Nie wiem czy zgodzicie się ze mną, ale w ostatnim czasie wszyscy zmieniliśmy się w oglądaczy, a może raczej podglądaczy? Wszelkiego rodzaju bodźce najszybciej docierają do nas w formie obrazu. Przykładem może być wielka popularność takiej strony jak Instagram, gdzie tekst pełni role trzeciorzędną, a to właśnie zdjęcie jest clou programu. 

Jeśli chcemy cokolwiek sprzedać musimy to koniecznie zapakować w fotografię, a najlepiej, aby była ona jak na najwyższym poziomie. To tak jak ze schabowym, który w domu smakuje jak zwykła strawa, ale kiedy w restauracji zapłacimy za niego 50 zł, to zaraz wyczujemy miękkość wieprzowiny, która chowała się w warunkach ekologicznego szczęścia. Działa to na zasadzie wmawiania sobie rzeczy nieistniejących, czyli muszę kupić nową lokówkę, bo... i tu pada cała masa kompletnie nieracjonalnych argumentów, które mają przesłonić fakt, że tak naprawdę niczego nie potrzebuję, ale to jest takie ładne, takie fajne, takie popularne. Powiem nawet, że człowiek jest w stanie więcej zapłacić za produkt z dobrą obróbką graficzną niż za taką samą rzecz bardziej ubogą pod względem obrazkowego marketingu. Suma summarum nasze blogi również są pewnego rodzaju produktem, który chcemy sprzedać. Może większość z nas nie otrzymuje za to gotówki, ale zamiast banknotów dostajemy wejścia na bloga lub propozycje współpracy, a to jak wiadomo nakręca cały ten blogowy biznes.

Pamiętam jeszcze czasy jak w gazecie lokalnej można było spotkać ogłoszenia w formie tekstowej o sprzedaży samochodu lub jakiegokolwiek sprzętu gospodarstwa domowego. Wyobrażacie sobie teraz, aby zainteresować się jakąkolwiek ofertą nieopatrzoną w fotografię? Podobnymi prawami rządzi się blog, na który wpada czytelnik i często rzuca okiem na zdjęcia, a tekst pozostawia bez jakiegokolwiek odzewu. Ma być szybko łatwo, ładnie i bez zbędnego wysiłku... Nie chcę być tutaj hipokrytką, ponieważ sama z rozrzewnieniem lubię oglądać piękne zdjęcia, nierealnie idealne twarze blogerek oraz makijaże, które już dawno przestały być wytworem ręki ludzkiej, a stały się produktem programu graficznego. Na tym właśnie polega magia zdjęcia, które co prawda nie zawsze przedstawia prawdę, ale najczęściej kusi jak czekoladowy tort wieczorową porą, kiedy my już dawno umyliśmy zęby. 

W takim razie czy blog bez zdjęć ma jakąkolwiek rację bytu i możliwość przetrwania? Moim zdaniem tak, ale tylko taki, który ma duszę. Co przez to rozumiem? Blogi pisane z wyższych pobudek, tworzone z serca, o tematyce bardzo osobistej lub nieco niszowej. Tam stronę czyta zżyta już z blogiem grupa osób, która staje się pewnego rodzaju krwiobiegiem, który napędza autora do dalszego tworzenia. Oni nie szukają chwilowej rozrywki i wizualnych bodźców, a chwili ukojenia, momentu na przemyślenie pewnych spraw, dyskusji na poziomie. 

Czy mój blog ma duszę? Nie ma, a posiada tylko pewnego rodzaju instynkt przetrwania. Tak jak dzikie zwierze, które nad nikim się nie lituje, bo wie że przeżyją najsilniejsi. Mówię to bez ogródek, bo pasja do kosmetyków i całej tej reszty kobiecych zabawek nigdy nie była przeze mnie traktowana śmiertelnie poważnie. Sprawia mi to niebywałą frajdę, pasjonuje, ale nigdy nie powiedziałabym, że to moje największe zainteresowanie, któremu z chęcią poświęciłabym całe życie. Chyba gdzieś tam głęboko we mnie tli się jednak takie przekonanie, że człowiek stworzony został do trochę wyższych celów niż tylko takie przyziemne przyjemności i błahostki, więc wypadałoby pisać mądrzej, poważniej, lepiej. Czasem czuję się jak pilot jakiegoś samolotu, który musi włączyć guzik katapulty i ewakuować się z tego przyziemnego pokładu pisząc coś niekwalifikującego do rozterek kobiety, posiadającej umysł nieskażony żadną myślą. A może to tylko próba tłumaczenia się przed sobą i przed innymi, że pisanie bloga o takiej, a nie innej tematyce nie jest świadectwem braku zainteresowań rzeczami wyższymi?

Blondynki są głupie, rudzi są wredni, a blogerka pisząca o lekkich tematach zapewne szczyci się mądrością równą hubie rosnącej na drzewie. Stereotypy są tak samo przypisane do naszej kultury jak pisanie na fladze swojego miejsca zamieszkania, chociaż wokół się słyszy, że to nie wypada, a nawet zabronione jest prawnie...

Gdzie zaprowadzi mnie ten blog za jakiś czas? W krainę komercji i piękna absolutnego, czy gdzieś do jakiejś ciemnej dziury, do której ktoś zajrzy raz na jakiś czas i to tylko przez przypadek? Teraz tego nie wiem, ale czuję się jak nieukształtowany kawałek gliny, który każdy może uszczknąć i pozostawić w niej swój ślad. Zobaczymy czy moje dłonie uformują z niego coś pięknego, czy rozpadnie się pod wpływem czasu lub braku konkretnych celów...