czwartek, listopada 19, 2015

The Body Shop, orzeźwiająca linia Virgin Mojito

Aktualnie otaczam się tymi wszystkimi aromatami szarlotek, pierników, czekolad i korzennych wariacji. Chyba działa tak aktualna pogoda oraz świąteczne dekoracje zerkające na mnie z witryn sklepowych, które codziennie mnie informują, że "coraz bliżej święta, coraz bliżej święta...". Pewnego dnia postanowiłam zajrzeć co ciekawego na zimowe klimaty serwuje The Body Shop i... wyszłam z orzeźwiającym połączeniem mięty i limonki. Tak to się jakoś stało, że na chwilę odebrało mi rozum, poniosły mnie emocje i obudziłam się dopiero przy kasie z portfelem w dłoni, ale to już nie tak bardzo pozytywna strona tej historii. W takim razie zamykajcie oczy i przenosimy się na jakąś egzotyczną plażę, stawiamy kroki na gorącym piasku, wkładamy słodko pachnący kwiat za ucho i oddajemy się sensualnym przyjemnościom.
Przywitaj się ze słońcem, piaskiem i morzem przy najbardziej odświeżającym drinku na świecie, mojito. Aby pomóc Ci w pełni rozkoszować się latem o smaku Karaibów, stworzyliśmy odświeżający koktajl specjalnie dla Twojej… skóry! Nowa edycja limitowana serii do ciała Virgin Mojito od The Body Shop to nawilżająco chłodzące produkty idealne na lato! Stworzyliśmy tę linię tak, aby pachniała jak prawdziwe mojito. Orzeźwiający aromat świeżej mięty połączyliśmy z odrobiną soku wyciśniętego z limonki, aby pobudzić Twoje zmysły.

Standardowe opakowania
Nie będę zbyt wylewna, bo pojemniczki są takie jak zawsze. Masło zamknięte jest w opakowaniu z grubego plastiku a scrub mieści się w słoiczku przypominającym mi brylantynę do włosów. Fajna estetyka, jak zawsze udana grafika, ale poza tym nie widzę tutaj powodów do większego rozpisywania się. Kosmetyki są tak znane, że kwestie ich wyglądu są nieistotne, bo wszyscy je na pewno przynajmniej raz w życiu widzieli.   

Zapach!
Nie jestem wielką fanką cytrusów, ale tutaj dzieje się magia. Na pierwszym planie znajduje się soczysta limonka, a zaraz nią podąża świeża mięta. Aromaty są jednocześnie bardzo naturalne i niesamowicie słodkie. Moja wyobraźnia podpowiada, że takie połączenie smakuje jak mocno posłodzony napój, którego bąbelki intensywnie buzują na języku. Ta mieszanka od razu przywołuje mi na myśl upalne wakacje, nieco chłodniejszy wieczór na plaży i ogromne pragnienie gaszone kolejnym drinkiem, który nie daje ukojenia. Na skórze czuję ślady, które zostawiło słońce, powietrze jest gęste i lepkie, a wieczór długi i pełen niespodzianek. Ten zapach to ciepło, orzeźwienie i słodycz w jednym. Po rozsmarowaniu na ciele staje się bardziej subtelny, delikatny, mniej słodki i energetyczny. Nie skradł mi serca, ale bardzo mnie zauroczył. Nijak nie pasuje do aktualnej aury, ale jest miłą odskocznią od jesiennej melancholii. Składniki kosmetyków pochodzą z Karaibów i nawet nie macie pojęcia jak bardzo im zazdroszczę...

Scrub do ciała
Konsystencja jest dość rzadka i bardziej przypomina galaretkę. W zielonkawym płynie zanurzone jest mnóstwo białych drobinek i zdecydowanie mniej większych cząstek w kolorze zielonym. Nie jest to peeling mocno zdzierający, a raczej kosmetyk do zastosowania na co dzień. Przyjemnie rozprowadza się na skórze, nie podrażnia jej mocą złuszczania, a po zmyciu nie pozostawia tłustej warstwy, a jedynie subtelny aromat. Myślę, że byłby idealny na lato, ale jeśli takowym nie dysponujecie, to nie martwcie się, bo zimą też się sprawdzi. Z powodu płynnej konsystencji i przeciętnej ilości drobinek, jestem skłonna stwierdzić, że jest to produkt raczej średnio wydajny. Kąpiel przy jego użyciu jest zdecydowanie sensualna i pozytywnie nastrajająca, ale niekoniecznie pełna ekstremalnych doznań podczas zdzierania naskórka. 


Masło do ciała
Ma dość twardą strukturę, która na całe szczęście jest lekka, nieobciążająca i wydajna. Po nałożeniu na skórę nie wchłania się całkowicie, ale pozostawia ten pozytywny rodzaj warstewki, która sprawia, że ciało jest bardzo miękkie, pachnące i aksamitne w dotyku, ale nie przesadnie tłuste. Ja nie akceptuję balsamów lub maseł, które wchłaniają się całkowicie i nie pozostawiają niczego na ciele. Przy zastosowaniu go po wieczornej kąpieli, rano nadal czułam, że skóra jest w bardzo dobrej kondycji, co nastroiło mnie niebywale pozytywnie. Uwielbiam masła TBS, bo perfekcyjnie trafiają w moje preferencje. Nie mam większych problemów z ciałem, więc ładny zapach, odpowiednia wchłanialność i przyjemna w dotyku skóra są dla mnie wyznacznikiem kosmetyku idealnego. Czasem tylko moje łydki ulegają lekkiemu przesuszeniu, ale i ta dolegliwość jest niestraszna dla tego masła. Otacza skórę taką niewidzialną kołderką i sprawia, że czuje się ona pięknie i komfortowo. Więcej naprawdę już nie potrzebuję, bo w kwestii pielęgnacji ciała jestem wyjątkowo wierna i niespecjalnie kręcąca nosem.


Podsumowanie flirtu z Mojito
Jeszcze raz dodam, że zapach wydawał się zupełnie nie dla mnie, a okazał się orzeźwiającym strzałem w dziesiątkę. Oba kosmetyki spełniły moje oczekiwania, ale jeśli miałbym komuś doradzić w kwestii zakupu, to zdecydowanie wybrałabym masło, które będzie bardziej wydajne i korzystniejsze dla ciała i portfela. Podoba mi się w nim praktycznie wszystko, a jedyną wadą jest fakt, że niestety kiedyś się kończy. W takim razie kończę i ja, zabieram do łazienki mój oręż o zapachu limonek oraz mięty i życzę sobie jak najdłuższego aromatycznego relaksu...


Cena: masło 69 zł/200 ml, scrub 65 zł/ 250 ml

Znacie kosmetyki The Body Shop? Chcecie je poznać, zawiedliście się na nich, czy po prostu was nie interesują? 


0 komentarze :

Prześlij komentarz

Tu też może ci się spodobać

Recent Posts Widget
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Follow Me @ SoraTemplates

Popular Posts

5 w piątki

Miniatury kosmetyków - 5 sposobów, aby ich rzeczywiście używać

Miniatury kosmetyków pozornie wydają się bardzo niekłopotliwymi kosmetykami, które można wykorzystać na wiele różnych sposobów. Teoria to...

Bloglovin

Follow

Archiwum bloga

Obserwatorzy