poniedziałek, czerwca 27, 2016

Wstęp do takiego wpisu obowiązkowo powinien zawierać informacje odnośnie konieczności dbania o nogi w okresie letnim. Odkryte buty, bose stopy, spacery po plaży i tymże podobne. Zawsze takie stwierdzenia wywołują u mnie ironiczny uśmiech, bo pojawiają się co roku w tym samym momencie. Podobnie sprawa ma się z odchudzaniem i koniecznością zrzucenia zbędnych kilogramów przed latem. Wszyscy się mobilizują, zmieniają dietę, zaczynają biegać, a kobiety obowiązkowo wznawiają poszukiwania sposobów na gładkie nogi i oczywiście zadbane stopy. Oczywiście lepiej być systematycznym, ale byłabym obłudna gdybym stwierdziła, że zawsze jestem za pan brat z regularnością. A może jednak da się jakoś szybko nadgonić drobne zaniedbania? W takim razie w dzisiejszym poście pisanym w jak na razie najbardziej upalny dzień tego roku, chciałabym się z wami podzielić moimi odczuciami odnośnie kosmetyków do stóp marki Mary Kay. Jeden z nich ma działanie chłodzące i powiem szczerze, że ta obietnica w takie upalne dni jak dzisiejszy, jest miodem na moje serce, a może raczej kostką lodu w szklance z wodą i listkiem mięty. Brzmi to doskonale jak perspektywa wolnego weekendu!


Mam przyjemność opisać dzisiaj krem do stóp, oraz peeling i musujące tabletki do kąpieli. Te dwa ostatnie możemy kupić w zestawie zawierającym dodatkowo kosmetyczkę, papierowy pilniczek oraz separatory pomocne przy malowaniu paznokci. Wszystkie produkty opiszę w kolejności ich używania, więc do dzieła, a stopy do wody!
Poszukujesz najlepszego rozwiązania dla zmęczonych stóp? Przedstawiamy nową odsłonę fantastycznego Zestawu do Pielęgnacji Stóp Mary Kay! Ten idealny zestaw sprawi, że skóra Twoich stóp znowu będzie miękka i nawilżona. Nowa kolekcja Into the Garden zostala zaprojektowana przy współpracy znanej w Brazylii projketantki mody Patrici Bonaldi oraz Sebastiana Correa z Międzynarodowego Zespołu Wizażystów Mary Kay. 
Musujące tabletki do kąpieli
Na pierwszy rzut oka przypominają cukierki jakimi zajadałam się w dzieciństwie! W plastikowym opakowaniu jest ich dokładnie 10 i jedną z nich użyłam do kąpieli stóp w ciepłej wodzie. W opakowaniu zapach jest intensywny z dość dziwnym tłem, które średnio przypadło mi do gustu. Po wrzuceniu do wody pastylka szybko się rozpuszcza, musuje i wydziela bardzo mocny zapach, który już jak najbardziej mi odpowiada. Gdzieś ucieka ta dziwna woń i zastępuje ją zdecydowany, perfumowany, ale przyjemny aromat, który na długo wypełnia całą łazienkę. Woda się nie barwi, nie zmienia też swojej konsystencji, bo ten musujący cukierek po prostu tworzy fajną kąpiel, która relaksuje i sprawia, że stopy odpoczywają, a skóra powoli staje się miękka i gotowa na kolejne etapy pielęgnacji. Ja lubię takie gadżety i udziwnienia, bo zawsze sprawiają mi dużo frajdy. Oczywiście ten etap można też zastąpić wlaniem płynu do kąpieli, ale to przecież nie taka sama zabawa. Kończymy ten rozdział i idziemy dalej!


Peeling do stóp
W pastelowej tubie mieści się 85 g kosmetyku o gęstej konsystencji z dużą zawartością drobinek złuszczających, których wielkość oceniłabym jako średni kaliber. Jeśli byłby to scrub do twarzy to uznałabym za bardzo twardego zawodnika, na którego trzeba uważać, aby nie przedobrzyć. W przypadku stóp jestem bardziej skłonna do stwierdzenia, że jego moc jest średnia z plusem. Faktycznie złuszcza dość mocno, ale z uwagi na gruby naskórek chociażby podeszwy, nie odczuwam tego zabiegu aż tak bardzo intensywnie i mocno, ale w sumie ostatecznie efekty są satysfakcjonujące. Kolor ma szarawy, a drobinki to różne odcienie brązu i z tego co udało mi się wyczytać ze składu są to łupiny orzecha włoskiego. Zapach o dziwo jest przyjemny, bo z reguły nie lubię aromatów produktów do pielęgnacji stóp. Ja tu wyczuwam lekko miętowe i limonkowe nuty i przez to od razu skojarzył mi się z mojito. W rzeczywistości nie pachnie tak pięknie i świeżo, ale mi odpowiada to przyjemne skojarzenie. Nałożony na sucho zmienia zabarwienie na lekko białe, a po użyciu na mokro nie pieni się, a wytwarza charakterystyczną śliską strukturę, która łatwo zmywa się pod wpływem wody. Dobrze wygładza, usuwa martwy naskórek i stosuje się go bardzo przyjemnie. Ogólnie rzecz biorąc jestem na tak, aczkolwiek ja dodałabym jeszcze szczyptę tych łupin, aby zdzieranie było bardziej intensywne. Skoro już kąpiel i peeling za nami, to wreszcie czas na ostatni, najprzyjemniejszy etap.
Cena: 139 zł (za zestaw)


Miętowy balsam o stóp
Miętowy Balsam do Stóp zapewnia stopom przyjemne uczucie chłodu, świeżości i lekkości. Wystarczy wmasować balsam w zmęczone nogi i stopy, a od razu ogarnie je przyjemne uczucie odświeżenia. Dla szybkiego efektu świeżości należy wmasować cienką warstwę balsamu i powtarzać czynność ilekroć potrzeba. Można go aplikować również na rajstopy!
Mój ulubieniec, chociaż się na to nie zapowiadało! Podeszłam do niego dość sceptycznie, bo do moich rąk trafiła zielonkawa tuba o pojemności 88 g, która mieściła w sobie balsam pachnący po prostu miętą. Ostatecznie jednak się z nim przeprosiłam i bardzo się polubiliśmy, ale od początku... Jak już wspomniałam aromat jest po prostu miętowy, ale tak przyjemnie, świeżo, trochę słodko, nie przypomina tych wszystkich chłodzących kremów, których woń stawia na nogi i otwiera szeroko oczy! Jest średnio gęsty, kremowy i przyjemnie rozsmarowuje się na skórze. Sprawia, że ciało jest niesamowicie gładkie, delikatne i aż chce się go dotykach, ale to chyba zasługa tych wszystkich kroków w pielęgnacji, a nie tylko jego. Wchłania się dość szybko i za to wielki plus, bo nie cierpię tłustych kremów do stóp. Nie rozumiem jak z taką otoczką na skórze można w ogóle przemieszczać się po mieszkaniu. Jednak najważniejszą jego zaletą jest chłodzenie. Jest ono bardzo przyjemne, intensywne i długotrwałe. Cudownie chłodzi stopy, w takie dni sprawia mnóstwo przyjemności i jest swoistą ulgą dla zmęczonych stóp. Z tego też powodu zaczęłam go stosować również na całej powierzchni moich nóg, które często bywają zmęczone, obolałe i ciężkie. Niestety mam skłonność do powstawania naczynek i w mojej rodzinie wszystkie kobiety mają żylaki, więc pewnie i mnie czeka ten smutny los. Tylko osoby z takimi problemami zrozumieją jak wieczorami nogi mogą być zmęczone i jaką przyjemnością jest kosmetyk, który tak cudownie chłodzi i relaksuje. Bajka!
Cena: 49 zł


Podsumowanie pielęgnacyjnego trio
Z Mary Kay znamy się bardzo dobrze i pary razy byłam zachwycona, czasem coś między nami jednak zgrzytało. Teraz jednak jestem w pełni usatysfakcjonowana i szczęśliwa, że miałam okazję umilić sobie wieczory takim fajnym rytuałem. Musujące tabletki są po prostu fajną zabawą i  powrotem do dzieciństwa. Myślę, że każda fanka takich (nie)zbędnych gadżetów będzie zachwycona. Peeling spełnił swoją rolę, świetnie wygładził, usunął martwy naskórek, choć nie pogniewałabym się gdyby był nieco bardziej intensywny. Miętowy balsam cudownie schłodził ciało, okrył skórę delikatnym woalem i szybko się wchłonął. Wszystkie te kosmetyki sprawiły, że moje stopy stały się bardzo gładkie, delikatne i wręcz aksamitne w dotyku. Skóra poza tym wygląda po prostu lepiej i prezentuje się jakby dostała fajny kompres, który zapobiega nadmiernemu uciekaniu wilgoci, co niestety latem jest wielką zmorą i skutkuje suchością i nieatrakcyjnym wyglądem. Bardzo emocjonalnie potraktowałam balsam, bo stał się ukojeniem dla moich kłopotliwych nóg i tym słodko-gorzkim akcentem pora kończyć. Jest dobrze i niech tak pozostanie jak najdłużej!

Macie jakieś swoje rytuały związane z pielęgnacją stóp? Przywiązujecie duże znaczenie do tej akurat pielęgnacji?

Letnia pielęgnacja stóp z Mary Kay.

czwartek, czerwca 23, 2016

W tym wpisie zamiast wstępu i jakiejś anegdoty chciałabym podzielić się z wami kilkoma naprawdę przydatnymi wiadomościami. Myślę, że przynajmniej część z was interesuje się składami kosmetyków, które bywają niestety bardzo skomplikowane i nie do końca jasne dla przeciętnego śmiertelnika. Ja sama nie jestem z nimi za pan brat i często nie potrafię ich dobrze rozszyfrować. Nie macie pewnie też wątpliwości, że producenci bardzo często kryją coś za trudnymi do zapamiętania komponentami kosmetyków, na opakowaniu gwarantują obecność jakiegoś składnika, ale już rzeczywistość bywa naprawdę różna. Jak rozpoznać oryginalne kosmetyki z Morza Martwego? Pod tym linkiem po przescrollowaniu w dół dostaniecie porządny zastrzyk informacji odnośnie tego w jaki sposób rozpoznać rodzaj soli zawartej w danym kosmetyku. Począwszy od jej nazwy w INCI, przechodząc przez jej kolor i kończąc na bardziej skomplikowanych właściwościach oraz tym w jaki sposób możemy przez przypadek ulec niekoniecznie uczciwym sugestiom i zapewnieniom na opakowaniu. Moim zdaniem to absolutnie fajna tematyka, która poszerza wiedzę oraz horyzonty. Poza tym możecie też poczytać o minerałach z Morza Martwego oraz ich zastosowaniu w wielu dziedzinach związanych ze zdrowiem i urodą. To już kwestie bardziej dla koneserów, więc tylko dla chętnych i nie jest to zadanie obowiązkowe. Teraz dam wam też przedsmak tych mocno słonych wiadomości, aby zaostrzyć apetyt!
Po pierwsze: warto sprawdzić skład INCI na opakowaniu produktu. Jeśli deklarowany produkt to sól z Morza Martwego to jego INCI powinno zawierać następującą informację: Dead Sea Salt- 100%. Jeśli mamy do czynienia z „inspiracją” to INCI wygląda następująco: Maris Salt – 100 % czyli sól morska a więc sodowo-chlorowa...

Pieniący się scrub do twarzy
Nowatorskie połączenie żelu oczyszczającego z delikatnym peelingiem. Zawiera mikrogranulki z naturalnej luffy, które masują skórę i jednocześnie usuwają z niej zanieczyszczenia. W ten sposób żel dokładnie oczyszcza skórę, nie wysuszając jej. W jego recepturze znajdziemy minerały z Morza Martwego: chlorki magnezu, potasu, sodu i wapnia oraz składniki roślinne. Zabieg z użyciem żelu usuwa wszelkie ślady zanieczyszczeń oraz nadmiar sebum, odsłaniając czystą, świeżą skórę. Cera jest gładsza, świetlista, promienieje naturalnym blaskiem przez cały dzień.

Kosmetyk znajduje się w miękkiej tubie (200 ml) w kolorze energetycznego turkusu. Sam produkt ma żółtawą barwę i dość rzadką konsystencję. Szczerze mówiąc wylany na dłoń wygląda bardzo niepozornie, ponieważ drobinki są słabo widoczne. To jednak tylko pozory! Tak naprawdę jest to konkretny zawodnik, bo granulki z naturalnej lufy są bardzo ostre. Jest to w sumie żel i peeling w jednym, ale nie zdecydowałam się, aby stosować go codziennie, chociaż producent to zaaprobował. Ja używam go raz lub dwukrotnie w ciągu tygodnia i taka częstotliwość mi jak najbardziej odpowiada. Bardzo lubię peelingi, uwielbiam te konkretne, ale nie jestem zwolenniczką złuszczania bez ograniczeń. Po roztarciu go w dłoniach ciągle wydaje się średniakiem, ale już po nałożeniu go na twarz pokazuje pełnię swojej mocy. Lekko się pieni, ma strukturę typowego żelu, więc świetnie oczyszcza i zmywa wszelkie pozostałości makijażu. Trzeba jednak na niego uważać, ponieważ zbyt intensywne masowanie jakiegoś punktu twarzy może spowodować negatywne odczucia. Zmywa się bardzo łatwo i jak nie trudno odgadnąć osuszona twarz jest niesamowicie gładka w dotyku, aż chce się ją gładzić! Poza tym jest taka przejrzysta i po prostu wygląda czysto. W kwestii ściągnięcia nie wyczułam jakiegoś nadmiernego dyskomfortu, ale po takim zabiegu zawsze trzeba zastosować tonik, aby przywrócić odpowiednie pH. Zapach raczej zakwalifikowałabym do tych bardziej naturalnych, jest świeży, może odrobinę mentolowy. Myślę, że dzięki temu żaden mężczyzna nie będzie miał oporów, aby stosować ten produkt. Jeśli miałabym już do czegoś się przyczepić (no wreszcie!) to tuba jest bardzo miękka, konsystencja płynna, więc peeling lubi wypływać z niej w niekontrolowany sposób do zakrętki. Ogólnie jednak nie czepiając się szczegółów muszę powiedzieć, że bardzo cieszę się, że ten produkt zajmuje honorowe miejsce pod moim prysznicem. Lubię takie formuły 2 w 1, podoba mi się jego intensywność oraz interakcja z moją cerą. W kategorii peelingów nie oczekuję niczego więcej. Jest dobrze, a nawet bardzo dobrze! 
Cena: 39 zł

Maseczka z czystym błotem
Maseczka z ciemnym błotem z Morza Martwego jest wzbogacona minerałami, by dokładnie oczyszczać skórę. Jeden z cudów natury, błoto z Morza Martwego, zawiera wyjątkowo dużo cennych składników mineralnych i ma doskonałe właściwości oczyszczające. Usuwa zanieczyszczenia i nadmiar sebum, delikatnie złuszcza zrogowaciały naskórek, odsłaniając czystą, świeżą skórę. Maseczka z błotem ma w swoim składzie m.in. sód, potas, chlorki magnezu, bromki i siarczany, połączone z witaminą E i olejkami roślinnymi. Zabieg z wykorzystaniem maseczki sprawia, że skóra zyskuje aksamitnie gładki, świeży i promienny wygląd.

Czy czyste błoto to przypadkiem nie jakiś oksymoron? Taka mała dygresja, a teraz wracam już do konkretów. Turkusowy słoiczek mieści w sobie 50 ml maseczki w kolorze zgniłej zieleni. Od razu produkt ten skojarzył mi się z zieloną glinką, bo i kolor oraz konsystencja są podobne. Kosmetyk jest bardzo gęsty, niesamowicie treściwy, czasem wręcz wydawał mi się jakby trochę suchy, choć ma kremową strukturę. Co za tym idzie jest to typowy produkt brudzący wszystko i wszystkich dokoła, który dość ciężko zmyć z twarzy. To jeden z jego minusów, ale takie są uroki tego typu produktów. Takie one już są i kropka! Zapach również jest bardzo specyficzny i z pewnością mnie nie zachwycił swoją ciężkością. Jest trochę podobny do aromatu scrubu, ale na pewno mniej świeży i przyjemny dla nosa. Maskę stosowałam raz w tygodniu nakładając kolistymi ruchami na całą twarz, szyję i dekolt. W czasie tej bezproblemowej aplikacji da się zauważyć, że maseczka ma w sobie jakieś drobinki. Nie są na pewno tak intensywne jak peeling, ale czasem można odczuć ich działanie. Tuż po nałożeniu poczułam też lekkie mrowienie, które ustąpiło po kilkunastu sekundach. Po około 10 minutach maska zasychała, stawała się powoli skorupą, więc po 15-20 minutach zmywałam ją i wówczas również czuć działanie drobinek. Zwykle robię peeling tuż przed nałożeniem maski, ale w tym wypadku wole to zrobić z dwa dni wcześniej, aby zanadto nie nadwyrężyć skóry zbyt dużą dawką złuszczania. Najważniejsze to, aby nie nakładać jej zbyt blisko linii włosów, bo zmycie jej może być bardzo skomplikowane. Po takim zabiegu skóra jest bardzo przyjemnie miękka, zupełnie nie napięta i w dobrej kondycji, ponieważ nie doskwierało jej przesuszenie ani nadmierna produkcja sebum. Moim zdaniem to bardzo uniwersalny kosmetyk, który sprawdzi się na większości cer. Jedynie znów te wrażliwe powinny mieć się na baczności. Z mojej perspektywy jedynie wolałabym, aby maska działała nieco bardziej oczyszczająco, bo tego zwykle potrzebuję i takich produktów najczęściej szukam.
Cena:44 zł


W ramach podsumowania
Jest potencjał! Powiem szczerze, że na samym początku marka kupiła mnie fajnym podejściem do konsumenta i wytłumaczeniem kilku kwestii, które nie są zwykle jasne dla kosmetycznego żółtodzioba. To pozytywne wrażenie przełożyło się również na mój dalszy stosunek do produktów, ponieważ zdobyły moje uznanie. Głównie polubiłam scrub za jego uniwersalność, intensywne działanie i efekt, który pozostawia na mojej twarzy. Maska również wywołała uśmiech, choć nie jest to produkt, którego stosowanie jest szybkie i łatwe jak chociażby jego odpowiednika w płachcie. Moim zdaniem jest to ciekawa alternatywa dla glinek, które często budzą skrajne uczucia. Sprawdzianem dla tych kosmetyków była również kondycja skóry rano po wieczornym zabiegu. Zdały go z oceną bardzo dobrą, ponieważ tuż po przebudzeniu cera wyglądała zdrowo, świeżo i promiennie, bez efektu zmęczenia i przeciążenia. Mały minus jak już wspominałam za trochę zbyt ubogie działanie oczyszczające, bo w tej kwestii jestem naprawdę surowa. Oba produkty mają dość intensywne działanie, więc osoby o wrażliwym usposobieniu powinny mieć się na baczności. Ja jestem raczej gruboskórna, więc taka bezpardonowa pielęgnacja jest jakby dla mnie stworzona! 

Znacie markę See See? Przywiązujecie wagę do składów kosmetyków? Jaką formę masek lubicie najbardziej? 

See See - scrub oraz maska błotna z minerałami z Morza Martwego.

sobota, czerwca 18, 2016

Od jakiegoś czasu czytanie książek przebiega u mnie w dość zaskakujący sposób. Przypomina mi to trochę naukę w ostatnią noc przed egzaminem, kiedy z rozbieganymi oczami staram się przeczytać wszystkie notatki, zapamiętać jakieś regułki i z uporem maniaka udaję, że na wszystko mam jeszcze mnóstwo czasu. Bardzo szybko się nudzę, jestem niecierpliwa i muszę mieć wszystko na już! Nowa książka jest dla mnie często jak kolejny cudowny kosmetyczny specyfik. Nie umiem cierpliwe skończyć poprzedniego i z istną rozkoszą zabieram się za otwieranie kolejnego. Podobnie jest z książkami, bo zamiast grzecznie skończyć dany wątek, ja rzucam się na kolejną pozycję. Potem jednocześnie czytam nawet cztery książki i przyznam, że czasem zdarza mi się, że dopiero po jakimś czasie uzmysławiam sobie, że coś tu się nie zgadza, a ja znowu pomyliłam bohaterów. Żyjemy w czasach konsumpcjonizmu i cieszę się, że przynajmniej staram się odrobinę zredukować moją manię kupowania, podchodzę do zakupów bardziej racjonalnie i zmniejszam ilość przedmiotów, które mnie otaczają. Książki to zupełnie inna kategoria, bo czy kiedykolwiek odnotowano jakieś negatywne skutki ich przedawkowania? No może objawiać się to jedynie lekkim wyobcowaniem i zagubieniem między kilkoma nierealnymi światami, ale czym to jest w porównaniu z erą życia w internetowej rzeczywistości? Mimo wszystko uważam, że książki (przynajmniej niektóre) niosą dużo pożytku, są genialną odskocznią i wielką przyjemnością. W dzisiejszym wpisie chciałabym trochę napisać o kilku nowościach od wydawnictwa PWN. Każda z tych pozycji jest zupełnie inna pod wieloma względami, nie wszystkie uznałam za wyjątkowo warte uwagi, ale o żadnej nie mogę powiedzieć, że jest nijaka i bezwartościowa. To bardziej wymagające lektury, a nie książki bez treści, ładnie wydane, podpisane znanym nazwiskiem i dosłownie nic nie wnoszące do życia odbiorcy. Zabrzmiało to trochę patetycznie i chyba zamieniam się w srogą polonistkę zerkającą na wszystkich zza swoich grubych szkieł. W takim razie już z większym dystansem zapraszam na dalszą, trochę bardziej konkretną część. 
Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliłaWisława Szymborska

"Zbrodnia prawie doskonała" Monika CałkiewiczIwona Schymalla
Przestępstwo towarzyszy ludzkości od niepamiętnych czasów. Ludzi fascynuje zbrodniazabójstwa, oglądają filmy kryminalne, czytają książki o mordercach. To temat, który niezmiennie budzi zainteresowanie. W kolejnym tytule z serii „Bez tajemnic” Iwona Schymalla rozmawia z prof. Moniką Całkiewicz, która przez lata jako prokurator zajmowała się badaniem miejsc zbrodni. O zabójstwie i różnych aspektach z nim związanych. O tym, że każdy sprawca przestępstwa może być wykryty, czasem po wielu latach, i ukarany. O tym, jakie prawa w procesie karnym ma pokrzywdzony i oskarżony, o metodach wykrywania i dowodzenia przestępstw, o tym, kiedy warto skorzystać z pomocy prawnika.
Zdecydowanie moja ulubiona książka spośród wszystkich zaprezentowanych w tym wpisie. Bardzo lubię kryminały i wszelkiego rodzaju zagadnienia z nimi związane. Ta tematyka mnie po prostu kręci i od kiedy pamiętam zawsze uwielbiałam filmy i książki, które dotykały tych trochę mrocznych zagadnień. Pozycja ta jest pewnego rodzaju wywiadem dziennikarki z byłą prokurator, specjalistą w zakresie kryminalistyki i postępowania karnego. Taka forma bardzo przypadła mi do gustu, bo czyta się ją niezwykle przyjemnie i szybko. To tak jakby wejść między dwie osoby i słuchać ich fascynującej rozmowy z ustami otwartymi ze zdziwienia i fascynacji. W książce poruszane są wszelkiego rodzaju kwestie związane z szeroko pojętą zbrodnią. Zaczynając od tych psychologicznych, przechodząc przez bardziej techniczne, a kończąc na prawnych. Nie ukrywam, że niektóre momenty związane z paragrafami nieco wybiły mnie z rytmu, ponieważ takie zawiłości są mi obce i dość ciężko było mi czasem wszystko pokładać w sensowną całość. Nie mniej jednak niektóre wiadomości były dla mnie bardzo zaskakujące, rozwiały moje wątpliwości i jeszcze bardziej zwiększyły ciekawość. Dowody poszlakowe, osmologia, seryjni mordercy to tylko ułamek pojęć, na temat których można zaspokoić ciekawość. Nie ma tu wyłącznie suchych faktów, ale pojawiają się również przykłady wprost z życia, które są najbardziej emocjonujące. Napędzają dynamikę książki, a niektóre naprawdę zapadają w pamięć, inne są przygnębiające lub nieco drastyczne, ale nie ma tu przesadnych opisów, których nie zniosłaby nieco słaba psychika jakiegoś czytelnika. Czytając książkę da się odczuć, że pani prof. Monika Całkiewicz jest specjalistką w swojej dziedzinie, która kolokwialnie mówiąc zna się na rzeczy. Nie mniej czasem da się po prostu wyczuć, że gdzieś za tymi paragrafami i tytułami kryje się też wrażliwa osoba, która w swoim życiu przeszła naprawdę dużo. Uwielbiam takie silne i dążące do celu kobiety, wspieram je cały sercem, bo wiem jak porządną robotę wykonują, aby nieco zmniejszyć stereotypy o paniach, które spełniają się jedynie na bezpiecznych stanowiskach. Im dalej zagłębiałam się w tę książkę tym bardziej czułam pewnego rodzaju niepokój. Nie chodzi tutaj o ilość zła jaka czasem z niej emanowała lub skomplikowane opisy procedur sądowych, a smucił mnie fakt, że ta lektura zmierza ku końcowi, a ja czuję ogromny niedosyt, bo chciałabym więcej! Polecam ją z czystym sumieniem każdemu fanowi takich kryminalnych zagadnień. Brzmi to może trochę niepokojąco, że kwestie zbrodni mnie interesują, ale nie kryje się we mnie żaden szaleniec, a jedynie dość pogmatwana osobowość...a przynajmniej tak mi się wydaje! 


"Milion lat w jeden dzień" Greg Jenner
Każdego dnia, od chwili, gdy zadzwoni budzik, po przykrycie się kołdrą na dobranoc, bierzemy udział w rytuałach, które trwają od milionów lat. Skupiająca się na codziennych czynnościach książka Milion lat w jeden dzień odkrywa fascynującą historię zwyczajów, które bierzemy dziś za pewnik. Greg Jenner zabiera nas na radosną przejażdżkę po dziejach ludzkości, badając stopniową – i często nieoczekiwaną – ewolucję naszych nawyków. Nie jest to historia wojen, polityki ani doniosłych wydarzeń: Greg zagląda do rzymskich śmietników, egipskich mumii i wiktoriańskich ścieków, wyciągając niezwykłe, zaskakujące, a czasem wręcz niedorzeczne ciekawostki o naszej przeszłości.
To zdecydowanie propozycja dla gadżeciarzy, ale nie takich, którzy muszą się chwalić nowym zegarkiem, ale zawsze mają w zanadrzu jakąś ciekawą historyjkę. Na pewno macie wśród znajomych jakiegoś geeka, który za każdym razem musi pochwalić się czymś o czym na pewno nie mieliście pojęcia. Z jednej strony to bardzo ciekawa sprawa, z drugiej jednak może być to dość uciążliwe i tak też jest z tą książką. W skrócie autor opisuje cały dzień współczesnego człowieka i wplata w to fakty odnośnie codziennego życia na przestrzeni tysięcy lat. Większość opisów była naprawdę warta uwagi i wciągająca. W końcu mało kto z nas ma pojęcie jak właściwie powstały łózka, szczoteczki do zębów lub alkohol. Właśnie taka nieco bezużyteczna wiedza tutaj dominuje i nie uświadczymy informacji odnośnie podniosłych wydarzeń i dat podkreślonych grubą czcionką w książce do historii. Większa część tych informacji była bardzo przystępna, ale niektóre fakty sprawiały mi niemałą trudność. Moim zdaniem już na samym początku książki można się nieco zniechęcić, bo opisy odnośnie pomiaru czasu zakrawają o jakiś szczegółowy podręcznik, a nie pozycję bardziej czytaną dla rozrywki. Oczywiście książkę można potraktować też bardziej fachowo, bo pisana jest na podstawie faktów, a nie domysłów wyssanych z palca. Mimo wszystko jednak jest to propozycja raczej dla węższego grona odbiorców i osób po prostu zainteresowanych historią lub lubujących się w takim rodzaju wiedzy. Mimo wielu zalet, paru dyskusyjnych wad, w pozycji tej raził mnie niestety poziom języka autora. Czasem jego porównania były nawet zabawne, ale w niektórych rozdziałach dosłownie go ponosiło, a ja czułam się zażenowana. Rozumiem, że chciał wnieść pomiędzy suche fakty trochę życia i zrezygnować z niepotrzebnego zadęcia, ale popadanie ze skrajności w skrajność też jest niebezpieczne. Naprawdę słownictwo i żarty bywały na niskim poziomie i może wychodzę tutaj na jakąś sztywniarę, ale muszę o tym napisać. Szczególnie jeden rozdział dotyczący bardzo intymnej sfery życia człowieka, był pełen takich porównań, że nie byłam pewna czy książkę napisał dorosły mężczyzna szczycący się jakimś tytułem naukowym, czy jednak nastolatek próbujący być fajny w oczach kolegów. Jestem mało wyrozumiała i chociaż rozumiem chęć zamieniania nieco naukowej pozycji w dość łatwy w odbiorze zbiór anegdot popartych wiedzą, to ktoś tu się jednak trochę zagalopował w swoich staraniach. Nie mniej jednak polecam książkę osobom lubiącym zagłębiać się w wiedzę nie do końca użyteczną. Czasem po prostu trzeba przymknąć jedno oko i czytać dalej. Ciesze się, że ją przeczytałam, ale nie skłoniła mnie jakoś szczególnie do dalszego zagłębiania się w tymże podobne lektury.



"Siła duetów" Joshua Wolf Shenk
Nagle pojawia się przyspieszenie. Nagle przestrzeń między nami jest bardziej mostem niż przepaścią. Nagle nie wiemy, co powiedzieć, ponieważ tak wiele jest do powiedzenia. Albo na odwrót, dokładnie wiemy, co powiedzieć, ponieważ w jakiś przedziwny sposób miliardy impulsów zaangażowanych w myśli i mowę nagle się łączą, odnajdując właściwą drogę.Czasami spotykasz kogoś, kto może zmienić twoje życie. Czasami czujesz, w obecności innej osoby ty sam trafiasz na nową orbitę, że ziemia pod twoimi stopami bardziej przypomina trampolinę, że jesteś w stanie – z tą nową osobą – tworzyć rzeczy piękniejsze i użyteczniejsze, bardziej fantastyczne i realne niż kiedykolwiek wcześniej.
Każdy z nas często myśląc o jakiejś wybitej osobowości traktuje ją jako samotnego geniusza, na którego spada jakieś olśnienie i w ten sposób dzięki swojemu talentowi staje się mistrzem w jakiejś dziedzinie. Autor książki pragnie zaprzeczyć tej tezie i na wielu przykładach stara się udowodnić, że za sukcesem nie stoi wyłącznie jedna osoba, a duet. Taki kompan często jest pomijany, bywa zapomniany i często niedoceniony. Nie mniej jednak autor stara się w jak najbardziej klarowny sposób pokazać jak oddziałuje on na osobę, która ostatecznie osiąga sukces. Opisane są wszystkie etapy takiej znajomości począwszy od poznania, a kończąc na zerwaniu więzi. Pojawia się więc tutaj wiele wątków psychologicznych i oprócz wiadomości stricte naukowych odnośnie twórczych duetów można wyłuskać też wiadomości z zakresu zwykłych związków międzyludzkich lub tych bardziej intymnych. Shenk podaje wiele znanych osobowości i na ich przykładzie rozkłada kolejne etapy współpracy dwójki osób. Nie wszystko działa tutaj w jednym rytmie, każda para rozwija się w zupełnie inny sposób, ale niewątpliwie da się zauważyć jak na siebie oddziałują, jak motywują i ostatecznie w jaki sposób ich relacja sprawia, że jedno z nich staje się mistrzem, a drugie jego cieniem. Autor stara się rozwikłać te zawiłości relacji międzyludzkich i uzmysławia czytelnikowi jak obie jednostki się uzupełniają i bardzo trudno określić jak rzeczywiście potoczyłyby się ich losy gdyby na siebie nie natrafili. Świetne skupienie się na psychice, osobowościach i ogólnie człowieczeństwu. W głównej mierze zajmuje się Johnem Lennonem i Paulem McCartneyem, ale pojawiają się też wzmianki o Marii Curie Skłodowskiej, Stevie Jobsie, Pablo Picasso. Przyznam też, że pewna część opisywanych osób nie była mi znana, więc zmotywowało mnie to tylko do pogłębienia swojej wiedzy i szukania informacji na temat mistrzów w jakiejś dziedzinie, o których nie miałam pojęcia. Odnośnie kwestii bardziej technicznych, muszę dodać, że pozycja ta ma w sobie dużą dozę psychologicznej wiedzy i to mnie bardzo cieszy, bo tego typu literatura nie jest mi obca. Mimo wszystko czasem po prostu czytało mi się tę książkę dość ciężko ze względu na czasem fachowy i dość skomplikowany język i trudne słownictwo. Jest to zdecydowanie literatura warta uwagi, ale trudno mi zakwalifikować ją do kategorii pozycji łatwych, lekkich i przyjemnych. Zdecydowanie poszerza horyzonty, ale wymaga też skupienia i chwili przemyślenia dopiero co przyswojonych faktów. Mam jednak do niej jakiś dziwny rodzaj sentymentu ze względu na fachowość i jakość. Poprzednio opisywana pozycja również była przesiąknięta wiedzą, ale ta ma w sobie po prostu więcej klasy i pewnego rodzaju powagi, który sprawia, że chce się ją traktować z ostrożnością i z należytym szacunkiem wzbogacić nią szeregi swojej domowej biblioteczki.


"Będzie dobrze" Michał Leśniak
Trudno zdefiniować, czy jest to biografia, kryminał, czy paniczny lament rozpaczy. Z pewnością to swego rodzaju list do czytelnika, w którym autor szczerze i wyjątkowo bezpośrednio dzieli się z nim przeszło trzydziestoma latami swojego życia. Wszyscy popełniają błędy, ale mało kto umie się do nich przyznać, nie mówiąc o ich upublicznieniu. I wcale nie po to, by zyskać sławę, rozgłos, lecz ustrzec ludzi przed tym, co spotkało jego. Autor opowiada o swojej życiowej drodze, od wzorowego ucznia i grzecznego chłopca, poprzez zdemoralizowanego, nowobogackiego karierowicza, bezdomnego bankruta, przykładnego męża, ojca i przedsiębiorcę, przez złodzieja, gangstera, aż po lata nawrócenia i duchowej odnowy. Znajdziemy tu wiele osobistych wyznań, wiele emocji, elementy tragiczne, społecznie nieakceptowalne, drażliwe, ale miejscami również humorystyczne. 
Spośród wszystkich pozycji tutaj opisanych jest to najbardziej dziwna, zaskakująca i trudna do jednoznacznego osądu książka. Pisana jest przez więźnia odbywającego karę 25 lat za napad i zabójstwo. Powstała bez udziału korektora oraz redaktora i bez podstaw wiedzy pisarskiej. Moim zdaniem da się te braki w pewien sposób odczuć, ponieważ często miałam wrażenie, że w tym wszystkim panuje lekkie zamieszanie, język bywa dość specyficzny, a wątki bywają trochę nieskładne. W przypadku jakiegoś doświadczonego autora byłyby to ogromne błędy, ale jednak debiutant może dostać kredyt zaufania i być traktowany bardziej pobłażliwie. Jest to rodzaj powieści biograficznej, w której autor opisuje swoje życie i pewien sposób stara się odpowiedzieć na pytanie co doprowadziło go do zbrodni, którą popełnił i miejsca w jakim teraz się znajduje. Nie jest to jednak rodzaj użalania się nad sobą i chęć pokazania się jako ofiary zbiegu okoliczności lub innych niezależnych od niego sytuacji. Nie odniosłam wrażenia, że autor chce się w jakiś sposób usprawiedliwić lub wyspowiadać ze swoich grzechów. On po prostu pisze o swoim życiu, o błędach i sukcesach, porażkach i szczęściach. Nie wyczułam tutaj jakiegoś podniosłego tonu, pouczania lub przesadnego żalu za grzechy. Częściej miałam w sobie coś w rodzaju braku cierpliwości i złości po przeczytaniu niektórych fragmentów. Jego zachowania bywały skrajnie głupie, nieodpowiedzialne i ignoranckie, więc moje odczucia bywały równie negatywne. To jednak jest wielką zaletą tej książki, ponieważ nie jest to pozycja pełna morałów i drogowskazów, a autor nie ma zamiaru nikogo pouczać i kierować na właściwą drogę. W moim przypadku nie jest to pozycja wnosząca coś niezwykłego do mojego życia i taktuję ją dość neutralnie. Jednak wierzę, że przez swoją surowość i autentyzm jest w stanie spowodować przynajmniej delikatną zmianę w niektórych umysłach. Daje bowiem do myślenia, że fortuna kołem się toczy, nic nie ma za darmo i czasem naprawdę warto włączyć myślenie. Autor wydaje się inteligentnym człowiekiem, ale jego zachowanie czasem bywało tak irracjonalne, że naprawdę zastanawiałam się ile jest w tym wszystkim prawdy, a ile literackiej fantazji. Wielokrotnie czytając jego wspomnienia czułam, że to zupełnie nie mój świat i cieszyłam się, że nigdy do takiego nie trafiłam. Nie jest to powieść sensacyjna, brak tu jakichś niezwykłych zwrotów akcji, to po prostu zbiór wielu wspomnień i anegdot z życia. Cieszę się jednak, że książka ta niesie ze sobą pewnego rodzaju chłód, nie emanuje sztucznością i dziwnym heroizmem. To jest zdecydowanie lepsze ujęcie tematu niż pojawiające się co krok dobre rady i żal za grzechy przeplatane z dziwnym mędrokowaniam. Nie znoszę sztucznego kreowania się na guru w jakiejś dziedzinie i wydawania innym poleceń, więc ta dosłowność treści i neutralne podejście autora do czytelnika bardzo mnie przekonuje. Jak już wspominałam jest to naprawdę specyficzna i przez to trudna książka. Co prawda pisana jest łatwym językiem, ale wychwycenie jej sensu należy już tylko do nas. Może być pewnego rodzaju przestrogą lub impulsem do przemyślenia kilku ważnych spraw w życiu. Potraktować ją można wyłącznie jako chwilę intelektualnej rozrywki lub zapoznanie się z do tej pory nieznanym rodzajem literatury. Ja zawsze czytając takie książki czuję coś w rodzaju moralnego kaca. Z jednej strony mam świadomość, że każdy powinien być odpowiedzialny za siebie, ale z drugiej strony czuję dziwny niepokój, że czasem jakiś nieodpowiedzialne decyzje mogą tak bardzo zaważyć na czyimś życiu. Znowu odezwała się we mnie ta beznadziejna wrażliwość, nad którą czasem zwyczajnie nie panuję...

Która z tych książek najbardziej was zainteresowała? Lubicie jakiś konkretny rodzaj literatury czy czytacie wszystko o wpadnie w wasze ręce? 

Przegląd kilku nowości od wydawnictwa PWN.

sobota, czerwca 11, 2016

Dawno nie było tutaj tematyki zapachowej, więc pora nadrobić zaległości. Tym razem jednak głównymi bohaterami nie są świece a pałeczki, co do których miałam pewne wątpliwości już na starcie, bo przyznam szczerze, że taka forma dekoracji mieszkania zapachem była zwykle przeze mnie pomijana z niewiadomych przyczyn. Zawsze uważałam, że świecom nieodzownie towarzyszy nieco intrygujący klimat i potrafią wnieść do pomieszczenia trochę magii. Inne formy zapachowe z kolei zwykle kojarzyły mi się bardzo praktycznie, bo miały jedynie wypuścić jakąś aromatyczną mieszankę i na tym kończyła się ich rola, a o względach estetycznych lepiej nie wspominać. Oczywiście palenie świec niesie ze sobą kilka mniej przyjemnych aspektów, ale mimo wszystko taki rodzaj wypełniania mieszkania aromatem podobał mi się najbardziej. Tym razem jednak z pewną dozą wątpliwości dałam szansę nieco zachowawczym pałeczkom zapachowym i kilka rzeczy związanych z ich użytkowaniem bardzo mnie zaskoczyło. Począwszy od zapachu, przechodząc poprzez intensywność i kończąc na ogólnym wrażeniu. Nawet moja druga połówka wyraziła aprobatę, a to dość rzadkie zjawisko, bo zwykle wszystko jest za intensywne, za kwiatowe, za jakieś tam. Emocje prawie jak podczas męskiego kataru, a ja drżę czy dzisiaj mój pomysł przejdzie bez echa, a może będzie negatywnie komentowany tyle razy, że sama przestanę go lubić. W takim razie na dalszą część wpisu zapraszam osoby odporne i posiadające wyrozumiałych partnerów, którzy są w stanie przymknąć oko na niejednego bzika.
Pałeczki zapachowe to idealny sposób na długotrwały zapach w naszych pomieszczeniach. Wystarczy umieścić je w szklanym lub ceramicznym wazonie. Wytworzone są z naturalnych odpowiedzialnie wyselekcjonowanych olejków eterycznych oraz biodegradowalnego papieru. Enviroscent to długotrwały zapach bez użycia olejków i ognia - 100% natury.

Na czym właściwie to polega?
W płaskim kartoniku zamkniętych jest 6 pałeczek wykonanych z papieru i nasączonych olejkami eterycznymi. Ogólnie całość prezentuje się bardzo elegancko i bez zarzutu, a przynajmniej tak podpowiada mi mój estetyczny zmysł, który nadal jest w fazie rozwoju. Producent zapewnia, że wszystko tutaj jest w pełni naturalne i bezpieczne dla zdrowia, więc można mu już przybić piąteczkę za takie sympatyczne podejście. Wszystkie pałeczki pakowane są oddzielnie, aby móc stopniować sobie efekt i jest to bardzo dobre posunięcie, ponieważ otwarcie ich wszystkich wiązałoby się chyba z ewakuacją całego budynku mieszkalnego, ale o tym później. Po rozpakowaniu należy pałeczki umieścić w jakimś wazoniku, a jak nikt nie patrzy może być to nawet zwykły słoik po dżemie. Nie będzie elegancko i gustowne, ale zadziała. Życie jest sztuką wyboru jak to mawiał klasyk. Wszystko jest banalnie proste i nie trzeba bawić się w jakieś przelewanie płynów i inne alchemiczne czynności. Otwieramy, wkładamy do ceramicznego lub szklanego pojemnika i czekamy na efekt. Prościej się już chyba nie da, więc pora przejść do konkretnych zapachów.

Biała orchidea
Niech w naszym domu zagości zachwycający aromat wraz z obfitym bukietem, kwitnących storczyków. Ten urzekający zapach wprowadzi harmonię i błogi spokój.
Obawiałam się i to bardzo tego zapachu, bo kwiatowe kompozycje bardzo często są dla mnie uciążliwe i drażniące. Po otwarciu okazało się jednak, że jest moc i nie chodzi mi wyłącznie o intensywność. Trudno mi określić czy jest to orchidea, bo jakoś w czeluściach pamięci nie mogę odnaleźć jej zapachu. Jest to wyraźnie kwiatowy wariant, kojarzy mi się z mocnymi i charakternymi perfumami, ale takimi wzbogaconymi świeższymi akordami. Nie jest to połączenie zapachowe, które jest nadmiernie ciężkie, wręcz duszące i wysysające resztki energii. Kwiaty zdecydowanie grają pierwsze skrzypce, ale gdzieś spośród nich na światło dzienne przedostaje się ożywcza świeżość, która nie pozwala zapachowi na przejście w mdłe klimaty. Mimo wszystko uważam, że aromaty te są zarezerwowane dla trochę węższego grona odbiorców lubujących się w kwiatowej, nieco perfumeryjnej tematyce. Zapach ten na dłuższą metę może czasem wydawać się aż zanadto intensywny i aż naładowany ogromną ilością mocy. Jestem wręcz przekonana, że będzie miał swoich wiernych fanów, bo moim zdaniem posiada ogromny potencjał, ale też nie jest przeznaczony dla każdego nosa, więc trzeba się mieć na baczności. Po raz kolejny zachwycam się tym jak coś niewidzialnego może wpływać na nasze emocje i wywoływać skrajne odczucia!


Toskańska cytryna
Rosnące na słonecznym klifie, soczyste i dojrzałe cytryny. Wprowadź do wnętrza świeżość, orzeźwiającego letniego sorbetu.
Ach, co to był za zapach! Poprzednia orchidea mnie pozytywnie zaskoczyła, ale to cytryna wygrała to starcie. Nie jestem szczególną fanką tego owocu, ale tutaj było naprawdę miło jak na wakacjach gdzieś na południu. Cytryna jest bardzo świeża, intensywna i soczysta. Czasem kojarzyła mi się ze słodką oranżadką, a innym razem przywodziła na myśl ciepłą herbatkę z plasterkiem tego kwaśnego owocu. Zdecydowanie nie można się nią zmęczyć, jej intensywność nie przeszkadza, a fajnie odświeża i ożywia pomieszczenie. Ten aromat jest zdecydowanie bardziej uniwersalny i jestem przekonana, że przypadnie większości do gustu. Co za tym idzie można mu też zarzucić nijakość i pójście na łatwiznę, bo jak coś się podoba większości, to raczej nie powala niesztampowością. Przeciwnikami tego połączenia zapachowego mogą być jedynie osoby nie pałające sympatią do tego cytrusa lub szukającego czegoś bardziej skomplikowanego. Orchidea ma w sobie więcej głębi i szuka się wciąż jej drugiego dna, a tutaj aromat jest raczej jednowymiarowy, ale po prostu bardzo przyjemny, pobudzający i energetyczny. Z drugiej jednak strony, czy aby nie przesadzam i nie dopisuję do  pozornie zwykłych zapachów zbyt wymyślonego scenariusza? 

Użytkowanie, intensywność, czas działania...
Testowałam te pałeczki na wiele sposobów i nie zawsze moje próby skończyły się sukcesem. Początkowo nie wiedziałam ile otworzyć ich na raz i cieszę się, że nic mnie nie podkusiło, aby do wazonu włożyć wszystkie. Otworzyłam opakowanie i od razu wyczułam bardzo intensywny aromat, który zapowiadał, że będzie to bardzo miła przygoda. Zdecydowałam się na otwarcie dwóch pałeczek i wyszłam z mieszkania na wiele godzin. Po powrocie wyczułam w pomieszczeniu zapach intensywny, ale nie przesadnie mocny. Mimo wszystko po jakimś czasie przebywania non stop wśród zapachów stwierdziłam, że jednak moc jest tak duża, aromat jest wciąż wyczuwalny i mój nos się do niego nie przyzwyczaja. Początkowo otworzyłam wszystkie drzwi, a ostatecznie pałeczki powędrowały do innego pomieszczenia. Bardzo zaskoczyła mnie ich moc i spokojnie wystarczyłoby otwarcie jednej sztuki, aby zapach stał się leciutkim tłem. Najlepszą decyzją jest stopniowe dozowanie sobie zapachów, ponieważ jak wiadomo ich odczuwanie jest kwestią bardzo indywidualną i to co dla mnie jest delikatną poświatą dla drugiej osoby może stać się powodem bólu głowy. Producent zapewnia o ponad miesiącu użytkowania jednego opakowania, ale ja uważam, że tutaj wszystko zależy od konkretnego zapachu. W moim przypadku orchidea zasługuje na miano twardego zawodnika, z którym kontakt należy powoli dozować. Zaczęłam od dwóch pałeczek i stopniowo wraz z upływem czasu dokładałam kolejne i rozkładałam je po mieszkaniu. Po ponad 30 dniach zapach nie ma już takiej mocy, ale nadal jest wyczuwalny w niektórych pomieszczeniach. Czasem wydawało mi się, że już znikł, ale wystarczyło lekko otworzyć okno, aby nastąpiła cyrkulacja powietrza i aromat znów dotarł do mojego nosa. Oczywiście w mniej intensywnej wersji, ale w przypadku orchidei to nawet lepiej, bo jako tło spisuje się doskonale. Z kolei cytryna w moim odczuciu na samym początku była bardzo intensywna, ale dość szybko straciła swoje właściwości i potrzebowała uzupełnienia. Tak samo jak orchidea czasem traciła siłę, aby za jakiś czas wrócić z przypływem powietrza. Trochę żałuję, że ubyło jej mocy, bo zapach ten był dla mnie ogromną przyjemnością.


Pachnące podsumowanie
Mimo wszystko chyba ciężko mi porównać taką formę zapachu ze świecami, które działają na zupełnie innej zasadzie. Inną kwestią jest intensywność zapachu, która zdecydowanie zależy od konkretnego wariantu. Jest to na pewno prostsza forma kontaktu z ulubioną mieszanką aromatyczną, a i aspekty zupełnej naturalności nie są mi tutaj obojętne. Raczej propozycja dla minimalistów, a nie dla osób lubujących się w kolorowych świecach, których palenie wiąże się ze swoistym rytuałem. Nie ma tu ferii barw, chwytliwych obrazków i dziwacznych nazw, ale może jeszcze wszystko przed nami. Aspekty zapachowe są moim zdaniem tak indywidualne, że zachwalanie lub krytykowanie danej mieszanki trzeba wziąć z przymrużeniem oka, bo moje upodobania pewnie nijak się nie mają do uwielbień i antypatii innych. Zdradzę na zakończenie jedynie, że biała orchidea jest bardzo kwiecista, wielowymiarowa, elegancka i z przebłyskiem fajnej świeżości, a do tego ma ogromną siłę rażenia, więc trzeba uważać, aby z nią nie przedobrzyć, bo zachłanność czasem nie popłaca. Założę się też, że spodoba się ona każdemu, bo może być uważana za zbyt intensywną i wyrazistą. Toskańska cytryna to z kolei bardziej uniwersalna i mniej rozbudowana aromatycznie propozycja. Cieszy świeżością i soczystym charakterem pozytywnego cytrusa, który pachnie tak dobrze, że aż mam obawy czy na pewno jest prawdziwy. Jestem przekonana, że spodoba się większości, bo nie męczy, a fajnie odpręża. Jedynie mogłabym przyczepić się do mocy, której czasem mi brakowało. Tworzy fajne tło w pomieszczeniu, ale ja chciałabym jej nieco więcej. Zapach moim daniem jest tak przyjemny, że nawet duże nagromadzenie na jednym metrze nie stałoby się dla mnie przyczyną zawrotów głowy, a przynajmniej mam taką nadzieję.
Inne warianty tej przyjemnej aromaterapii możecie sprawdzić na stronie zapachdomu.pl
Cena: 79 zł za opakowanie

Jaka forma zapachów do wnętrz najbardziej do was przemawia? Lubicie kwiatowe, owocowe, a może bardziej zaskakujące nuty zapachowe? 

Caption Fragrance czyli dekorowanie wnętrza zapachem białej orchidei i toskańskiej cytryny.

sobota, czerwca 04, 2016

Dzisiejszy tytuł jest wynikiem braku weny, bo o ile o kosmetykach piszę zwykle zbyt rozwlekle, o tyle stworzenie sensownego i chwytliwego nagłówka to dla mnie niemalże heroiczny wysiłek umysłu. Smykałki to marketingu jakoś nigdy nie miałam, a i cięte riposty zwykle przychodzą mi do głowy zbyt późno, więc niestety muszę mieć nadzieję, że przynajmniej dalszą częścią tekstu nadrobię tytułowe braki. Dzisiejszy wpis będzie dotyczył rytuału kąpieli oraz tego wszystkiego co aktualnie towarzyszy mi podczas tej odprężającej chwili tylko dla siebie. Jak mówią wyniki profesjonalnych badań jakichś tam uczonych z jakiegoś tam uniwersytetu gdzieś na północy Ameryki, w kwestii codziennej kąpieli jednak nie wygrywają aspekty higieniczne, a przyjemność związana z siedzeniem w cieple. Innych może odprężać szum wody, a reszta pewnie kocha zabawy z pianą i ulubioną żółtą kaczuszką. W czasach Ludwika IV mycie się było absolutnie niewskazane i wręcz zakazane, więc pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że historia nie zatoczy koła. Wróćmy jednak do czasów współczesnych, które na szczęście przybiły piątkę z higieną, więc możemy odetchnąć z ulgą i zabrać się za mycie, szorowanie i zdzieranie. Wszystkie pokazane przeze mnie tutaj kosmetyki to nowości, które dopiero pojawiły się na sklepowych półkach, a już ustawiły się u mnie pod prysznicem i czekają na surowy werdykt. Jednym się trochę oberwało, a inne z ulgą przyjęły zasłużoną pochwałę. Jeśli jesteście ciekawi zwycięzcy to zapraszam was niżej.

Energizujący żel pod prysznic i do kąpieli malina & mięta pieprzowa
Żel zapewniający przyjemność dla ciała i zmysłów podczas kąpieli lub prysznica. Mroźna świeżość Mięty Pieprzowej została połączona z lekko kwaśną świeżością Maliny. W ten sposób powstał energizujący koktajl. Wybór i połączenie składników roślinnych dokonany w oparciu o ich dobroczynne właściwości. Formuła testowane pod kontrolą dermatologiczną.

Żel zamknięty jest w zwyczajnej buteleczce mieszczącej 200 ml produktu i myślę, że to opakowanie nie wymaga szczegółowego opisu, który natomiast bez dwóch zdań należy się zapachowi. Malina i mięta pieprzowa zdecydowanie działają na moją wyobraźnię, bo oba te komponenty uwielbiam razem i osobno. Malina to ciepło, słodycz i wspomnienia najlepszych wakacji u babci. Mięta z kolei przywodzi mi na myśl świeżość, orzeźwienie i energię. Takie zapachowe połączenie po prostu nie może się nie udać i klęska może być spowodowana wyłącznie niechęcią do któregoś składnika tej letniej mieszanki smaków i zapachów. Moje oczekiwania były konkretne, więc już na starcie żel ten nie miał ze mną łatwo. Wylałam na dłoń lekko czerwony płyn o raczej standardowej konsystencji żelu do mycia i zatopiłam się w jego aromacie. Zapach wyróżnia się na tle innych kosmetyków Yves Rocher, które aktualnie testowałam. Wszystkie mają bardzo specyficzne wonie, a ten jest bardzo klasyczny. Jest to po prostu słodziutka, wręcz landrynkowa malina. Pachnie przyjemnie i zakwalifikowałabym ten wariant jako dość typowy. Zabrakło mi nieco mięty, po której spodziewałam się energetycznej świeżości, a okazało się, że to jednak owoc wszystko tutaj zdominował, a jego zielona towarzyszka jest może gdzieś na trzecim planie i praktycznie nie daje o sobie znać. Żel pieni się bardzo dobrze, jest przyjemny w użytkowaniu i pozostawia bardzo dziwne wrażenie na skórze. Po standardowych tego typu produktach oraz emolientach skóra zwykle jest po prostu czysta i mniej lub bardziej miękka, ale tutaj dzieje się trochę inaczej. Czasem podczas mycia włosów oczyszczającym szamponem ma się wrażenie, że są one tak saute, że dosłownie 'skrzypią' w dłoniach. W tym wypadku ja miałam podobne odczucia podczas mycia ciała, bo skóra ma taką dość charakterystyczną powłoczkę. Po osuszeniu się jednak nie ma już żadnych niespodzianek i ciało jest po prostu gładkie, czyste, bez zbędnego napięcia i przesuszenia. Ogólnie rzecz biorąc jest to po prostu dobry żel do mycia o słodkim zapachu i standardowych właściwościach.

Zmysłowe mydło peelingujące Kokos
Kokosowe mydło peelingujące zapewni kąpiel po której poczujesz się zmysłowo i uwodzicielsko. Naturalne drobinki peelingujące pozostawiają skórę gładką i przyjemną w dotyku.

To mydło najbardziej zaskoczyło mnie ze wszystkich kosmetyków. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się po nim wiele, ale potwierdziła się reguła, że czasem nawet kobieta nie powinna kierować się intuicją. Jest to dość duża kostka o beżowym zabarwieniu i sporej ilości nieregularnych drobinek zatopionych wewnątrz. Zapach jest bardzo specyficzny i jestem pewna, że nie każdemu się spodoba. Nazwałabym go bardzo mydlanym, dość ciężkim, w którym wyczuwalny jest kokos, ale na pewno nie ten klasyczny, bardzo aromatyczny i słodki. Nie jestem szczególnie oczarowana tym aromatem, ale nie jest też dla mnie specjalnie drażniący, po prostu to nie moja bajka. Kostka jest większa niż klasyczne mydełko, waży 200 g i można moim zdaniem używać jej na dwa sposoby. Pierwszy wariant to standardowe mycie po namydleniu rąk i rozprowadzeniu masy na całym ciele. Dodam, że produkt ten pod wpływem wody szybko się rozpuszcza i ma bardzo gęstą i treściwą konsystencję, która raczej nie przypomina piany, ale myje równie skutecznie. Drugim sposobem jest wykorzystanie właściwości peeligujących, których najbardziej się obawiałam. Spodziewałam się raczej słabego efektu, ale to jednak raczej konkretny zawodnik. Bierzemy mydełko w dłoń, przykładamy do ciała i zaczynamy masaż. Po chwili czuć, że drobinki są naprawdę ostre i robią konkretną robotę. Jest ich raczej odpowiednia ilość, bo więcej mogłoby sprawić, że kąpiel byłaby nieco drażniąca i uciążliwa. Właściwości peelinujące są bardzo dobre, a poza tym mydełko świetnie oczyszcza i co najważniejsze nie pozostawia skóry napiętej i podrażnionej jak to się dzieje często w przypadku klasycznych mydeł. Zapewne przyczyną tego stanu rzeczy jest skład, który jak w większości produktów tej marki niemalże w całości zawiera składniki pochodzenia naturalnego. Nie jestem jakąś zagorzałą fanką wszystkiego wprost z natury, ale jakoś tak zwykle lżej mi się robi na duszy, kiedy wiem, że na swoje ciało nakładam coś o takim przyjaznym składzie. Oczywiście nawet najbardziej luksusowe mydło nadal walczy ze skojarzeniami z jego szarym kuzynem, ale mimo wszystko tu pokazało swoje zdecydowanie bardziej współczesne i przyjemne oblicze. 

Energizujący peeling cukrowy do ciała mandarynka & cytryna & cedr
Peeling do ciała z naturalnymi drobinkami peelingującymi. Wyjątkowa formuła, która peelinguje i odżywia skórę jednym gestem. W sercu zapachu znajduje się silnie pobudzający koktajl olejków eterycznych z Mandarynki, Cytryny i Cedru, który przywraca energię.

Scrub zamknięty jest w plastikowym słoiczku o pojemności 150 ml. Design jest raczej dość zwyczajny i przyjemy dla oka. Kolejny raz muszę wspomnieć, że zapach jest bardzo specyficzny i raczej niespotykany w typowych tego typu produktach. Ja nazwałabym to jako efekt lekko przydymiony. Nie mam na myśli żadnych kadzidlanych nut aromatycznych, ale mam wrażenie, że aromaty te są dość naturalne, niejednorodne i wielowymiarowe. Nie jest to na pewno słodziutka mandarynka w akompaniamencie energetycznej cytryny. Mamy w tym wypadku do czynienia z dość neutralnymi cytrusami zmieszanymi z równoważącym słodycz cedrem. W moim odczuciu aromat ten można zakwalifikować do kategorii tych wytrawnych. Konsystencja kosmetyku jest bardzo gęsta, ale nie nadmiernie zbita przez zawarte w środku drobinki. Jest treściwa i twardawa, ale to głównie przez bazę, którą jest masło shea oraz oleje. Jeśli peeling postoi chwilę w ciepłym miejscu to można zauważyć, że jego struktura lekko się rozpuszcza i gdzieniegdzie forma stała masy zamienia się w lekko płynną, a dokładnie olejkową. Peeling na ciało nakłada się bardzo przyjemnie i podczas mycia tworzy aksamitną strukturę. Odnośnie właściwości zdzierających to moim zdaniem są dość średnie i mydełko opisywane wcześniej posiada zdecydowanie bardziej agresywne drobinki. Scrub ten będzie odpowiedni dla osób lubiących umiarkowany stopień złuszczania. Już pod prysznicem czuć, że masa te jest bardzo olejowa i maślana, bo lekko się rozpuszcza, ale mimo wszystko pozostawia na ciele wyraźną powłoczkę, której woda nie zmywa do końca. Po osuszeniu na skórze dalej zauważalna jest ta poświata, więc uprzedzam wszystkich zwolenników i przeciwników takiego efektu końcowego. Mi on akurat nie przeszkadza jeśli mam świadomość co tak naprawdę kryje w sobie dany kosmetyk i co po sobie na mnie pozostawia. N dobrze...przyznam się, że ta forma sprzyja mojemu lenistwu, kiedy po kąpieli łóżko tak mnie przyciąga, że perspektywa nałożenia balsamu to istna walka z samym sobą.

Zmysłowy balsam do ciała wanilia
Balsam do ciała łączący przyjemność dla zmysłów i intensywne odżywienie. Nuta wanilii uprawianej według tradycji z Wyspy Bourbon otula ciało i zapewnia efekt zmysłowości. Wybór i połączenie składników roślinnych dokonany w oparciu o ich dobroczynne właściwości.

Po kąpieli oczywiście trzeba doprowadzić sprawy do końca i zastosować balsam, który zatrzyma jak najwięcej wilgoci w skórze i prawidłowo zaopiekuje się lekko nadwyrężoną skóra, która przed chwilą była narażona na działanie gorącej wody oraz kosmetyków złuszczających. Balsam ten zamknięty jest w niemalże identycznym opakowaniu jak uprzednio opisywany scrub. Również właściwości zapachowe są bardzo podobne i znów mamy do czynienia z niesztampowością. Jest to wanilia, ale znów nie taka typowa i słodka, a raczej wytrawna i przypominająca mi taką, która towarzyszy jakimś cukierniczym wypiekom. Zapach jest intensywny, nieco przytłaczający i nazwanie go zmysłowym w pewnym sensie jest słuszne. Pytanie tylko brzmi, czy ten aromat będzie odpowiedni na tą porę roku? Mam wątpliwości czy nie jest trochę za ciężki i intensywny, bo mimo wszystko wanilia zawsze kojarzyła mi się z jesiennymi klimatami. Balsam ma biały odcień i bardzo gęstą, treściwą konsystencję. Przyjemnie rozsmarowuje się na ciele, pozostawia zauważalną powłoczkę, która nie wchłania się do końca. Ja stosuję go wieczorem, ponieważ na rano wydaje mi się zbyt ciężki i nie lubię mieć w czasie upałów ciała pokrytego jakimś tłustawym filmem, a wyjątkiem jest tylko krem z filtrem. Oczywiście jeśli nałożymy go odpowiednio mniej, to jest w stanie wchłonąć się prawie zupełnie, ale ja wolę wieczorem robić sobie taki treściwy kompres. Ze względu na gęstość nazwałabym ten produkt raczej masłem, tym bardziej, że to właśnie shea dominuje w jego składzie. Jeśli zaaplikuję wieczorem ten kosmetyk, to w nocy dzieje się magia i rano skóra jest wprost idealna, gładka, aksamitna i absolutnie przyjemna w dotyku. Produkt ten zdecydowanie kupił mnie tym świetnym działaniem!

Podsumowanie
Wszystkie kosmetyki mają niewątpliwie swoje mocne i słabsze strony, o których miałam przyjemność napisać. Żel ma wyróżniający się na tle innych bardzo cukierkowy i soczysty zapach, któremu moim zdaniem zabrakło nieco świeżej mięty. Nie mniej jednak uważam, że jest to po prostu dobry produkt do codziennego mycia ciała. Peeling również spełnił swoją rolę, ale ja osobiście wole po prostu produkty działające nieco mocniej. Inną zagwozdką jest pozostawianie przez niego filmu na skórze, który jest kwestią dyskusyjną. Ja jednak najbardziej polubiłam mydełko peelingujące w kostce oraz balsam. Oba produkty mają bardzo specyficzne, nieco wytrawne i ciężkawe zapachy, które są moim zdaniem jak niszowe perfumy, bo nie każdy je polubi, ale jak już znajdzie się koneser to odda za nie naprawdę wiele. To nie jest do końca moja bajka, ale ich działanie zdecydowanie jest warte wydanej gotówki. Mydło świetnie oczyszcza, a poza tym ma intensywne właściwości zdzierające, co uwielbiam. Pierwszy raz stosuję taki produkt, ale już wiem, że teraz będę się intensywniej rozglądała za takimi kosmetykami. Również balsam oczarował mnie swoimi wygładzającymi właściwościami. On rzeczywiście działa, bo skóra jest niesamowicie gładka, delikatna, a ja czuję się w niej po prostu komfortowo jak w ulubionych i leciwych trampkach. To był mój pierwszy raz z kosmetykami pielęgnacyjnymi tej marki, ale na pewno nie ostatni. Zabrzmiało to trochę sztampowo, więc dodam, że teraz zaintrygowały mnie ich zapachy, bo sugerując się aromatami kosmetyków pielęgnacyjnych, jestem pewna, że perfumy do odtwórczych nie należą.

Znacie kosmetyki marki Yves Rocher? Macie jakichś swoich ulubieńców, na których warto zwrócić uwagę? 

Pod prysznicem z nowościami od Yves Rocher.