Motywacją do dzisiejszego wywodu słownego stała się informacja jaką bez mojej aprobaty doniósł mi szanowny portal Marka Zuckerberga o tym, iż mój znajomy zdobywa wiedzę na wyższych studiach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przecież w naszym kraju prawie każdy z mojego pokolenia szczyci się magistrem przed nazwiskiem. Frapujące było jedynie to, że tenże mężczyzna nigdy nie należał do orłów, a powiem nawet, że był typową klasową gęsią, która jakimś cudem przykuśtykała z klasy do klasy. Matka wszystkich nauk nigdy go nie lubiła, a teraz tenże student po opłaceniu odpowiedniej kwoty dumnie zasila szeregi politechniki na kierunku, gdzie matematyka jest chlebem powszednim. W dziwnym kraju przyszło nam żyć. Miejmy nadzieję, że przyszły pan inżynier za jakiś czas nie skonstruuje niczego do użytku publicznego, bo możliwe będą straty w ludziach. 

Po beztroskim ukończeniu liceum z zadartą głową wybrałam się na studia żyjąc w przekonaniu, że nie idą na nie jedynie jakieś niziny społeczne. Oj ja głupia, niedoświadczona i uprzedzona! Nie poszłam na kierunek marzeń, a na coś na zasadzie przetrzymania i już wtedy zaczęłam rozumieć swój błąd. Oczywiście nie zaprzeczam, że wiele uczelni lub kierunków skupia ludzi na poziomie i spod ich skrzydeł wyfruwają cenne jednostki, ale większość to po prostu zbiór przypadków, które kompletnie nie mają pojęcia co zrobić ze swoim życiem. Świadomie unikam tutaj wzmianek odnośnie zawodów, których nie można uprawiać bez ukończenia studiów. Interesuje mnie wyłącznie grupa kierunków, które wyrastają jak grzyby po deszczu i najzwyczajniej generują kolejne rzesze ludzi bez przyszłości, którzy dopiero po studiach obserwują jak pęka mydlana bańka, a rzeczywistość daje im coś zupełnie innego niż ich wyobrażenia o stanowiskach, pieniądzach i statusie społecznym. Możemy bowiem wpisać sobie do CV pięknie brzmiące wykształcenie, kierunki promowane przez uczelnie, enigmatyczne tematy zajęć ale prawdopodobieństwo, że ktoś zwróci na nie uwagę jest znikome. W taki sposób osoby z prawdziwym powołaniem i chęcią studiowania gubią się gdzieś między gromem nieszczęsnych magistrów. Jeśli mam być bardziej poprawna politycznie to dodam, że rozumiem, że każdy widzi w wykształceniu możliwość lepszego życia, ale aktualnie rynek pracy jest tak przesycony, że z perspektywy pracodawcy nie wiadomo co jest zaletą, a co wadą. Czy mężczyzna starający się o posadę magazyniera posiadający licencjat z pedagogiki to dobry kandydat na to miejsce?

Jeszcze jakiś czas temu szkoła zawodowa była synonimem zwykłego nieuctwa i każdy uciekał od niej jak najdalej. Teraz takie wykształcenie często symbolizuje dobre zarobki, bo pracodawcy szukają ludzi o konkretnych umiejętnościach, a nie o pozornym wykształceniu wyższym zdobytym w kompletnie nieznanej filii uczelni równie niekojarzonej i niepoważanej. Chcesz pracować? Masz już na wstępie coś umieć i być gotowy do przynoszenia zysków firmie. Posiadając jakiś tam papier i zapewne niepotrzebną wiedzę niestety nie jesteś atrakcyjny.

A gdzie ja jestem w tym barwnym studenckim korowodzie? W miejscu, w którym przyznaję, że moje studia niekoniecznie były totalną porażką, ale absolutnie wyobrażam sobie swoje życie bez nich. Niestety, ale tak ważną decyzję podejmujemy będąc jeszcze niczego nieświadomymi dziećmi, a niepójście na wyższą uczelnię czasem wiąże się wyłącznie z wydziedziczeniem. Skoro moi rodzice nie mieli takiej możliwości, a ja raczej głupia nie jestem, to studia są jedyną słuszną decyzją. Kierunek? To przecież większego znaczenia nie ma i tak nie dostanę się na medycynę, mechatronikę, ani nawet prawo, więc reszta to i tak jedna chwała. To takie trochę spełnianie marzeń rodziców i jednoczesne nieprzygotowanie do dorosłego życia.

Świat się zmienia niebywale szybko i aktualnie jednak coraz większe znaczenie na rynku pracy mają osoby o umiejętnościach, których nie da się zdobyć na żadnej uczelni. Są to zdolni samoucy, którzy nie machają przed oczami dyplomem, a najzwyczajniej w świecie potrafią wybić się ponad przeciętność rzadko spotykaną wiedzą. Niejednokrotnie sami zdobyli umiejętności metodą prób i błędów, nie są inżynierami, a i tak rozkładają na łopatki swoich wykształconych konkurentów. Niech podsumowaniem moich słów będzie fakt, że znam osobę, która nie ukończyła studiów, a zarabia pięciocyfrowe kwoty i kojarzę mnóstwo takich, którzy są magistrami, a umowa o pracę nigdy ich nie dotyczyła. Nie wszystko jest regułą, ale przesyt pozornie wykształconych studentów psuje w pewnym sensie rynek pracy, a nauka przestaje mieć wartość jaką szczyciła się jeszcze w pokoleniu moich rodziców. Sama jestem magistrem inżynierem i kompletnie nie wiem czy to brzmi jeszcze dumnie. 

A co Wy sądzicie o studiach? Możecie pochwalić się dyplomem, czy nie ma on dla Was znaczenia? Uważacie, że wyższe wykształcenie w aktualnych czasach to inwestycja w przyszłość, czy strata czasu?