wtorek, stycznia 17, 2017

Nie mam cery pięknej jak z obrazka i przez wiele lat towarzyszyły mi różnego rodzaju formy trądziku, więc zdążyłam już przebrnąć przez niezliczone ilości wszelkiego rodzaju specyfików do pielęgnacji problematycznej cery. Były to produkty drogeryjne, apteczne lub własnoręcznie tworzone, takie obchodząc się z moją skórę łagodnie, ale i potrafiące przysporzyć mi nie lada problemów. Moja cera nadal nie wygląda tak jakbym chciała, ale wychodzę z założenia, że pewne rzeczy zależą od czynników genetycznych, a nie stosowanych kosmetyków lub rodzaju pielęgnacji. Jeśli miałabym spośród tych ogromnych ilości produktów wybrać coś zasługującego na uwagę to byłaby to linia Effaclar od La Roche-Posay, która od samego początku zdobyła moje zaufanie i po kilkunastu latach nadal znajduje się w mojej kosmetyczce i nie zanosi się, aby jakiekolwiek inne kosmetyk zdeklasowały te produkty. Dzisiaj z wielką przyjemnością przestawię wam trzy produkty z linii Effaclar, spośród których dwa są stałymi punktami w mojej codziennej pielęgnacji, a jeden nie do końca sprawdził się na mojej cerze. Z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że naprawdę warto poznać te kosmetyki, ponieważ istnieje ogromna szansa, że poprawią jakość waszej skóry i zredukują ilość różnego rodzaju zmian, które często pojawiają się na cerach tłustych, mieszanych, problematycznych oraz trądzikowych.


LINIA EFFACLAR LA ROCHE-POSAY

Należą do niej produkty profesjonalne dostosowane do każdego rodzaju skóry trądzikowej. Są to kosmetyki dermatologiczne, dostępne w aptekach lub u lekarzy i w taki też sposób trafiły do mnie, ponieważ poleciła mi je moja kosmetolog. Do tej pory sprawdziłam trzy kremy, o których napiszę dzisiaj, żel o mycia, który bardzo lubię ze względu na dokładne mycie i usuwanie wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń oraz działanie dopełniające kurację innymi kosmetykami z tej linii oraz płyn micelarny, który spełnił swoje działanie, ale nigdy też nie stał się moim ulubieńcem i zawsze traktowałam go dość neutralnie. Poza tym w asortymencie marki jest też tonik zwężający pory, punktowy preparat na zapalne zmiany oraz krem nawilżający przeciw błyszczeniu skóry i kojący krem nawilżający do skóry tłustej i te dwa ostatnie kosmetyki w tym momencie najbardziej mnie interesują i zapewne niedługo któryś z nich do mnie trafi. 

EFFACLAR DUO (+)

Krem ten poznałam ponad dziesięć lat temu i od razu wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Po pierwsze ma delikatny zapach, a po drugie jego konsystencja jest wręcz wymarzona. Po tego typu kosmetyki najczęściej sięgają osoby posiadające skórę wytwarzającą duże ilości sebum, więc wszelkiego rodzaju tłuste formuły i lepkie warstwy są moim zdaniem pomyłką. Ja sama czasem czytam gdzieś, że dany produkt szybko i dokładnie się wchłania, ale na mojej cerze tak się nie dzieje i krem tworzy ciężką warstwę. Z kolei ten produkt posiada bardzo lekką i delikatną strukturę, która wchłania się u mnie do zera w ciągu kilku minut, więc jest to dla mnie strzał w dziesiątkę! Skóra trądzikowa często bywa podrażniona i nadwyrężona, a ten krem działa jak balsam łagodzący, uspokaja cerę, zmniejsza zmiany i sprawia, że skóra od razu wygląda lepiej. Oczywiście nie jest to żaden cudowny kosmetyk i na widoczne zmiany trzeba trochę poczekać. 

  • Po pierwszym zastosowaniu zdecydowanie widać, że skóra wygląda lepiej, staje się matowa, nie jest obciążona i podrażniona. Czuję, że ten krem ją odświeża i po prostu sprawia, że wizualnie prezentuje się ona lepiej. Nigdy też nie zaobserwowałam żadnego ściągnięcia, przesuszenia lub zaczerwienienia. 
  • Po paru użyciach widoczna jest redukcja widoczności porów, które są chyba moim największym problemem, a po zastosowaniu tego kosmetyku zmniejszyły się o połowę, co jest dla mnie ogromnym sukcesem. 
  • Po kilku tygodniach zauważyłam pozytywną zmianę ilości wszelkiego rodzaju zmian trądzikowych i wyprysków. Oczywiście pojawiały się jakieś punkty zapalne, ale były mniejsze i goiły się szybciej. Cera się widocznie wygładziła i nadal nie jest jak z okładki, ale  mojego punktu widzenia różnica jest znaczna.
Krem ten stosowałam kiedyś na dzień, ale teraz znalazłam dla niego świetne zastępstwo i aktualnie aplikuję go wyłącznie na noc. Jedyną jego wadą może być fakt, że osoby potrzebujące nieco więcej nawilżenia mogą być lekko rozczarowane, ale w porównaniu z ogromną ilością pozytywnych aspektów ten minus nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Za złuszczanie odpowiada w nim LHA oraz kwas salicylowy, matowienie zapewnia z kolei cynk oraz krzemionka. Z kolei właściwości przeciwzapalne zapewnia tutaj witamina B3. Warto też wspomnieć, że produkty tej marki tworzone są na bazie wody termalnej, która koi, odpręża i łagodzi wszelkiego rodzaju podrażnienia. Producent zapewnia też o redukowaniu przebarwień, za które ma być odpowiedzialny procerad i to właśnie on zapewnił ten (+) w nazwie. Nie mniej tą właściwość określiłabym jako takie uzupełniające działanie, ponieważ nie jest to kosmetyk, którego główną rolą będzie redukcja blizn, a jedynie ochrona przed ich powstawaniem. Podsumowując jest to moim zdaniem kosmetyk, który powinna sprawdzić każda osoba z cerą trądzikową, bo bije na głowę tego typu produkty innych marek dostępne w drogeriach lub aptekach.

EFFACLAR  K (+)

Od opisywanego przeze mnie poprzednika wyróżnia go na pierwszy rzut oka aluminiowa tubka, która jest ciekawym rozwiązaniem z tego względu, że do kremu nie dociera powietrze. 
Stał się moim ulubionym kremem na dzień, ponieważ:


  • Jest przyjemnie lekki i wchłania się jeszcze szybciej niż Effaclar Duo (+), bo w zaledwie kilka sekund dzięki czemu od razu po aplikacji można bez obaw nałożyć na niego makijaż.
  • Pozostawia skórę zupełnie matową. Ważną jego rolą jest redukowanie ilości sebum, ale tutaj sprawa nie jest do końca prosta. Z jednej strony rzeczywiście daje skórze piękny mat, ale z drugiej nie zgodzę się, że utrzymuje się on przez 8 godzin. Nie jest o dla mnie czynnik dyskwalifikujący, bo jeszcze żaden kosmetyk nie działał u mnie aż tak bardzo rewolucyjnie.
  • Jest kremem do cery problematycznej, więc w ciągu dnia dba o zdrowy wygląd mojej twarzy, a nie tylko upiększa ją wizualnie. 
Jeśli przyjrzymy się nieco bardziej składowi to od razu nasuną się nam wnioski, że kosmetyk ten będzie działał nieco inaczej niż Duo i trochę wolniej, ponieważ nie zawiera chociażby niacynamidu, a i inne składniki aktywne znajdują się nieco dalej w składzie. Tak jak Duo zawiera LHA kwas salicylowy oraz krzemionkę, która jest tutaj w innowacyjnej formule. Z drugiej strony sam producent na pierwszym miejscu stawia tutaj zapewnienia o matowieniu skóry, a nie redukcji zmian trądzikowych, więc osoby z większymi problemami powinny raczej zdecydować się na Effaclar Duo (+). Warto też wspomnieć, że kosmetyk ten zawiera delikatną formę retinolu, który działa na skórę przeciwzmarszczkowo, więc również kobiety bardziej dojrzałe, a nadal mające problemy z trądzikową skóra mogą być usatysfakcjonowane.  Został też udoskonalony poprzez dodanie do nazwy (+), a do jego składu antyoksydantów w postaci witaminy E i karnozyny, które mają wpływać na zredukowanie kolejnych procesów powodujących ostatecznie nadprodukcję sebum i powstawanie zaskórników. Aktualnie nie wyobrażam sobie, abym mogła rano nałożyć pod makijaż jakiś inny typ produktu, ale i Effaclar Duo też spełniła się w tej roli i nie trzeba od razu kupować tych dwóch  w sumie podobnych do siebie kosmetyków.

EFFACLAR DUO (+) UNIFIANT

Miał to być mój sposób na lepszy wygląd cery, ale jednak moja skóra zupełnie nie potrafiła się zgrać z tym kosmetykiem, a szkoda, bo makijaż oraz pielęgnacja w jednym to świetne zestawienie. Pod względem składu miał być to Effaclar Duo będący dodatkowo kremem koloryzującym, który wyrówna odcień skóry, subtelnienie zamaskuje delikatne zmiany, ale zdecydowanie nie ukryje tych większych i bardziej widocznych. To raczej propozycja dla osób, które nie potrzebują mocnego krycia i lubią taką subtelną warstwę na skórze. Posiada ten sam świeży zapach co pozostałe produkty z linii, jest także lekki i łatwo nakłada się na go skórę. Jednak nie uznałabym, że jest to barwna wersja Effaclar Duo, ponieważ rożni się od niego pod pewnymi bardzo istotnymi dla mnie względami. Tym razem najbardziej ważny nie jest jego skład, a kwestie które można ocenić gołym okiem. 
Podczas używania zauważyłam dwa istotne problemy:

  • Tłuste wykończenie. Niestety, ale dwa poprzednie kremy wchłaniały się u mnie do zera, a ten pozostawia na skórze tłusty woal, który jest dla mnie nie do przyjęcia, bo w połączeniu z mieszaną skórą powstaje z tego po kilku godzinach niesamowicie błyszcząca tafla, która z pewnością nie upiększa mojej twarzy. Oczywiście można tutaj użyć pudru matującego, ale najczęściej tego typu mieszanki są ciężkie, a połysk na cerze pojawia się dosyć szybko. Ogólnie rzecz biorąc krem ten na twarzy wygląda bardzo ładnie, ale to raczej propozycja dla osób z cerą suchą lub normalną i ja po prostu nie czuję się dobrze po nałożeniu go na twarz. 
  • Tylko dwa odcienie do wyboru. Najprawdopodobniej miały dostosowywać się do barwy skóry, ale o też nie o końca się udało. Posiadam odcień light, który latem był dla mnie idealny, ale teraz już nie mogę go używać, ponieważ jest zbyt ciemny. Co najważniejsze nie mam porcelanowej cery, ani nawet bardzo jasnej, więc ogromna ilość kobiet po prostu nie znajdzie tutaj wariantu dla siebie. Zdecydowanie potrzebny tu jest jeszcze odcień znacznie jaśniejszy, choć blade cery musiałby mieć wersję bledszą o jeszcze kilka tonów. 
Nie ukrywam, że zawiodłam się na tym produkcie, bo miałam nadzieję, że tak genialne kremy jak Effaclar Duo lub K będą miały towarzystwo równie idealnego produktu koloryzującego. Niestety teraz nie używam go wcale ze względu na odcień, a latem najczęściej nakładłam po prostu podczas wolnych dni w domu kiedy chciałam nieco podkoloryzować skórę i nie przeszkadzał mi jej nadmierny połysk. Siłą rzeczy muszę stwierdzić, że to po prostu krem zupełnie niedostosowany do mojego typu cery.

Znacie te kosmetyki? Jeśli zmagacie się lub zmagaliście się z cerą trądzikową to jakie produkty okazały się dla was najlepsze?


Effaclar Duo (+), Effaclar K (+) i Effaclar Duo (+) Unifiant. Który krem marki La Roche-Posay wybrać?

środa, stycznia 11, 2017

Podobno do kobiety trzeba dzwonić trzy razy. Za pierwszym usłyszy sygnał, za drugim znajdzie telefon i dopiero za trzecim odbierze. Myślę, że to problem nie jednej z was, więc dzisiaj postanowiłam pokrótce opisać jak radzę sobie ze względnym utrzymaniem porządku, bo przecież każda nadgorliwość ma swój dobre i złe strony. Głównym wątkiem jednak jest przeciętna zawartość mojej torebki, która być może zmotywuje was do dołączenia czegoś do swoich zbiorów lub do ich zredukowania. Każdy z tych wyborów oczywiście może być słuszny. To od was zależy czy musicie tak jak ja mieć wszystko przy sobie, czy raczej dopiero ograniczona ilość przedmiotów daje wam wreszcie błogie poczucie spokoju. 

JAK UTRZYMUJĘ PORZĄDEK W MOJEJ TOREBCE?

Kluczem do sukcesu jest moim zdaniem: 
  • regularny przegląd rzeczy 
  • prawidłowe ich grupowanie 
W praktyce wygląd to u mnie tak, że raz na jakiś czas wyjmuję wszystkie przedmioty, spoglądam na nie krytycznym okiem i zostawiam jedynie te, które rzeczywiście są mi aktualnie niezbędne. To działanie jest bardzo potrzebne, aby torebka była po prostu lżejsza, a przedmioty znajdujące się w niej naprawdę konieczne, a nie tylko służyły do przerzucania z jednej przegródki do drugiej, utrudniały znalezienie czegokolwiek lub co najgorsze swoim nieuporządkowaniem doprowadzały włascicielkę do wściekłości.

Z kolei prawidłowa segregacja przedmiotów to najlepszy wybór, aby wnętrze torebki było idealnie uporządkowane. Kosmetyki trzymam tylko w zamkniętej kosmetyczce, wszelkiego rodzaju papiery w notesie, a różne gadżety w futerałach w głównej mierze dlatego, aby nie ulegały zniszczeniu.  Drobne lub bardzo delikatne rzeczy zawsze umieszczam w udzielnych kieszonkach lub małych saszetkach. Tego typu organizacja może początkowo wydawać się nieco czasochłonna, ale z czasem mogę stwierdzić, że bardzo skuteczna i naprawdę znacznie przyjemniej zagląda się do torebki, której wnętrze jest tak uporządkowane i można w niej po prostu znaleźć to czego się aktualnie szuka. Czy nie brzmi to choć trochę zachęcająco? Nie każdemu uśmiecha się taka skrupulatność, ale w tej kwestii jest ona naprawdę opłacalna. 

KOSMETYKI, KTÓRE ZAWSZE NOSZĘ PRZY SOBIE

Makijaż
Z reguły nie poprawiam niczego w ciągu dnia, ponieważ dokładnie kolejnych warstw makijażu raczej nie wychodzi mi na dobre. Nie mniej jednak w kosmetyczce noszę krem BB w poduszeczce, który nie jest moim ulubieńcem, ale idealnie nadaje się do poprawek. Posiada gąbeczkę, którą nawet w trudnych warunkach łatwo się posługiwać i przykryć jakieś niepokojące zmiany bez konieczności brudzenia rąk lub zabierania ze sobą pędzli lub gąbek. Z tego też powodu nie nosze pudru, a jedynie bibułki matujące, które usuwają sebum i pozwalają co jakiś czas zredukować błyszczenie cery. Zwykle przy sobie mam również róż do policzków z tego względu, że w puzderku ma lusterko, ale dzięki małemu pędzelkowi mogę nim również od czasu do czasu musnąć kolorem kości policzkowe. Makijażu oczu nigdy nie poprawiam, a jedynie czasem czarna kredka służy mi do zaznaczania linii wodnej oka lub poprawiania kreski na górnej powiece, która w ciągu dnia potrafi niestety migrować. Najważniejszym punktem w mojej kosmetyczne są mimo wszystko pomadki lub błyszczyki. Zawsze mam przy sobie produkt o delikatnym zabarwieniu, aby nałożyć go szybko podczas dnia i bez patrzenia w lusterko oraz taki długotrwale działający, aby zaaplikować go tylko raz i móc działać dalej. Wydaje mi się, że to optymalna ilość kosmetyków do makijażu, które warto mieć przy sobie, a nawet byłabym w stanie nieco zredukować ich ilość,

Perfumy
Zawsze mam przy sobie jak najmniejszy flakonik perfum lub wszelkiego rodzaju miniatury lub próbki, które z pewnością dla większości są problemem, a trzymanie ich w torebce jest idealnym pomysłem na regularne używanie tego typu produktów. To jednak nie jedyny patent na radzenie sobie z nadmierną ilością miniaturowych kosmetyków i jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na temat właściwego korzystania z nich to zapraszam na wpis poniżej.


Pielęgnacja
Najważniejsza w tym podpunkcie jest ochronna pomadka do ust, której nigdy nie może zbraknąć w mojej kosmetyczce. Niestety mam bardzo suche wargi i już kilka minut w chłodniejszej temperaturze może spowodować ich nieprzyjemne spierzchnięcie. Pomadka jest, więc numerem jeden i potrafię ją nakładać nawet kilkanaście razy w ciągu dnia. Kolejnym kosmetykiem jest krem do rąk, który w głównej mierze zastępują wszelkiego rodzaju miniatury rożnych kremów i balsamów, których w rzeczywistości nigdy nie używałabym, a są one wręcz idealne do torebki, ponieważ mają niewielkie rozmiary, a poza tym każdy krem nałożony na dłonie przyniesie im porcję nawilżenia oraz ulgi i nie musi to być przecież jakiś specjalistyczny kosmetyk wyłącznie do dłoni. Mimo wszystko szczególnie podczas niskich temperatur wolę mieć przy sobie również produkt do zadań specjalnych. Do tej grupy należą wszelkiego rodzaju emolienty, które natłuszczają skórę i tworzą na jej powierzchni warstwę zatrzymującą nawilżenie. W tej chwili służy mi bioaktywna emulsja - kompres S.O.S. marki Oillan, która jest niewielkich rozmiarów, wygodnie się ją aplikuje i można nałożyć ją na każdy fragment ciała lub twarzy w sytuacjach kryzysowych. Jej zapach raczej nie zachwyca, ponieważ nie jest to produkt perfumowany, ale tworzy bardzo przyjemną, ochronną i nieklejącą się warstwę na skórze, która wchłania się praktycznie do zera. Ostatni kosmetyk na mojej liście to mini lakier do włosów, ponieważ moja fryzura niestety bardzo szybko zmienia swój kształt i często potrzebuje drobnych poprawek. Do tego najlepiej spisuje się właśnie delikatny lakier, który w akompaniamencie szczotki Tangle Angel dyscyplinuje włosy, nadaje fryzurze odpowiedni kształt, a dzięki swojej delikatności nie obciąża niepotrzebnie włosów, a zapewnia im fajną teksturę.

GADŻETY, KTÓRE ZAWSZE ZNAJDUJĄ SIĘ W MOJEJ TOREBCE

Trochę elektroniki
Nie ukrywam, że tego typu gadżety muszę mieć zawsze przy sobie, więc smartfon, tablet oraz czytnik e-booków mam wciąż pod ręką. Szczególnie ten ostatni zasługuje na nieco więcej uwagi, ponieważ jest narzędziem wielozadaniowy. Oczywiście pozwala na standardowe czytanie oraz naukę języków dzięki przeglądaniu rożnych tekstów, sprawdzaniu słówek za pomocą słownika, zapisywaniu ich oraz czytaniu wszystkiego przez lektora, co niewątpliwie pomaga lepiej poznać język. Oczywiście jedną z największych zalet tego urządzenie są jego wymiary, ponieważ tak drobny sprzęt może pomieścić w sobie mnóstwo książek i wszelkiego rodzaju tekstów. Jeśli chcecie przeczytać o nim nieco więcej to zapraszam was do wpisu, do którego link zamieściłam poniżej. Oczywiście do pełni szczęścia podczas nauki potrzebne mi są też słuchawki, które pozwolą na uważne słuchanie słówek w komunikacji miejskiej oraz relaksowanie się przy dźwiękach ulubionej muzyki oraz powerbank, który już nie jeden raz uratował mnie przed odcięciem od wirtualnego świata.


Planner, notes
Do zapisywania przypadkowych myśli, ważnych wiadomości lub planów, które na początku są tylko luźnymi przemyśleniami, a być może staną się rzeczywistością. Od jakiegoś czasu staram się zawsze mieć przy sobie coś do notowania, bo już nieraz złapałam się na tym, że wpadł mi do głowy fajny pomysł i w ciągu dnia niestety z niej równie szybko wypadł, a szkoda, bo może był warty realizacji. Notowanie to też pewien rodzaj umowy z samym sobą, ponieważ potem mamy dowody na papierze i trudniej nam z czegoś zrezygnować, aby nie musieć się przyznawać do osobistej porażki. 

Podręcznik do nauki języka angielskiego
Przy sobie noszę również podręcznik do wkuwania języka, ponieważ w czasie powtórek chociażby gramatyki lub nowych słówek lubię pisać i bazgrać po tekście, podkreślać fragmenty i coś rysować na marginesie. Jestem typem wzrokowca, więc te wszystkie rysunki pomagają mi w dużo lepszym zapamiętywaniu. Aktualnie uczę się dzięki metodzie SuperMemo i łącze naukę z książki z korzystaniem z aplikacji na smartfonie, w której  w głównej mierze powtarzam słówka, zdania i zwroty dzięki specjalnie stworzonemu algorytmowi, który codziennie przygotowuje mi kolejną porcję materiału do powtórki. Na razie jestem bardzo pozytywnie nastawiona do takiej formy nauki i mam nadzieję, że odniosę sukces. Jeśli jesteście zainteresowani tą metodą nauki to polecam wam zapoznanie się z tym co oferuje podręcznik do nauki języka angielskiego No Problem! Oczywiście ja aktualnie zaglądam do wersji zaawansowanej, ale wy możecie wybrać spośród kursów wielu języków, na zróżnicowanych poziomach i zawierających inne formy nauki jak chociażby filmy interaktywne, kursy multimedialne lub wszelkiego rodzaju fiszki i rozmówki oraz wersje papierowe, PDF lub aplikacje. Moja motywacja jest w tym momencie bardzo duża i mam nadzieję, że nie zmaleje, a ja już za jakiś czas pochwalę się świetnymi efektami! 



Butelka filtrująca
Większość przedmiotów tu opisanych pojawiła się w moim wpisie odnośnie lifestylowych odkryć ostatnich miesięcy i również ta butelka trafiła do tego zacnego grona. Polecam wam tamten artykuł i poniżej podaję do niego link. Tutaj jednak wspomnę, że ten gadżet rzeczywiście zwiększył ilość wypijanej przeze mnie wody, pozwolił na większą kontrolę i realną ocenę stanu rzeczy, bo wcześniej zupełnie nie miałam pojęcia jak dużo tak naprawdę piję. Butelka fajnie wygląda, wygodnie się z niej korzysta i jestem przekonana, że każdy z waszych znajomych zapyta czym jest ta nowość. Smak wody z pewnością w dużej mierze regulowany jest przez filtr znajdujący się wewnątrz, ale trzeba też mieć na uwadze, że będzie zależał od tego jakiej jakości wodę mamy w domu. Butelka zdecydowanie spełniła moje oczekiwania i cieszę się, że trochę przypadkowo, aczkolwiek szczęśliwie trafiła w moje ręce. 

Jak podoba się wam zawartość mojej torebki? Czy coś chętnie zobaczylibyście u siebie, a może raczej wolicie regulować ilość przedmiotów?

Co jest w mojej torebce? + sposoby na utrzymanie w niej porządku

czwartek, stycznia 05, 2017

Jeszcze całkiem niedawno Instagram traktowałam jedynie jako kolejny pożeracz czasu, który nie ma mi do zaoferowania niczego wartościowego. W sumie nadal uważam, że aplikacja ta potrafi w jakiś nadprzyrodzony sposób uszczknąć z mojej doby dobrą godzinę dziennie, ale nie uważam, aby był to tak do końca stracony czas. Oczywiście wypełnia go głównie gapienie się w z pozoru banalne zdjęcia, ale jednak uwielbiam patrzeć na te wszystkie pięknie skomponowane kadry oraz całą tą misternie wykreowaną otoczkę. Kiedy postanowiłam uczestniczyć w tym świecie myślałam, że nic ze mnie nie będzie, bo robienie zdjęcia, które 'żyje' na Instagramie maksymalnie jeden dzień wydawało mi się zwykłą stratą czasu, ale teraz po prostu cieszy mnie zwykłe tworzenie i czasem po zrobieniu dobrego zdjęcia czuję się co najmniej jakbym wygrała konkurs fotograficzny National Geographic, a satysfakcja to chyba jeszcze lepsza nagroda.

Zaraz pojawią się głosy, że to nie jest prawdziwe życie, ale czym tak naprawdę jest ta nasza realna egzystencja? W pracy uśmiechamy się do szefa, w restauracji kulturalnie jemy nożem i widelcem, wśród znajomych jesteśmy elokwentni oraz zabawni, więc czasem nieświadomie coś przed kimś gramy. Czy w takim razie ładne ustawienie kubka do zdjęcia na Instagramie jest aż tak wielką zbrodnią? 

Można narzekać na profile opływające sztucznym luksusem lub wręcz niezdrową chęcią posiadania, można kręcić nosem na narcystyczne selfie i głupie treści, ale można też spośród tego wszystkiego znaleźć dla siebie miejsca pełne niebanalnych kadrów, genialnych inspiracji i to jeszcze stworzone przez osoby, z którymi chcielibyśmy pójść na kawę, a nawet piwo w życiu już bardziej realnym. Czasem naprawdę zachodzę w głowę nad popularnością jakiejś osoby, ponieważ nie mogę u niej znaleźć nic dla mnie wartościowego. Zawsze wtedy odzywa się we mnie duch hejtera, który chce wywołać jakąś niezdrową burzę, ale dwa głębokie oddechy i jestem spokojna, bo przecież każdy ma prawo kochać kogo tylko zapragnie. Innym razem jakiś profil z garstką obserwatorów robi na mnie tak duże wrażenie, że nie potrafię pojąć dlaczego jest tak mało popularny, bo przecież mamy tam do czynienia z czymś pięknym, autentycznym i po prostu fajnym. Oczywiście kluczem do tej zagadki jest estetyka, którą każdy z nas pojmuje nieco inaczej oraz szereg innych marketingowych elementów, które potrafią stworzyć coś z niczego. Dzisiaj postanowiłam polecić wam kilka profili, które nie mają 1500 obserwatorów i mam nadzieję, że, zainspirują was lub po prostu miło spędzicie czas w ich pięknym i oczywiście trochę wykreowanym towarzystwie.

@roseandvanilla

Z Kingą przede wszystkim kojarzy mi się w pełni świadoma pielęgnacja skóry oraz kosmetyki dobrane w bardzo przemyślany sposób. Poza tym uwielbiam jej estetykę, piękne kadry, przyjemne kolory oraz ciepłą i domową atmosferę jaka panuje na jej profilu. Te zdjęcia zdecydowanie chce się oglądać, bo są tak niewymuszone i prawdziwe, że aż chciałoby się w tych czterech ścianach wypić ciepłą herbatę z cytryną.

@maj.lena

Trochę kosmetyków, nieco domowych kadrów, mnóstwo inspiracji, a wszystko okraszone pięknymi i żywymi kolorami. Poza tym na pochwałę zasługują również estetyczne i bardzo dobre jakościowo zdjęcia, a na to szczególnie zwracam uwagę przy wyborze konkretnego profilu do obserwowania. To typ fotografii, które po prostu nastrajają mnie bardzo pozytywnie i miło jest codziennie rzucić okiem na kolejną z nich.

@tam_i_tu

Jasne kolory, przyjemne dla oka wnętrza, nieprzytłoczone nadmiarem elementów kadry i mamy połączenie doskonałe. Mój idealny profil mógłby tak wyglądać, ale ja jednak nie do końca umiem zapanować nad spójnością, a tu jest ona zachowana wręcz idealnie. To jedno z moich ulubionych miejsc na Instagramie i bardzo lubię do niego wracać, ponieważ wiem, że na pewno się nie zawiodę. Szkoda tylko, że zdjęcia dodawana są tak rzadko...

@maniablog_pl

Dziewczyna o najpiękniejszych paznokciach! Brzmi to dość zabawnie, ale jestem pewna, że po przejrzeniu kilku zdjęć przyznacie mi rację. Chyba nikt tak pięknie nie potrafi zaprezentować lakieru na paznokciach, które co najważniejsze są tak pięknie naturalne, że w tym naszym sztucznym świecie, wydają się aż nierealne. Poza cudowną estetyką, niebanalnymi zdobieniami i nasyconymi barwami poznacie tu też bardzo sympatyczną kobietę, a ja mam nosa do fajnych ludzi!

@antilight

Kolejne miejsce, z którego biją niezwykle dobre emocje oraz domowa atmosfera, w której ma się ochotę uczestniczyć. Kolorystyka oscylująca wokół brązu i beżu jeszcze bardziej podkreślając ciepło tego miejsca. Tutaj zagląda się jak do dobrej znajomej, aby sprawdzić co u niej słychać i czy wszystko na pewno jest w porządku. Tego typu miejsca zdecydowanie przeczą temu, że Instagram to tylko narcyzm oraz sztuczna kreacja pozbawiona głębszych treści.

Teraz mam nadzieję, że ktoś w pozytywny sposób wpadł wam w oko i chcecie, aby jego świat po części stał się też waszym. Jeśli nie, to trudno, przynajmniej próbowałam. Mimo mojego zafascynowania ten światek jeszcze nie do końca mnie pochłonął, bo w restauracji nadal najpierw jem, a potem przypominam sobie, że trzeba obiad uprzednio uwiecznić na zdjęciu. Ale z drugiej strony jak u licha to zrobić, żeby wszyscy się na mnie nie patrzyli i ze zrezygnowaniem nie kręcili głowami nad upadkiem młodego pokolenia? A tak całkiem poważnie to pamiętajcie po prostu, że to jaki tak naprawdę jest Instagram zależy wyłącznie od tego jak z niego korzystacie!

Estetyka, którego z tych profili najbardziej przypadła wam do gustu? A może znacie już kogoś z tego grona?

5 mało popularnych profili na Instagramie, które warto poznać

czwartek, grudnia 29, 2016

Czy ciało może wyglądać perfekcyjnie nawet w środku zimy? Z pewnością tak jeśli nie wymagamy od niego rzeczy niemożliwych i stawiamy na naturalność. Jednak każdy jest świadomy, że aktualny okres rządzi się swoimi prawami i chyba wszystkim raz na jakiś czas doskwierają problemy z szarym kolorytem skóry, suchością lub brakiem blasku. Można oczywiście nie zaprzątać sobie tym głowy, bo przecież nie dla każdego opalenizna lub brak przebarwień są synonimami atrakcyjności. Jeśli jednak pewne niedoskonałości skóry są dla nas problemem to zawsze można pokusić się o subtelny retusz, który ładnie pokreśli zadbaną skórę i odwróci uwagę od tego na czym niekoniecznie lubimy skupiać uwagę swoją i innych. Co prawda nie jestem zwolenniczką zbyt intensywnego makijażu, a tym bardziej konturowanie ciała i nakładanie na nie pełnego kamuflażu wywołuje u mnie raczej pobłażliwy uśmiech, ale jeśli ktoś czuje pewnego rodzaju dyskomfort i chce nieco podkręcić wygląd swojej skóry na nogach lub ramionach, to dzisiaj z chęcią pokażę kilku kosmetycznych pomocników, którzy już nie jedno blade ciało wybawili z opresji!

SUCHE OLEJKI

Magia tych kosmetyków polega przede wszystkim na niezwykłości ich konsystencji, która początkowo wydaje się oleista, ale po nałożeniu na skórę nie tworzy lepkiej i nieprzyjemnej warstwy. Z tego też powodu są idealne do szybkiego wygładzenia ciała i nadania mu subtelnego połysku i odrobiny zapachu, bo są to zwykle kosmetyki dość mocno perfumowane. Co prawda ciało nie jest całkowicie suche, ale w takim stopniu przykryte delikatną warstewką, że nie przeszkadza to chociażby podczas noszenia ubrań, co może być skomplikowane w przypadku klasycznych tłustych olejków. Najbardziej lubię w tych produktach to, że dają genialny połysk na skórze, który moim zdaniem najlepiej wygląda na nogach, bo nawet jeśli nie są idealne to takie rozświetlenie potrafi wydobyć z nich naprawdę wiele dobrego. Suche olejki to zdecydowanie mój numer jeden w kwestii przygotowywania ciała na jakąś ważną okazję. Oczywiście to też pewien rodzaj retuszu, bo taka warstewka na skórze sprawia, że ciało wygląda na bardziej nawilżone i zadbane, a jak z tym jest naprawdę to wiemy już tylko my. 

Nuxe - Huile Prodigieuse
Zamknięty w naprawdę pięknym flakonie przypominającym dobre perfumy. Opisując ten produkt nie można zapomnieć o jego zapachu, który jest bardzo intensywny, głęboki, wielowymiarowy i elegancki. Z jednej strony można zachwycać się tą jego skomplikowaną mieszanką, ale z drugiej jednak mocne orientalne nuty zapachowe mogą  nie każdemu przypaść do gustu, tym bardziej, że długo pozostają na skórze. Jeśli zastosujemy go na całe ciało to powinniśmy przemyśleć  kwestię doboru perfum, bo jednak połączenie tego aromatu z innym wymaga głębszego zastanowienia. Sam olejek jest już kosmetykiem kultowym i to chyba na nim wzorują się inne marki. Nie dziwi mnie to, ponieważ lubię jego konsystencję, otulanie skóry i ogólny efekt, który utrzymuje się dość długo. Po jakimś czasie subtelny połysk znika, ale skóra jest nadal miękka i świetnie wygładzona. 

Indigo -  Arome 99 olejek arganowy
Producent nie określił go mianem produktu suchego, ale uważam, że wykazuje taką właściwość. Oczywiście nie wygląda już tak bardzo ekskluzywnie, ale również sprawdza się przed wszelkiego rodzaju okazjami wymagającymi odsłonięcia nieco więcej ciała. Po aplikacji nie zachowuje się jak tłusty olej, a pozostawia przyjemną warstwę, ładny połysk oraz bardzo perfumeryjny i niezwykle słodki aromat. Ta mieszanka jest już zdecydowanie  bardziej uniwersalna niż poprzednia, ponieważ to taki głęboki, aczkolwiek mniej rozbudowany zapach. W tym wypadku również nałożenie tego olejku na całe ciało skutkuje bardzo wyraźną łuną zapachu i długotrwałym efektem wygładzenia ciała, które pod taką warstwą wygląda po prostu lepiej.

Mary Kay - Cityscape suchy olejek
Zamknięty w zdecydowanie najmniej atrakcyjnym opakowaniu i nieco różniący się od poprzednich propozycji. Konsystencja jest znacznie rzadsza i na pierwszy rzut oka nie da się stwierdzić, że jest oleista. Dopiero po roztarciu na skórze można dostrzec, że jest to suchy olejek pozostawiający lekką poświatę na skórze, aczkolwiek nie jest to już efekt tak intensywny jak w przypadku dwóch poprzednich kosmetyków. Również zapach jest jest znacznie mniej intensywny, ale dla mnie jest chyba najbardziej przyjemny ze wszystkich. Kojarzy mi się z perfumami, które pozostawiają na skórze wyraźny, ale niedominujący zapach. Mimo wszystko ten olejek działa najsłabiej, bo faktycznie przyjemnie wygładza, ale połysk jest już znacznie mniej zauważalny.

KOSMETYKI Z POŁYSKUJĄCYMI DROBINKAMI

To dość ryzykowne produkty, które należy dozować  z umiarem, ponieważ nie trudno z nimi przesadzić i otrzeć się o kicz, który w sumie w okresie karnawału nie jest niczym niespotykanym. Nie mniej jednak ja tego rodzaju produkty wybieram jedynie do zaakcentowania i rozświetlenia niektórych elementów ciała jak chociażby ramiona i dekolt. Najważniejsze jest dla mnie, aby ilość drobinek nie była przesadzona, a ich niewielkie rozmiary ładnie mieniły się na skórze, a nie nachalnie przyciągały wzrok. Tego typu połyskujące elementy mogą być częścią wszelkiego rodzaju balsamów lub olejków, które są raczej jednorazowymi kosmetykami, bo szczerze mówiąc nie czuję potrzeby, aby tego typu stosować na co dzień. Chyba najlepszym podsumowaniem tej grupy kosmetyków, będzie umiar i zdrowy rozsądek! 

Pat&Rub - Olejek rozświetlający
Po wydobyciu z opakowania przypomina płynne złoto. Konsystencja jest raczej rzadka i mieni się milionem złotych drobinek. Zapach raczej jest dość neutralny, a sam kosmetyk dzięki połączeniu połyskujących elementów z olejkiem sprawia, że ten kosmetyk to takie 2 w 1. Ta ilość błyskotek może początkowo przerażać, ale po nałożeniu na skórę efekt nie jest już tak bardzo intensywny, wygląda naprawdę subtelnie, elegancko i na pewno nie kiczowato, a o to obawiałam się najbardziej. Poza tym oleista struktura świetnie wygładza ciało, które jest znacznie miększe i fantastyczne w dotyku. Ten produkt zdecydowanie może zastąpić suchy olejek, balsam oraz inny produkt z brokatem, bez którego chyba żadna karnawałowa impreza nie może się obejść.

Mary Kay - Nabłyszczający spray do ciała  
Jego zapach polubiłam od samego początku, bo uwiodło mnie to cukierkowe połączenie, które jest bardzo przyjemne, kobiece  i najważniejsze, że niemęczące. Buteleczka przypomina raczej kosmetyk dla małej dziewczynki, a płyn wewnątrz wydaje się wręcz nasycony milionem połyskujących drobinek, co może trochę niepokoić zagorzałych minimalistów. Po nałożeniu na skórę efekt nie jest taki jak w przypadku olejków, bo płynna konsystencja szybko znika, a na ciele pozostają jedynie drobinki i to w niewielkiej ilości. To raczej propozycja dla osób, które lubią wyraźny zapach na skórze oraz subtelne wykończenie w postaci gdzieniegdzie mieniącego się brokatu. W tym przypadku jednak wygrywają względy zapachowe tego produktu, a nie jego właściwości rozświetlające.

KOSMETYKI BRĄZUJĄCE

Nie każdy lubi mocno opalone ciało i ja również nie należę do grona zagorzałych fanów ciemnej skóry. Nie mniej jednak nie jestem też jakąś fanatyczną przeciwniczką słońca, więc moja karnacja zwykle nie jest porcelanowa. U mnie największym problemem są nogi, których skóra ma niezbyt ładny koloryt, a poza tym widoczne są na nich wszelkiego rodzaju przesuszenia oraz przebarwienia. Na co dzień zdecydowanie nie sięgam po wszelkiego rodzaju kosmetyki brązujące, ale jednak niektóre okazje są idealne, aby przetestować coś nowego na sobie. Tutaj możemy wybierać spośród kosmetyków, które znacznie zmienią ocień skóry lub jedynie lekko ją zabarwią. Poza tym są takie działające przez dość długi okres czasu lub zmywalne. Ja bardziej skłaniam się w kierunku tych drugich, bo chyba każdy dobrze wie, że nie warto eksperymentować tuż przed ważną imprezą.

Pat&Rub - Balsam koloryzująco rozświetlający 
Jest produktem, który możemy użyć rano, a wieczorem zmyć go ze skóryMa bardzo lekką konsystencję, która jest trochę jak pianka i bardzo przyjemnie rozprowadza się na skórze.  Przypomina nieco balsam, który został połączony z podkładem, ponieważ delikatnie barwi skórę, wyrównuje jej barwę, ale efekt jest bardzo subtelny i nie da się za pomocą tego produkty zakryć jakichś większych zmian, choć na pierwszy rzut oka jego struktura może wydawać się bardzo kryjąca. Niewątpliwa zaletą jest fakt, że szybko się wchłania i nie brudzi ubrań. Poza tym również posiada drobinki rozświetlające, które są bardzo niewielkich rozmiarów i tworzą raczej taflę połysku na skórze i nie dają efektu ciała posypanego brokatem. Zapach raczej zaliczyłabym do grupy tych neutralnych, bo ni zrobił na mnie specjalnego wrażenia. W tym balsamie najbardziej lubię jego wygładzającą konsystencję, lekkie krycie oraz rzeczywiste efekty, bo skóra nim pokryta po prostu wygląda lepiej i atrakcyjniej. Ciało jest subtelnie przyciemnione, a drobinki pięknie odbijają światło, więc nogi od razu wyglądają na zgrabniejsze.

Vita Liberata - Kosmetyki samoopalające
Dają zdecydowanie bardziej zauważalny i dłużej trwający efekt oplenizny. Możemy wybierać spośród produktów o bardzo ciemnym zabarwieniu lub praktycznie bezbarwnych i te pierwsze są moim zdaniem znacznie wygodniejsze, ponieważ dokładnie widzimy czy dokładnie i równo wmasowujemy produkt w ciało.  Ogólnie rzecz biorąc lubię te produkty za brak specyficznego aromatu, łatwą aplikację, równomierną opaleniznę, możliwość panowania nad jej intensywnością, trwałość i jej równomierne schodzenie. Jednak mimo wszystko są to kosmetyki wymagające przed ich użyciem prawidłowego przygotowania ciała, dokładnego przeprowadzenia zabiegu i po prostu zapoznania się z działaniem tego typu kosmetyków. Dzięki nim skóra ma ładny i niepomarańczowy koloryt, a niewielkie przebarwienia są ukryte. Uważam, że lekko przyciemnione ciało może naprawdę wyglądać atrakcyjnie i niewulgarnie. Zdecydowanie nie polecam nakładać ich pierwszy raz tuż przed ważną okazją, bo nawet te najlepsze produkty na źle przygotowanej skórze lub nałożone w nieprawidłowy sposób mogą wywołać  efekty odwrotne od zamierzonych, a przecież naszym głównym celem ma być świetna zabawa bez niepotrzebnych zmartwień.


Macie jakieś swoje ulubione kosmetyki podkręcające wygląd ciała tuż przed ważną imprezą? Które produkty z mojej listy wydają się wam najbardziej atrakcyjne?


Kosmetyki do ozdoby ciała na Sylwestra i Karnawał

wtorek, grudnia 20, 2016

Ciekawa jestem kto już kupił wszystkie świąteczne prezenty, pięknie je zapakował, a teraz ze stoickim spokojem czeka na magię świąt? Nikt? Tak właśnie myślałam. Zebrałam więc część moich nowości i postanowiłam przedstawić je jako propozycje prezentowe. Specjalnie zadbałam o różnorodność, aby nie tylko skupić się na sferze urodowej, ale także poszukać czegoś wśród książek oraz niebanalnych gadżetów, bo przecież nie każdej kobiecie świecą oczy na widok kolejnego kosmetyku. Chciałam też, aby to moje subiektywne zestawienie nie było takie do końca na poważnie, więc wybrałam chociażby palety do makijażu z przymrużeniem oka, książki dla kobiet niebojących się wyzwań oraz kubeczki, które przynajmniej wśród moich znajomych są już kultowe i każdy właśnie w nich zamawia u mnie herbatę. Jestem przekonana, że nie ma wielkiego znaczenia jaki konkretnie przedmiot wręczamy bliskim, a bardziej liczy się jakie ta rzecz niesie ze sobą emocje, bo kosmetyk wreszcie się zużyje, kubek wyszczerbi, a świeca wypali, ale radość po otrzymaniu oryginalnego prezentu będzie na zawsze w naszych wspomnieniach. Zrobiło się może aż za bardzo sentymentalnie, więc zapraszam do oglądania, inspirowania się i uśmiechania, bo przecież prezenty możemy robić sobie cały czas, również bez okazji i na większym luzie!

ZABAWNE PALETKI DO MAKIJAŻU

Pupaart M - paletka do makijażu 
Chyba najbardziej pasuje do tego prezentowego zestawienia, bo jest strojna jak choinka w niejednym domu. Złoto, czarno-białe paski i całuśne usta są może lekko kiczowate, ale trzymając w ręku taką kasetkę czuć, że jest to naprawdę dobrze wykonany produkt. Po otwarciu z jednej strony znajduje się duże i bardzo poręczne lusterko, a z drugiej 12 prasowanych cieni do powiek, 3 rozświetlające pudry do twarzy, 2 korektory w kremie, puder i róż prasowany, róż w kremie oraz baza pod cienie do powiek. Po wysunięciu dolnej szufladki mamy do dyspozycji 8 błyszczyków rozświetlających oraz 8 kremów nadających wargom intensywną barwę. Jest to, więc produkt, dzięki któremu można stworzyć prawie pełny makijaż, cieszyć się tak ładnym gadżetem i mieć wszystko w zasięgu ręki. To zdecydowanie przedmiot, który może być urzeczywistnieniem marzeń niejednej małej dziewczynki, a przecież każda z nas w środku czasem jest trochę dzieckiem.
Cena: 155 zł 

Pupa Il Principino - paletka do makijażu w kształcie żaby
To już prawdziwe szaleństwo, ale cała ta kolekcja powstała z przymrużeniem oka, bo oprócz żab w dwóch kolorach dostępne są też palety w kształcie korony oraz ust. Wewnątrz znajduje się lusterko, 4 cienie do powiek, błyszczyk oraz kremowa pomadka, a aplikatorem jest tutaj korona na czubku żabiej głowy. Zdecydowanie nie jest to produkt jakoś szczególnie poręczny, ale zdecydowanie nie można odmówić mu uroku. Ja na pewno na widok takiego prezentu zareagowałabym bardzo entuzjastycznie, ale mimo wszystko uważam, że taki upominek wymaga od obdarowanej osoby mnóstwa dystansu do siebie i poczucia humoru, bo oczywiste jest, że nie każdy polubi taką dziecięcą estetykę. Aktualnie żaba dumnie zdobi moją toaletkę i tymi wielkimi oczami kontroluje czy mój makijaż na pewno nadaje się do wyjścia, więc jeśli jakaś wasza znajoma potrzebuje takiego księcia zaklętego w żabę i lubi zabawne gadżety to zdecydowanie polecam wam przejrzenie całej kolekcji.
Cena: 69 zł

The Balm Appetit - paleta do makijażu oczu 
Marka The Balm zwykle potrafi zaskoczyć, ale w porównaniu do propozycji marki Pupa wydaje się tym razem nieco bardziej zachowawcza, aczkolwiek tutaj też nie memy do czynienia z nudą i sztampowością. Jak zwykle dzieje się tu naprawdę wiele i tym razem papierowa paletka została zainspirowana kartą dań restauracji w stylu retro. Zawiera 9 matowych, satynowych i perłowych cieni, których kolorystyka oscyluje wokół tonacji nude i można je nakładać na sucho lub mokro. Z jednej strony barwy te są dość bezpieczne, bo raczej spośród nich każdy znajdzie coś dla siebie, ale ta zachowawczość zdecydowanie kontrastuje z zabawnym stylem opakowania, które przypomina menu, a każdy cień przyporządkowany jest do konkretnego pana na grafice i przykładowo Alfred O’Pasta wart 11$ obiecuje nam satysfakcję ciemnym grafitem. Przepiękna, dość klasyczna kolorystyka to propozycja dla tradycjonalistek, a zabawny design sprawdzi się też osób, które lubią niebanalne gadżety.
Cena: 185 zł

KUBKI W STYLU RETRO SPOD LADY

Pierwszy z nich trafił do mnie już dawno temu, więc z pełną odpowiedzialnością mogę napisać, że to produkt bardzo dobrej jakości. Zdecydowanie ma niepowtarzalny klimat, wciąż wygląda jak nowy, nadruki są cały czas na miejscu. Poza tym jego retro styl nawiązujący do klimatu barów mlecznych oraz zabawne napisy zdecydowanie budzą zainteresowanie i uwierzcie mi, że każdy wasz gość na pewno zwróci uwagę na ten gadżet. Teraz naprawdę można przebierać w różnego rodzaju asortymencie, ale te propozycje moim zdaniem zdecydowanie wyróżniają się niewymuszonym stylem i prostotą, która w tym wypadku działa na ich korzyść. Jeśli ktoś z waszych znajomych lubi fajny design i naprawdę ma w kuchni zbyt mało tych wszystkich kubeczków, kubków i innych filiżanek albo przeciwnie i wszystkie dosłownie wypadają mu z szafek to i tak na pewno znajdzie jeszcze trochę miejsca na kolejne właśnie spod lady. Cały towar marki jest w takim klimacie PRLu, ale moim zdaniem to właśnie barowe kubki są najlepszą propozycją na niebanalny upominek. Dla młodych będzie to fajny akcent w oldscholowym klimacie, a starsi na pewno z rozrzewnieniem wrócą do dawnych czasów barów mlecznych, saturatorów i pewexów. 
Cena: 14,90 - 24 zł

ŚWIECE ZAPACHOWE/DO MASAŻU

Allverne Wanilia z Madagaskaru - świeca zapachowa
Uznałam, że będzie dobrą propozycją na prezent, ponieważ co prawda sam produkt wygląda bardzo skromnie, ponieważ jest to prosta świeca w szkle, ale jeśli mamy na myśli upominki to liczy się też wygląd opakowania, a to tutaj jest zdecydowanie godne uwagi. Produkt otrzymujemy w dość dużym kartoniku z ładną grafiką oraz niezwykle fantazyjnym zamknięciem na górze, które sprawia, że ma się nieodpartą ochotę zajrzeć co mieści się w jego środku. Świeczek na rynku jest mnóstwo, ale pomysłowość tych kartoników z pewnością jest w stanie zwrócić uwagę. Sama świeca waży 170 g, pali się przez 30 godzin i jest produktem naturalnym, ponieważ w 100% składa się z oleju palmowego. Zapach na sucho jest bardzo intensywny i mamy tu do czynienia z połączeniem słodkiej i bardzo aromatycznej wanilii, która przełamana została nutką cynamonu. Jest to zdecydowanie bardzo ciepłe, otulające i wielowymiarowe połączenie, które pachnie bardzo intensywnie i naturalnie za razem. Teraz jestem też ciekawa jak pachnie reszta, bo ta propozycja to absolutnie moje zapachowa bajka. Uważam, że jeśli znamy preferencje drugiej osoby to świeczka jest świetnym pomysłem na prezent, ponieważ oprócz zapachu dajemy też drugiej osobie chwilę odpoczynku, dobrego nastroju i uspokojenia. Jeśli macie ochotę sprawdzić tę nową markę, która w swojej ofercie ma również kosmetyki to zapraszam was do sklepu i po podaniu w uwagach do zakupu nazwy mojego bloga do waszego zamówienie będzie dołączony drobny prezent niespodzianka.
Cena: 19,99 zł

Stenders - perłowa świeca do masażu 
W kwestii pakowania kosmetyków ta marka zdecydowanie otrzymuje ode mnie zasłużone pierwsze miejsce. Po otwarciu dużego pudełeczka przewiązanego kokardą naszym oczom ukazuje się kolejny kartonik, w którym mieści się świeca w towarzystwie dekoracji z suszonych kwiatów. Zdecydowanie po zakupie tego produktu nie musimy już zupełnie martwić się o opakowanie, bo wszystko mamy dokładnie przygotowane. Widać tutaj ogromną dbałość o szczegóły oraz finezję, która objawia się chociażby w ciekawej formie świeczki, która znajduje się w czymś co przypomina mały ceramiczny czajniczek. Zapach świecy jest bardzo delikatny, kwiatowy i zdecydowanie niedominujący. Zawiera ekstrakt z pereł oraz alg, a po nałożeniu na skórę zapewnia jej miękkość, wygładzenie i subtelny połysk. Jedynie mogłabym nieco pokręcić nosem na ilość produktu, ponieważ masa to zaledwie 35 g. Świece taką należy odpalić, poczekać aż zacznie się topić, a następnie ciepły wosk rozsmarować na ciele. Produkt ten, więc nie jest tylko kosmetykiem, ale czymś w rodzaju intymnego rytuału, który możemy podarować komuś bliskiemu. Nie trzeba się obawiać, że płyn będzie niebezpiecznie gorący, ponieważ tego typu produkty mają niską temperaturę topnienia dzięki czemu wosk jest jedynie ciepły i zaaplikowany na skórę daje mnóstwo przyjemności. To prawdziwa bajka zamknięta w totalnie magicznym opakowaniu. Zdecydowanie każdy powinien spróbować zrelaksować się w akompaniamencie tak niezwykłego kosmetyku.
Cena: 59,90 zł

KSIĄŻKI O WŁASNORĘCZNYM TWORZENIU KOSMETYKÓW

Angelika Gumkowska - "Damskie laboratorium"
Propozycja dla osób, które chcą same tworzyć kosmetyki lub po prostu interesują się tematyką urody. Ja jeszcze nie jestem pewna czy zajmie się taką produkcją, ale książka ta dała mi mnóstwo fachowych informacji z dziedziny kosmetyków, a to w tym momencie jest dla mnie najważniejsze, ponieważ uwielbiam poszerzać swoją wiedzę. Bardzo podoba mi się to profesjonalne podejście do tematu, ponieważ pozycja ta będzie świetnym kompendium wiedzy dla osoby, która chce sama tworzyć chociażby kremy, peelingi lub mydła. Na wstępie dostajemy sporą dawkę wiedzy na temat naturalnych kosmetyków, istoty działania konserwantów, właściwej higieny podczas pracy z komponentami oraz bezpieczeństwa takich produktów. Dalej przechodzimy do BHP pracy w domu, terminu przydatności kosmetyków, potrzebnych nam sprzętów i materiałów i możemy już przejść do konkretnych receptur. Każdy przepis zawiera krótki wstęp dotyczący działania kosmetyku, potrzebnych składników, istoty wykonania mikstury, warunków użytkowania oraz przechowywania. Co ważne dostajemy również dodatkowe wskazówki dotyczące zmiany receptury według własnego uznania oraz otrzymujemy dokładne wytłumaczenie zjawisk zachodzących podczas tworzenia kosmetyków i wyjaśnienie nieznanych pojęć.  Na końcu znajduje się również nieco informacji na temat certyfikatów nadawanych kosmetykom, słownik wybranych składników, adresy przydatnych stron internetowych i sklepów oraz źródła informacji, bo warto wspomnieć, że jest to książka poparta rzetelną wiedzą, a nie tylko subiektywnymi doświadczeniami. Podoba mi się w niej w głównej mierze to, że oprócz receptur można tam znaleźć mnóstwo wiedzy, ciekawych wątków, opisów reakcji chemicznych oraz ogólnych informacji, które zainteresują każdą osobę lubiącą taką tematykę. Autorka dzieli się z nami 50 sprawdzonymi przepisami, wśród których możemy przykładowo znaleźć: perfumy na bazie oleju, prosty szampon na bazie mydła, jaśminowe kule do kąpieli lub nawilżające mydło z sola himalajską. Warto zauważyć, że receptury są bardzo różnorodne, bo zaczynamy od kremów i balsamów, przechodzimy przez olejki, toniki i maseczki, a kończymy na szamponach, kosmetykach kolorowych, peelingach i perfumach. Jedynie mogłabym przyczepić się nieco do zdjęć w środku książki, bo moim zdaniem mogłyby być nieco lepsze, a wtedy pozycja ta byłaby jeszcze przyjemniejsza w odbiorze. Mimo wszystko polecam ją wszystkim lubiącym tematykę kosmetyków i nawet jeśli ktoś nie ma w planach tworzenia mydeł lub maseł do ciała to z pewnością z najdzie w niej wiele ciekawych wątków. Prezent zdecydowanie z kategorii tych praktycznych i pożytecznych, ale dla osób interesujących się tematem kosmetyków i urody.
Cena: 45 zł

Adriana Sadkiewicz - "Cukiernia kosmetyczna" 
Książka napisana przez autorkę bloga Lili Natura, którego raczej nikomu nie trzeba bliżej przedstawiać. Pierwsze co od razu rzuciło mi się w oczy, że w kwestii wyglądu naprawdę niczego nie brakuje tej pozycji. Mamy tu bowiem duży format, grubą okładkę, przyjemny dla oka design oraz zdjęcia, które są niezwykle miłe dla oka. Przeglądając kolejne strony miałam wrażenie, że raczej czytam książkę kulinarną z pomysłami na niebanalne desery, a nie przewodnik po tworzeniu domowych kosmetyków. Porównując ją do poprzedniej to zdecydowanie wygrywa pod względem ogólnego odbioru oraz designu. Nie mniej jednak jest w niej znacznie mniej różnego rodzaju zagadnień i terminologii. To dobrze czy źle? Zależy czego tak naprawdę oczekujemy, ponieważ tą uznałabym po prostu za dobry przewodnik po tworzeniu konkretnych produktów, a tamta jest znacznie bardziej rozbudowana w kwestii różnego rodzaju fachowych pojęć i istoty zachodzenia procesów chemicznych. Pora jednak przejść do bardziej szczegółowego opisu tejże "Cukierni". We wstępie poruszona jest tematyka potrzebnych akcesoriów, higieny, środków ostrożności, okresu świeżości oraz olejków eterycznych i zapachowych, więc mamy do czynienia z krótkim zastawieniem zagadnień potrzebnych do rozpoczęcia pracy nad własnymi kosmetykami. Przy każdym przepisie pojawia się sposób użycia, czas przygotowania, trudność oraz ilość produktu jaki otrzymamy. Każdy przepis opatrzony jest zdjęciem na widok, którego od razu zaczyna lecieć ślinka! Przepisy podzielone są na kilka kategorii: babeczki, na patyku, owoce, czekolada i kakao, kawa, słodkości, zabawa z dziećmi i święta. Wśród przepisów możemy znaleźć: kąpielowe lizaki czekoladowe, jagodowy błyszczyk do ust, kolorowy wosk zapachowy lub otulająca świeca do masażu. W "Cukierni kosmetycznej" zdecydowanie dominują wszelkiego rodzaju uroczo wyglądające umilacze do kąpieli jak chociażby peelingi lub musujące kosmetyki o rożnych kształtach. W poprzedniej pozycji natomiast można było się doszukać bardziej zróżnicowanych przepisów na kremy, olejki, maseczki lub mgiełki i perfumy. Z tego też powodu nie kładłabym tych książek na jednej szali, bo oferują z pozoru podobną wiedzęKtórą pozycję wybrać? Nie umiem jednoznacznie zdecydować, bo każda z nich oferuje nieco inny rodzaj wiedzy oraz rozrywki, więc bardziej istotne są tu upodobania i potrzeby nasze lub osoby, którą chcemy uszczęśliwić takim prezentem.
Cena: 44,90 zł

KOSMETYKI MARY KAY Z KOLEKCJI BE DELIGHTED

Produkty zdecydowanie pasują do świątecznego klimatu, bo co prawda nie ma tu korzennych nut, ale jest bogato, kolorowo, słodko, intensywnie pachnąco oraz połyskująco. Już kartoniki wyglądają niesamowicie uroczo, a wnętrze dodatkowo kryje w sobie równie śliczny słoiczek w kropki, w którym mieści się mus do ciała oraz buteleczkę zawierającą  nabłyszczający spray do ciała w kolorze różu, w którym znajdują się miliony błyszczących drobinek przepięknie tańczących w świetle. Zapach tych kosmetyków jest bardzo intensywny, słodki i przywodzi na myśl watę cukrową połączoną z gumą balonową, więc jest to prawdziwa wariacja na temat cukru! Zdecydowanie sprawdzi się jako prezent dla kobiety, która uwielbia tak intensywne nuty zapachowe oraz ultra dziewczęcy design. Zestaw przypomina nieco kosmetyki dla małej księżniczki, ale nawet taka duża królowa jak ja polubiła ten ich mega cukierkowy zapach, który dodatkowo jest niesamowicie trwały, więc szczególnie mgiełka będzie doskonałą propozycją na karnawałowe szaleństwa, bo otacza ciało nie tylko łuną połysku, ale i bardzo intensywnego aromatu, który w odpowiedniej ilości jest w stanie nawet zastąpić wodę toaletową.
Cena: 95 zł (mus), 88 zł (spray)


Jak podobają się wam moje propozycje? Który z tych prezentów najchętniej znaleźlibyście pod swoją choinką?


Kilka moich nowości, które polecają się na prezenty

Tu też może ci się spodobać

Recent Posts Widget

5 w piątki

Miniatury kosmetyków - 5 sposobów, aby ich rzeczywiście używać

Miniatury kosmetyków pozornie wydają się bardzo niekłopotliwymi kosmetykami, które można wykorzystać na wiele różnych sposobów. Teoria to...

Bloglovin

Follow

Archiwum bloga

Obserwatorzy