Dzisiejszy tytuł jest wynikiem braku weny, bo o ile o kosmetykach piszę zwykle zbyt rozwlekle, o tyle stworzenie sensownego i chwytliwego nagłówka to dla mnie niemalże heroiczny wysiłek umysłu. Smykałki to marketingu jakoś nigdy nie miałam, a i cięte riposty zwykle przychodzą mi do głowy zbyt późno, więc niestety muszę mieć nadzieję, że przynajmniej dalszą częścią tekstu nadrobię tytułowe braki. Dzisiejszy wpis będzie dotyczył rytuału kąpieli oraz tego wszystkiego co aktualnie towarzyszy mi podczas tej odprężającej chwili tylko dla siebie. Jak mówią wyniki profesjonalnych badań jakichś tam uczonych z jakiegoś tam uniwersytetu gdzieś na północy Ameryki, w kwestii codziennej kąpieli jednak nie wygrywają aspekty higieniczne, a przyjemność związana z siedzeniem w cieple. Innych może odprężać szum wody, a reszta pewnie kocha zabawy z pianą i ulubioną żółtą kaczuszką. W czasach Ludwika IV mycie się było absolutnie niewskazane i wręcz zakazane, więc pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że historia nie zatoczy koła. Wróćmy jednak do czasów współczesnych, które na szczęście przybiły piątkę z higieną, więc możemy odetchnąć z ulgą i zabrać się za mycie, szorowanie i zdzieranie. Wszystkie pokazane przeze mnie tutaj kosmetyki to nowości, które dopiero pojawiły się na sklepowych półkach, a już ustawiły się u mnie pod prysznicem i czekają na surowy werdykt. Jednym się trochę oberwało, a inne z ulgą przyjęły zasłużoną pochwałę. Jeśli jesteście ciekawi zwycięzcy to zapraszam was niżej.

Energizujący żel pod prysznic i do kąpieli malina & mięta pieprzowa
Żel zapewniający przyjemność dla ciała i zmysłów podczas kąpieli lub prysznica. Mroźna świeżość Mięty Pieprzowej została połączona z lekko kwaśną świeżością Maliny. W ten sposób powstał energizujący koktajl. Wybór i połączenie składników roślinnych dokonany w oparciu o ich dobroczynne właściwości. Formuła testowane pod kontrolą dermatologiczną.

Żel zamknięty jest w zwyczajnej buteleczce mieszczącej 200 ml produktu i myślę, że to opakowanie nie wymaga szczegółowego opisu, który natomiast bez dwóch zdań należy się zapachowi. Malina i mięta pieprzowa zdecydowanie działają na moją wyobraźnię, bo oba te komponenty uwielbiam razem i osobno. Malina to ciepło, słodycz i wspomnienia najlepszych wakacji u babci. Mięta z kolei przywodzi mi na myśl świeżość, orzeźwienie i energię. Takie zapachowe połączenie po prostu nie może się nie udać i klęska może być spowodowana wyłącznie niechęcią do któregoś składnika tej letniej mieszanki smaków i zapachów. Moje oczekiwania były konkretne, więc już na starcie żel ten nie miał ze mną łatwo. Wylałam na dłoń lekko czerwony płyn o raczej standardowej konsystencji żelu do mycia i zatopiłam się w jego aromacie. Zapach wyróżnia się na tle innych kosmetyków Yves Rocher, które aktualnie testowałam. Wszystkie mają bardzo specyficzne wonie, a ten jest bardzo klasyczny. Jest to po prostu słodziutka, wręcz landrynkowa malina. Pachnie przyjemnie i zakwalifikowałabym ten wariant jako dość typowy. Zabrakło mi nieco mięty, po której spodziewałam się energetycznej świeżości, a okazało się, że to jednak owoc wszystko tutaj zdominował, a jego zielona towarzyszka jest może gdzieś na trzecim planie i praktycznie nie daje o sobie znać. Żel pieni się bardzo dobrze, jest przyjemny w użytkowaniu i pozostawia bardzo dziwne wrażenie na skórze. Po standardowych tego typu produktach oraz emolientach skóra zwykle jest po prostu czysta i mniej lub bardziej miękka, ale tutaj dzieje się trochę inaczej. Czasem podczas mycia włosów oczyszczającym szamponem ma się wrażenie, że są one tak saute, że dosłownie 'skrzypią' w dłoniach. W tym wypadku ja miałam podobne odczucia podczas mycia ciała, bo skóra ma taką dość charakterystyczną powłoczkę. Po osuszeniu się jednak nie ma już żadnych niespodzianek i ciało jest po prostu gładkie, czyste, bez zbędnego napięcia i przesuszenia. Ogólnie rzecz biorąc jest to po prostu dobry żel do mycia o słodkim zapachu i standardowych właściwościach.

Zmysłowe mydło peelingujące Kokos
Kokosowe mydło peelingujące zapewni kąpiel po której poczujesz się zmysłowo i uwodzicielsko. Naturalne drobinki peelingujące pozostawiają skórę gładką i przyjemną w dotyku.

To mydło najbardziej zaskoczyło mnie ze wszystkich kosmetyków. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się po nim wiele, ale potwierdziła się reguła, że czasem nawet kobieta nie powinna kierować się intuicją. Jest to dość duża kostka o beżowym zabarwieniu i sporej ilości nieregularnych drobinek zatopionych wewnątrz. Zapach jest bardzo specyficzny i jestem pewna, że nie każdemu się spodoba. Nazwałabym go bardzo mydlanym, dość ciężkim, w którym wyczuwalny jest kokos, ale na pewno nie ten klasyczny, bardzo aromatyczny i słodki. Nie jestem szczególnie oczarowana tym aromatem, ale nie jest też dla mnie specjalnie drażniący, po prostu to nie moja bajka. Kostka jest większa niż klasyczne mydełko, waży 200 g i można moim zdaniem używać jej na dwa sposoby. Pierwszy wariant to standardowe mycie po namydleniu rąk i rozprowadzeniu masy na całym ciele. Dodam, że produkt ten pod wpływem wody szybko się rozpuszcza i ma bardzo gęstą i treściwą konsystencję, która raczej nie przypomina piany, ale myje równie skutecznie. Drugim sposobem jest wykorzystanie właściwości peeligujących, których najbardziej się obawiałam. Spodziewałam się raczej słabego efektu, ale to jednak raczej konkretny zawodnik. Bierzemy mydełko w dłoń, przykładamy do ciała i zaczynamy masaż. Po chwili czuć, że drobinki są naprawdę ostre i robią konkretną robotę. Jest ich raczej odpowiednia ilość, bo więcej mogłoby sprawić, że kąpiel byłaby nieco drażniąca i uciążliwa. Właściwości peelinujące są bardzo dobre, a poza tym mydełko świetnie oczyszcza i co najważniejsze nie pozostawia skóry napiętej i podrażnionej jak to się dzieje często w przypadku klasycznych mydeł. Zapewne przyczyną tego stanu rzeczy jest skład, który jak w większości produktów tej marki niemalże w całości zawiera składniki pochodzenia naturalnego. Nie jestem jakąś zagorzałą fanką wszystkiego wprost z natury, ale jakoś tak zwykle lżej mi się robi na duszy, kiedy wiem, że na swoje ciało nakładam coś o takim przyjaznym składzie. Oczywiście nawet najbardziej luksusowe mydło nadal walczy ze skojarzeniami z jego szarym kuzynem, ale mimo wszystko tu pokazało swoje zdecydowanie bardziej współczesne i przyjemne oblicze. 

Energizujący peeling cukrowy do ciała mandarynka & cytryna & cedr
Peeling do ciała z naturalnymi drobinkami peelingującymi. Wyjątkowa formuła, która peelinguje i odżywia skórę jednym gestem. W sercu zapachu znajduje się silnie pobudzający koktajl olejków eterycznych z Mandarynki, Cytryny i Cedru, który przywraca energię.

Scrub zamknięty jest w plastikowym słoiczku o pojemności 150 ml. Design jest raczej dość zwyczajny i przyjemy dla oka. Kolejny raz muszę wspomnieć, że zapach jest bardzo specyficzny i raczej niespotykany w typowych tego typu produktach. Ja nazwałabym to jako efekt lekko przydymiony. Nie mam na myśli żadnych kadzidlanych nut aromatycznych, ale mam wrażenie, że aromaty te są dość naturalne, niejednorodne i wielowymiarowe. Nie jest to na pewno słodziutka mandarynka w akompaniamencie energetycznej cytryny. Mamy w tym wypadku do czynienia z dość neutralnymi cytrusami zmieszanymi z równoważącym słodycz cedrem. W moim odczuciu aromat ten można zakwalifikować do kategorii tych wytrawnych. Konsystencja kosmetyku jest bardzo gęsta, ale nie nadmiernie zbita przez zawarte w środku drobinki. Jest treściwa i twardawa, ale to głównie przez bazę, którą jest masło shea oraz oleje. Jeśli peeling postoi chwilę w ciepłym miejscu to można zauważyć, że jego struktura lekko się rozpuszcza i gdzieniegdzie forma stała masy zamienia się w lekko płynną, a dokładnie olejkową. Peeling na ciało nakłada się bardzo przyjemnie i podczas mycia tworzy aksamitną strukturę. Odnośnie właściwości zdzierających to moim zdaniem są dość średnie i mydełko opisywane wcześniej posiada zdecydowanie bardziej agresywne drobinki. Scrub ten będzie odpowiedni dla osób lubiących umiarkowany stopień złuszczania. Już pod prysznicem czuć, że masa te jest bardzo olejowa i maślana, bo lekko się rozpuszcza, ale mimo wszystko pozostawia na ciele wyraźną powłoczkę, której woda nie zmywa do końca. Po osuszeniu na skórze dalej zauważalna jest ta poświata, więc uprzedzam wszystkich zwolenników i przeciwników takiego efektu końcowego. Mi on akurat nie przeszkadza jeśli mam świadomość co tak naprawdę kryje w sobie dany kosmetyk i co po sobie na mnie pozostawia. N dobrze...przyznam się, że ta forma sprzyja mojemu lenistwu, kiedy po kąpieli łóżko tak mnie przyciąga, że perspektywa nałożenia balsamu to istna walka z samym sobą.

Zmysłowy balsam do ciała wanilia
Balsam do ciała łączący przyjemność dla zmysłów i intensywne odżywienie. Nuta wanilii uprawianej według tradycji z Wyspy Bourbon otula ciało i zapewnia efekt zmysłowości. Wybór i połączenie składników roślinnych dokonany w oparciu o ich dobroczynne właściwości.

Po kąpieli oczywiście trzeba doprowadzić sprawy do końca i zastosować balsam, który zatrzyma jak najwięcej wilgoci w skórze i prawidłowo zaopiekuje się lekko nadwyrężoną skóra, która przed chwilą była narażona na działanie gorącej wody oraz kosmetyków złuszczających. Balsam ten zamknięty jest w niemalże identycznym opakowaniu jak uprzednio opisywany scrub. Również właściwości zapachowe są bardzo podobne i znów mamy do czynienia z niesztampowością. Jest to wanilia, ale znów nie taka typowa i słodka, a raczej wytrawna i przypominająca mi taką, która towarzyszy jakimś cukierniczym wypiekom. Zapach jest intensywny, nieco przytłaczający i nazwanie go zmysłowym w pewnym sensie jest słuszne. Pytanie tylko brzmi, czy ten aromat będzie odpowiedni na tą porę roku? Mam wątpliwości czy nie jest trochę za ciężki i intensywny, bo mimo wszystko wanilia zawsze kojarzyła mi się z jesiennymi klimatami. Balsam ma biały odcień i bardzo gęstą, treściwą konsystencję. Przyjemnie rozsmarowuje się na ciele, pozostawia zauważalną powłoczkę, która nie wchłania się do końca. Ja stosuję go wieczorem, ponieważ na rano wydaje mi się zbyt ciężki i nie lubię mieć w czasie upałów ciała pokrytego jakimś tłustawym filmem, a wyjątkiem jest tylko krem z filtrem. Oczywiście jeśli nałożymy go odpowiednio mniej, to jest w stanie wchłonąć się prawie zupełnie, ale ja wolę wieczorem robić sobie taki treściwy kompres. Ze względu na gęstość nazwałabym ten produkt raczej masłem, tym bardziej, że to właśnie shea dominuje w jego składzie. Jeśli zaaplikuję wieczorem ten kosmetyk, to w nocy dzieje się magia i rano skóra jest wprost idealna, gładka, aksamitna i absolutnie przyjemna w dotyku. Produkt ten zdecydowanie kupił mnie tym świetnym działaniem!

Podsumowanie
Wszystkie kosmetyki mają niewątpliwie swoje mocne i słabsze strony, o których miałam przyjemność napisać. Żel ma wyróżniający się na tle innych bardzo cukierkowy i soczysty zapach, któremu moim zdaniem zabrakło nieco świeżej mięty. Nie mniej jednak uważam, że jest to po prostu dobry produkt do codziennego mycia ciała. Peeling również spełnił swoją rolę, ale ja osobiście wole po prostu produkty działające nieco mocniej. Inną zagwozdką jest pozostawianie przez niego filmu na skórze, który jest kwestią dyskusyjną. Ja jednak najbardziej polubiłam mydełko peelingujące w kostce oraz balsam. Oba produkty mają bardzo specyficzne, nieco wytrawne i ciężkawe zapachy, które są moim zdaniem jak niszowe perfumy, bo nie każdy je polubi, ale jak już znajdzie się koneser to odda za nie naprawdę wiele. To nie jest do końca moja bajka, ale ich działanie zdecydowanie jest warte wydanej gotówki. Mydło świetnie oczyszcza, a poza tym ma intensywne właściwości zdzierające, co uwielbiam. Pierwszy raz stosuję taki produkt, ale już wiem, że teraz będę się intensywniej rozglądała za takimi kosmetykami. Również balsam oczarował mnie swoimi wygładzającymi właściwościami. On rzeczywiście działa, bo skóra jest niesamowicie gładka, delikatna, a ja czuję się w niej po prostu komfortowo jak w ulubionych i leciwych trampkach. To był mój pierwszy raz z kosmetykami pielęgnacyjnymi tej marki, ale na pewno nie ostatni. Zabrzmiało to trochę sztampowo, więc dodam, że teraz zaintrygowały mnie ich zapachy, bo sugerując się aromatami kosmetyków pielęgnacyjnych, jestem pewna, że perfumy do odtwórczych nie należą.

Znacie kosmetyki marki Yves Rocher? Macie jakichś swoich ulubieńców, na których warto zwrócić uwagę?