Kolejny raz ktoś chce mi za wszelką cenę udowodnić, że nie jestem prawdziwą kobietą. Noszę rozmiar 34, mam szczupłe nogi, płaski brzuch, więc powinnam się wstydzić. Z bzdurnego artykułu spoglądają na mnie szczupłe modelki oraz kobiety, dla których większa waga nie jest żadnym problemem. Jak się okazuje te pierwsze są synonimem zła, anoreksji, głodzenia się i niewłaściwego przykładu, podczas gdy druga grupa to świadome kobiecości panie swojego losu. Ja co prawda modelką nigdy nie mogłabym być, ale mimo wszystko bliżej mi do tych wychudzonych nieszczęśnic niż do zadowolonych z życia pulchniejszych przedstawicielek mojej płci. Cóż to znowu za nowomoda opanowała mass media? Czy tu są prawdziwe intencje walki z anoreksją, czy jednak ktoś zorientował się, że na promowaniu innych sylwetek może coś ugrać? Jak się okazuje ze swoją małą pupą i raczej chłopięcą budową ciała powinnam się schować w najciemniejszym kącie, ponieważ nie mam za grosz kobiecości i swoim wyglądem hołduję niezdrowym ideałom, a teraz prym mają wieść właśnie bujniejsze biodra i brzuchy. Zanim ustąpię im miejsca na piedestale, to zapytam jeszcze gdzie są kobiety otyłe z małymi piersiami, albo filigranowe z ogromnym biustem? Nie zapomnijmy też o tych z płaską pupą lub bez najmniejszego wcięcia w tali. Media za wszelką cenę starają się być poprawne politycznie i serwują nam kolejną papkę w postaci ideału kobiety, która nosi duże rozmiary, ale zauważcie, że zawsze figurę ma jak klepsydra, a co z jabłkami, gruszkami lub innymi nieproporcjonalnymi sylwetkami? One są już passe? Na zdrowy rozsądek ile grubszych kobiet może rzeczywiście poszczycić się tą pożądaną klepsydrą?

Na deser chciałabym poruszyć jeszcze jedną kwestię. Znacie ciekawą zależność kiedy grubsza koleżanka nazywana jest puszystą lub krągłą, a chudsza to szkielet, który pewnie nic nie je. Podświadomie czujemy, że większa tusza może być dla kogoś obraźliwa, a mniejsza to już pewnego rodzaju komplement. Nie znam się na psychologii, ale to rodzaj szpileczki, którą lubimy wbijać innym. Powiem jej, że jest chuda, odrobinę ją obrażę, sama się łatwo dowartościuję, ale kiedy zobaczę, że ją to dotknęło, to zawsze będę miała wytłumaczenie, że przecież każdy chce być szczupły, więc o co jej do diabła chodzi?

Nie, ja nie popieram anoreksji i otyłości, które są chorobami, ale miło byłoby gdyby wszyscy widzieli, że na świecie nie ma wyłącznie dwóch przeciwstawnych obozów, które walczą ze sobą na śmierć i życie. Aby udowodnić swoje racje są zdolne wydrapać sobie oczy i wyrwać włosy z głowy. Każdy artykuł konfrontujący chudość z grubością wywołuje niemalże rewolucję, a z oddali widać kobiety zaciskające pięści, gotowe bić się o swoje racje. Poza chudymi i grubymi są jeszcze kobiety o bardziej zróżnicowanych sylwetkach, dotknięte różnego rodzaju schorzeniami i defektami, których nie da się naprawić dietą lub ćwiczeniami. Nie mam pośladków Kim Kardashian, nóg Anji Rubik i biustu Scarlett Johansson, a mimo wszystko się sobie podobam, mimo że codziennie ktoś z nie do końca poznanymi przeze mnie intencjami próbuje mi udowodnić, że dopiero jak przytyję 20 kg to poczuję się dobrze sama ze sobą i może wtedy nie będę już chudym problemem społeczeństwa. Przecież ja na pewno się głodzę, dążę do chorych ideałów i jestem złym przykładem dla innych. Naprawdę nikomu nie przyjdzie do głowy, że sylwetkę często otrzymujemy zapisaną w kodzie genetycznym i to jak wyglądamy nie zawsze zależy tylko od naszego widzi mi się? Z drugiej strony po co nadmiernie przegrzewać zwoje mózgowe i myśleć, przecież mamy zamiast tego nasze sprawdzone stereotypy, dzięki którym od dawien dawna wiadomo, że gruby jest anonimowym żarłokiem, a chudy głodzi się oraz jak roślina czerpie energię wyłącznie promieni słonecznych i o dziwo nie zzieleniał jeszcze przeprowadzając proces fotosyntezy.

Mam świadomość, że wiele otyłych kobiet również źle się czuje z bombardującymi je zdjęciami szczupłych ciał, jednak jak chciałam ugryźć sprawę z chudszej perspektywy i zakomunikować, że kij ma zawsze dwa końce. A Wy jak czujecie się ze swoją sylwetką, lubicie ją, czy wolałybyście mieć inną? Akceptujecie każde ciało, czy powielacie stereotypy o jednym, słusznym wyglądzie kobiety? Standardowością na równi są chude nogi, duże piersi, mała pupa, szeroka talia, obfite łydki. Normalnością jest po prostu nasza różnorodność, a nie figura modelki z wybiegu, kształty plus size, atletyczna sylwetka lub wyrzeźbione mięśnie kulturystki. Uważasz, że właściwy rozmiar to ten średni, a więc pozostałe są odstępstwem od normy, którą ustaliłeś Ty, media, a może społeczeństwo?