Czerwień toleruję praktycznie tylko na paznokciach. Noszę ją o każdej porze roku i w najróżniejszych odcieniach. Podoba mi się jej elegancja, ponadczasowość i dopasowanie do wielu okazji. Nic więc dziwnego, że pierwszym lakierem opisywanym na moim blogu jest taki o zmysłowym odcieniu czerwieni, zamknięty w niezwykłą buteleczkę. Dodam tylko, że była to limitowana kolekcja sygnowana przez Posh Spice i aktualnie nie jest już dostępna. Poza tym odcieniem dostępny był także Bamboo White, który kusił mnie piękną bielą, ale jednak tym razem wygrał rozsądek, a nie chwilowe emocje, którym ulegam zdecydowanie zbyt często.


Wysmakowana elegancja
Przeciętny lakier zwykle składa się z jakieś buteleczki i zakrętki. Tu praktycznie mamy podobną sytuację, ale czy na pewno? Całość wykonana jest ze szkła weneckiego, które jest bardzo ciężkie i w dotyku przypomina ceramikę. Z zewnątrz pakowanie jest praktycznie całe białe i tylko po bokach widać odcień lakieru zamkniętego wewnątrz. Podoba mi się ten minimalizm, elegancja i niezwykłość zamknięta w bieli, czerni i czerwieni. Jak możecie zobaczyć na zdjęciach, zdejmujemy prostokątną zatyczkę, pod którą znajduje się nijaka zakrętka, która lekko mnie zaskoczyła. Bez problemu trzyma się ją podczas malowania paznokci, więc jej uroda jest kwestią drugorzędną. Dodam tylko, że pierwszy raz mam ochotę zostawić opakowanie lakieru na pamiątkę. Jestem typem chorobliwego zbieracza, więc proszę się nie dziwić. 


Pomidorowa czerwień
Szczerze mówiąc spodziewałam się, że lakier promowany przez Victorię będzie oscylował pomiędzy ognistą czerwienią, a głębokim bordo. Ku mojemu zaskoczeniu odcień ten lekko wpada w pomarańcz, więc od razu skojarzył się z sokiem pomidorowym. Na początku byłam dość sceptyczna, ale ostatecznie muszę stwierdzić, że mimo moich początkowych obaw, aktualnie jestem na tak. Odcień jest bardzo energetyczny i daleko mu do zimnej i przesadnie luksusowej czerwieni.


Konsystencja, aplikacja i trwałość
Od razu muszę zaznaczyć, że lakier w kwestiach technicznych jest naprawdę świetny. Konsystencja nie jest uporczywie gęsta, ani zbyt rzadka. Lakier nakłada się bardzo szerokim i wygodnym pędzelkiem, dzięki któremu na węższych paznokciach można go rozprowadzić już za jednym pociągnięciem. Nie zastyga zbyt szybko, więc nie tworzy żadnych smug i można nanosić poprawki, a dodatkowo przez kilka miesięcy nie zmienił gęstości. Jedna warstwa jest praktycznie całkowicie kryjąca, a jedynym mankamentem może być fakt, że białe końcówki paznokci mogą lekko prześwitywać. Raz nałożony wysycha zaskakująco szybko, a druga warstwa w raczej przeciętnym czasie. Żeby jednak nie było tak słodko i miło, muszę napisać o trwałości. Moim zdaniem jest ona bardzo przeciętna. U mnie z reguły każdy lakier utrzymuje się maksymalnie trzy dni, a najczęściej zwykle drugiego dnia wszystko odpryskuje. Pracuję fizycznie, moje dłonie narażone są na zniszczenia, więc lakier nie ma u mnie lekko. Judo Red również najczęściej wytrzymuje na moich paznokciach do trzech dni. Ne jest to dla mnie szczególne zaskoczenie, ale mimo wszystko miałam nadzieję na więcej.


Podsumowanie
Zachwycona jestem niesztampowym opakowaniem, polubiłam pomidorowy odcień, uwielbiam pędzelek i konsystencję, ale nie do końca ucieszyła mnie trwałość lakieru. Co prawda jest to wersja limitowana, z której dostępnością jest ciężko, ale teraz mam ogromna ochotę na inne lakiery tej marki. Zdradzę, że już jeden mam i za jakiś czas napiszę o nim troszkę więcej. Czyli jednak z moją silną wolą jest jednak słabo... 

Cena: 59 zł/14 ml

Lubicie czerwień na paznokciach? Podoba wam się opakowanie, czy jednak macie jakieś sugestie?