dłuższe wyjazdy. Zawsze do walizki pakuję zbyt wiele kosmetyków i zamiast zachować umiar i minimalizm, wkładam tam rzeczy, których zupełnie nie potrzebuję. Cały arsenał środków myjących, kilka flakoników perfum na każdy dzień tygodnia oraz balsamy i kremy, które i tak nie zostaną nawet wyjęte z walizki. Wakacje są zbyt krótkie, aby spędzić je na tak nieistotnych czynnościach, więc w tym roku mam mocne postanowienie, aby wreszcie spakować się racjonalnie, przemyślanie i z kosmetykami, które zajmą jak najmniej miejsca i będą służyły na wiele sposobów. Te, które opisuję poniżej absolutnie spełniają wyżej przedstawione oczekiwania, więc chętnie podzielę się z wami moimi pięcioma typami!

Glov Comfort - Rękawica do zmywania makijażu

GLOV Comfort to produkt, który po prostu ułatwi Ci życie – dzięki systemowi czterech rogów z większą precyzją dociera do kącików oczu, szyi i dekoltu. Szczególnie polecany jest kobietom, które nakładają mocniejszy makijaż. Idealny do zmywania masek kosmetycznych.
Tego produktu chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. To rodzaj ściereczki, która zmywa makijaż bez użycia jakichkolwiek środków myjących, więc możemy zrezygnować z pakowania do walizki płynów micelarnych, mleczek, żeli i płatków kosmetycznych. Poza tym jest lekka, zajmuje mało miejsca, a do wyprania potrzebuje tylko zwykłego mydełka i o tym napiszę w następnym punkcie. Nie używam tej rękawicy codziennie, ale zawsze biorę ją ze sobą do walizki, bo jest świetnym przykładem jak można zminimalizować ilość kosmetyków. Poza tym użycie jej gwarantuje subtelny peeling, więc na krótsze wakacje możemy też zrezygnować z produktów złuszczających. Jeśli ktoś miałby wątpliwości czy ten produkt działa, to z pełnym przekonaniem napiszę, że tak. Mokra ściereczka zmywa podkład, tusz do rzęs, cienie do powiek i robi to dokładnie i delikatnie. Jedynie czasem obserwuję, że nie do końca radzi sobie z usunięciem połyskujących drobinek z cieni do powiek, a szkoda gdyż bardzo lubię błysk na oku. Ogólnie jednak jako towarzyszka wszelkiego rodzaju wyjazdów spisuje się doskonale!
Cena: 49, 90 zł

Yves Rocher - Zmysłowe mydło peelingujące Kokos

Kokosowe mydło peelingujące zapewni kąpiel po której poczujesz się zmysłowo i uwodzicielsko. Naturalne drobinki peelingujące pozostawiają skórę gładką i przyjemną w dotyku.
Dlaczego ten produkt jest wielozadaniowy? Po pierwsze taka kostka może służyć jako zwykłe mydełko do mycia rąk lub do kąpieli jeśli najpierw nałożymy je na dłonie, a potem na resztę ciała. Poza tym w taki sam sposób aplikowane jest idealne do umycia rękawicy Glov opisywanej wyżej, więc mamy kolejny problem z głowy. Trzecim aspektem jest fakt, że posiada dużo drobinek peeligujących, więc jeśli będziemy stosowali ten produkt poprzez pocieranie kostką o skórę, to zafundujemy sobie skuteczne złuszczanie, więc nie potrzebujemy kolejnej buteleczki w walizce. Ostatnim argumentem niech będzie fakt, że taka kostka jest niewielkich rozmiarów i nawet jeśli uszkodzi się podczas transportu to nie odnotujemy większych strat. W sumie jest to zwykłe mydełko w kostce, któremu trudno przebić się przez te wszystkie żele, pianki i olejki, ale moim zdaniem jego siła drzemie tutaj w tej prostocie wizualnej i wielozadaniowości funkcyjnej. Może nie jest to produkt, który na co dzień wywołuje u mnie jakąś dozę ekscytacji, bo przyznam się do częstego wyboru produktów kuszących pomysłowym designem lub niezwykłym pomysłem, ale na wakacje na pewno pojedzie ze mną.
Cena: 18, 90 zł

Uriage - Woda termalna

Woda termalna pochodząca z alpejskich źrodeł, bogata w oligoelementy i sole mineralne (11 000mg/l), izotoniczna, o naturalnym pH. Przebadana klinicznie, nie zawiera konserwantów i substancji zapachowych.
Na temat mojej sympatii do wszelkiego rodzaju wód termalnych pisałam już nie raz i nadal uważam, że jest to produkt bardzo wielofunkcyjny, który powinien znaleźć się w każdej kosmetyczce i nie tylko z okazji urlopu. Sprawdzi się również na co dzień i szkoda nie spróbować skorzystać z dobroci pozornie zwykłej wody w aerozolu. Po spryskaniu twarzy, a następnie delikatnym osuszeniu jej chusteczką produkt ten zachowuje się jak tonik, który przywraca skórze odpowiednie pH i pozostawia po sobie szereg cennych minerałów, których niestety często w klasycznych kosmetykach jest jak na lekarstwo. Sprawdzi się do nakładania produktów mineralnych na mokro, scalenia lub delikatnego odświeżenia makijażu. Przyda się także do subtelnego ochłodzenia ciała oraz spisze się w kwestii łagodzenia wszelkiego rodzaju podrażnień skóry, o które na wakacjach przecież nie trudno. Najlepsza będzie taka w wersji miniaturowej, ponieważ zajmie jak najmniej miejsca, ale nie ma co się obawiać, ponieważ wbrew pozorom jest to kosmetyk bardzo wydajny, więc również zapisuję go na listę produktów, których nie może zabraknąć w moim bagażu.
Cena: 9,90 zł (wersja miniaturowa 50 ml)


Sephora - Chusteczki ze zmywaczem do paznokci

Chusteczki zmywające lakier do paznokci w 1 minutę. Łatwo usuwają każdy rodzaj lakieru, nawet najciemniejszy. Ultra praktyczny mini format, aby mieć je zawsze przy sobie!
Ten produkt zakwalifikowałabym raczej do kosmetyków sprytnych, a nie wielozadaniowych, ponieważ służy wyłącznie do jednej czynności, ale jego małe wymiary są godne uwagi, kiedy nie możemy domknąć walizki i coś trzeba z niej wyrzucić. Oczywiście najlepszym rozwiązaniem na wakacje są niezawodne hybrydy, ale jeśli ktoś nie chce, nie lubi lub nie może ich nałożyć to na pewno szuka jakiegoś pomysłu, aby zabrać ze sobą jak najmniej tych wszystkich akcesoriów. Czasem przecież od żmudnych zabiegów kosmetycznych ważniejszy jest relaks i łapanie pięknych chwil, które szczególnie na wakacjach uciekają zbyt szybko. W kartonowym pudełeczku mamy 20 malutkich saszetek, w których znajduje się chusteczka mocno nasączona zmywaczem do paznokci. Taki kawałek materiału spokojnie wystarczy aby usunąć lakier z dwóch dłoni, więc w razie zapotrzebowania możemy zabrać ze sobą kilka takich listków, które praktycznie wcale nie zajmą miejsca w kosmetyczce i są grubości kilku kartek papieru.  Może nie jest to produkt idealny do codziennego użytku dla osób często zmieniających kolor na paznokciach, ale jako gadżet do walizki jest moim zdaniem produktem bombowym i nie mogę znaleźć w nim żadnej wady! 
Cena: 19 zł

Biolove - Olej kokosowy nierafinowany

Nawilża i sprzyja promiennemu wyglądowi skóry. Łagodzi objawy związane z łuszczycą, zapaleniem skóry i egzemą. Przed aplikacją należy rozgrzać w dłoniach. Można stosować bezpośrednio na skórę twarzy i ciała.
Oczywiście tutaj można wspomnieć o każdym innym olejku, ale akurat ten jest stosunkowo tani, więc nie będzie szkoda użyć go na wiele różnych, czasem eksperymentalnych sposobów. Po pierwsze może służyć jako zwykły olej do pielęgnacji ciała, który po całym dniu ukoi zmęczoną skórę i otoczy nas cudownym soczystym aromatem kokosa. Po drugie sprawdzi się też w awaryjnych sytuacjach do zmycia makijażu, złagodzenia nieprzyjemnych podrażnień lub użycia przed depilacją. Jeśli nasza cera i włosy go lubią, to może służyć jako kompres odbudowujący stosowany na głowę lub serum do twarzy. Jeśli jednak kokos nie do końca nam odpowiada to na pewno spisze się przynajmniej do zabezpieczenie końcówek lub ujarzmienia niesfornych włosów. Mam bardzo puszące pasma i malutka kropelka olejku potrafi u mnie naprawdę zdziałać cuda i nieco doprowadzić ten bałagan do prządku. Poza tym wieczorem można nałożyć go też na opalone nogi i dzięki temu uzyskać świetny, wyszczuplający połysk na skórze. Ja uwielbiam taki efekt i chociaż olej na skórze nie zawsze jest dla mnie przyjemnym doświadczeniem, to nałożony w taki własnie sposób sprawdza się doskonale. Jest to bardzo uniwersalny i niezawodny produkt, który w zupełności zastąpi kilka zbędnych kosmetyków, więc też robię dla niego miejsce w mojej torbie podróżnej.  
Cena: 19, 99 zł




Jak podobają się wam moje typy? Może dodacie coś wielozadaniowego lub wyjątkowo ciekawego do tej listy?

5 wielofunkcyjnych i sprytnych kosmetyków idealnych na wakacyjne wyjazdy.

sobota, lipca 30, 2016

Wczoraj dotarł do mnie pachnący świeżością Sephora Box, a już dzisiaj rozgościł się na blogu prezentując swoją niebanalną zawartość. Z kwestii bardziej technicznych to muszę wspomnieć, że to pudełko pojawia się nieregularnie raz na parę miesięcy i można je bezpłatnie zamówić do zakupów powyżej 200 zł. Sprawa nie jest jednak taka prosta jak się wydaje, ponieważ jest to box bardzo limitowany i dosłownie w kilkadziesiąt minut potrafi się wyprzedać. Najlepszym rozwiązaniem jest śledzenie strony internetowej i zapisanie się do newslettera, bo to właśnie stamtąd najłatwiej uzyskać informację o nowej edycji. Jest to dość kłopotliwe, ponieważ zwykle wiadomość taka pojawia się tuż przed możliwością zamówienia pudełka, więc trzeba mieć szczęście, trochę refleksu i z góry zaplanowane zakupy, aby nie spędzić kilku godzin na przeglądaniu oferty, a następnie rozczarować się zakończoną promocją. Lubię to pudełko, ponieważ zwykle trafiają do niego produkty wysoko półkowe, na które nie zawsze mogłabym sobie pozwolić. Najbardziej cieszą mnie słodkie miniaturki perfum, które kolekcjonuję oraz kosmetyki kolorowe. Produkty pielęgnacyjne traktuję już z większą rezerwą i mniejszą radością, ponieważ najczęściej służą mi na jakichś wyjazdach, kiedy nie chcę brać ze sobą całej masy ogromnych kosmetyków. Takie pudełko jako dodatek do zakupów spisuje się doskonale, ale jeśli byłby to oddzielny  pakiet do kupienia, to chyba nie miałabym w sobie aż tyle entuzjazmu, bo w sumie to zaledwie miniaturki. Mimo wszystko wolę takie rozwiązanie niż najbardziej popularne teraz pudełka z kosmetykami, których zawartość najczęściej jest bardzo przeciętna, wtórna, nijaka i mam wrażenie, że sprzyja tylko gromadzeniu kosmetyków, a nie ich racjonalnemu używaniu. Oczywiście każdy ma wybór, ale mnie nadmiar przedmiotów wokół bardzo przytłacza i wywołuje jakiś dziwny rodzaj nerwowości, że nie panuje nad tymi moimi zabawkami. W takim razie teraz zachęcam do przeglądu kosmetyków, które znalazły się wewnątrz.

>>> Sephora Box - edycja lipiec 2015 >>>

Kosmetyki kolorowe

Too Faced - Bronzer Chocolate Soleil 2,5 g
Burberry - Pmadka Lip Velved Military Red 0,8 g 
Sephora - Tusz do rzęs The Maskara 2 ml
Make Up For Ever - Kredka do oczu Aqua XL Noir Mat 0,5 g

Następnym razem poprosiłabym o więcej takich produktów, ponieważ mimo wszystko kolorowe miniaturki, można całkiem dobrze przetestować w wielu warunkach i ostatecznie wydać jakąś wiążącą opinię. Nie służą jedynie do sprawdzenia reakcji cery na daną kompozycję składników, a mogą sprawdzić się przy wielu makijażach. Inaczej kwestia ta ma się do kosmetyków pielęgnacyjnych, bo tak naprawdę taka wielkość w głównej mierze służy sprawdzeniu czy pojawią się ewentualne alergie i jak dany kosmetyk wpłynie na ciało po kilkukrotnym zastosowaniu. Miałam już kilka podobnych maluchów i chociażby pomadka takich wymiarów jest w moim odczuciu dobrym rozwiązaniem, ponieważ przyznaję się, że rzadko kiedy jestem w stanie zużyć całą klasyczną szminkę do końca. Poza tym tutaj totalnie czerwony kolor o nazwie Velvet Miliatary Red jest barwą, na którą z własnej woli nie zdecydowałabym się, a tak mogę ćwiczyć pewność siebie wychodząc z taką barwą na ustach między ludzi, a to dopiero jest wyzwanie! Chętnie też sprawdzę bronzer, bo z takimi kosmetykami nie jest mi do końca po drodze i wciąż uczę się być z nimi w dobrej komitywie. Kredka również nie jest mi obojętna, ponieważ będę miała okazję sprawdzić moc marki, która ostatnimi czasy jest na topie. Jedynie do tuszu podchodzę z dystansem, bo tego typu kosmetyki nigdy szczególnie mnie nie podniecały, ale to już chyba zasługa naturalnie dość długich i gęstych rzęs.

Perfumy

Ferragamo - Emozione DolceFiore Woda toaletowa 5 ml + Blasam do ciała 30 ml
Missoni - Missoni Woda perfumowana 5 ml

Zdecydowanie moja ulubiona grupa ze względu na piękne miniaturki perfum, które dosłownie ubóstwiam i namiętnie kolekcjonuję. Przy takim pięknym maleństwie nawet zapach nie jest aż tak bardzo istotny, ale tutaj akurat oba polubiłam, mimo że są tak różne. Ten w kolorach tęczy od razu przywodzi mi na myśl kwiaty, owoce, jest letni, wyrazisty, słodki, aczkolwiek nieco ciężkawy. Dominuje w nim bergamotka, cedr i jaśmin, a gdzieś w oddali czuć cytrusy i subtelny sandałowiec. Odcienie flakonika idealnie oddają jego energię, żywiołowość, moc, zabawę i ciepło.
Zapach dedykowany kobiecie pewnej swojej kobiecości i wiedzącej czego chce; noszącej zapach jak suknię blisko ciała tak aby podkreślał jej energię i wdzięk. Delikatność jaśminu i zmysłowość kwiatowego akordu mahonial®, łączące się z otulającymi nutami drzew i ziaren tonka. Radosne włoskie cytrusy uzupełniają harmonię tego zapachu tak, aby odzwierciedlić różne odcienie kobiecej osobowości.
Z kolei ten w eleganckim flakoniku w odcieniu pudrowego różu zachwycił mnie eleganckim designem, a zapach jest idealnie pasujący do ciepłego ciała i taki...pościelowy. To zdecydowanie szyprowa propozycja, którą dopełnia brzoskwinia, bergamotka, paczula i piżmo. Tutaj również flakon idealnie oddaje jego wnętrze, ponieważ symbolizuje zmysłowość, delikatność, subtelność i kobiecość. To zdecydowanie propozycja dla osób lubujących się w aromatach nienarzucających się i nienachalnych, ale na pewno nie nudnych i banalnych. Kwintesencja kobiecości, na którą warto zwrócić uwagę przy okazji wizyty w perfumerii!
Emozione to kwintesencja prawdziwego luksusu, to harmonia subtelnych odcieni, od bladoróżowej piwonii i brzoskwini aż po złocisto-biały irys i zamsz. Wielowymiarowy zapach emocji sławiący prawdziwy glamour życia. Zmysłowy i jednocześnie komfortowy jak druga skóra, w doskonałej synergii z kobietą, która go nosi.Wysmukły flakon i opakowanie, utrzymane w blado brzoskwiniowej tonacji, są precyzyjnie ozdobione bocznymi paskami o fakturze skóry.

Kosmetyki pielęgnacyjne

Peter Thomas Roth - Żelowa maseczka do twarzy Cucumber Gel Mask 15 ml
* Sephora - Balsam do ciała Instant Moistuizer 15 ml
* Lancome - Serum do twarzy Energie de Vie 5 ml
* Ermenegildo Zegna - Żel po prysznic Uomo 50 ml
Vita Liberata - balsam samoopalający Fabulous Gradual Tan Lotion 50 ml

Do tej grupy kosmetyków mam dość neutralny stosunek, ponieważ z jednej strony z chęcią sprawdzę ogórkową maskę, która rzekomo ekstremalnie nawilża i oczyszcza oraz z przyjemnością nałożę dodające skórze energii serum Lancome. Takie małe pojemności pozwolą przynajmniej pobieżnie zapoznać się z działaniem i ofertą danej marki, ale nie ma tu przecież mowy o jakichś dokładnych testach mogących rzucić światło na stosunek moje skóry do danego kosmetyku. Nie mniej jednak te małe balsamy do ciała i żele są dla mnie raczej niepotrzebnymi kosmetykami i na ich miejsce wolałabym coś z pierwszej lub drugiej grupy opisywanej wyżej. Przydadzą się na urlopie, ale ich obecność tutaj, z mojej perspektywy zupełnie nie jest niczym wartym specjalnej uwagi. Z kolei samoopalacz to również nie moja bajka, bo nie potrafię używać takich produktów. Z jednej strony nie boję się plam i zacieków, bo marka Vita Liberata zbiera raczej pozytywne opinie, ale nie do końca rozumiem sens używania takich produktów. Jestem blada i opalone nogi lub ręce skontrastowane z jasną cerą wyglądają chyba nieco komicznie. Podsumowując jest to grupa kosmetyków, w której zdecydowanie zarządziłabym swoje porządki!

Moja opinia o Sephora Box 

Koniec jednak tych zachwytów i narzekań i pora ostatecznie zebrać wszystkie plusy i minusy w całość. Patrząc trzeźwym okiem na zawartość boxa, jestem skłonna stwierdzić, że większa część kosmetyków w nim zawartych po prostu mnie ucieszyła i to jest w tym momencie najważniejsze. Oceniam je wyłącznie jako miły gratis do zakupów, więc suma summarum mój stosunek jest pozytywny i nie tak bardzo emocjonalny. Oczywiście inaczej patrzyłabym na nie gdyby były przeze mnie kupione, bo wtedy perspektywa nieco się zmienia i wszystko przelicza się w zupełnie inny sposób. Jak już wspominałam prym wiodą kosmetyki kolorowe i perfumy, a produkty do pielęgnacji chętnie na sobie sprawdzę, aczkolwiek nie będę specjalnie się nad nimi rozpływała. Teraz wszystko otwieram, oglądam, czytam opisy i wyglądam trochę jak małe dziecko, które dostało nową zabawkę i nie widzi poza nią świata, nie odczuwa głodu i nie dostrzega, że już pora spać. Każdy ma przecież jakiegoś bzika i mój na szczęście negatywnie działa tylko na portfel, a i tak staram się nieco trzymać go w ryzach, więc jest nadzieja i postęp, a to zawsze coś.

Słyszeliście już o Sephora Box?
Jak podoba wam się zawartość najnowszej edycji?

Follow my blog with Bloglovin

Sephora Box Lipiec 2016 Beauty To Go - co znalazło się w najnowszym pudełku?