W tym wpisie zamiast wstępu i jakiejś anegdoty chciałabym podzielić się z wami kilkoma naprawdę przydatnymi wiadomościami. Myślę, że przynajmniej część z was interesuje się składami kosmetyków, które bywają niestety bardzo skomplikowane i nie do końca jasne dla przeciętnego śmiertelnika. Ja sama nie jestem z nimi za pan brat i często nie potrafię ich dobrze rozszyfrować. Nie macie pewnie też wątpliwości, że producenci bardzo często kryją coś za trudnymi do zapamiętania komponentami kosmetyków, na opakowaniu gwarantują obecność jakiegoś składnika, ale już rzeczywistość bywa naprawdę różna. Jak rozpoznać oryginalne kosmetyki z Morza Martwego? Pod tym linkiem po przescrollowaniu w dół dostaniecie porządny zastrzyk informacji odnośnie tego w jaki sposób rozpoznać rodzaj soli zawartej w danym kosmetyku. Począwszy od jej nazwy w INCI, przechodząc przez jej kolor i kończąc na bardziej skomplikowanych właściwościach oraz tym w jaki sposób możemy przez przypadek ulec niekoniecznie uczciwym sugestiom i zapewnieniom na opakowaniu. Moim zdaniem to absolutnie fajna tematyka, która poszerza wiedzę oraz horyzonty. Poza tym możecie też poczytać o minerałach z Morza Martwego oraz ich zastosowaniu w wielu dziedzinach związanych ze zdrowiem i urodą. To już kwestie bardziej dla koneserów, więc tylko dla chętnych i nie jest to zadanie obowiązkowe. Teraz dam wam też przedsmak tych mocno słonych wiadomości, aby zaostrzyć apetyt!
Po pierwsze: warto sprawdzić skład INCI na opakowaniu produktu. Jeśli deklarowany produkt to sól z Morza Martwego to jego INCI powinno zawierać następującą informację: Dead Sea Salt- 100%. Jeśli mamy do czynienia z „inspiracją” to INCI wygląda następująco: Maris Salt – 100 % czyli sól morska a więc sodowo-chlorowa...

Pieniący się scrub do twarzy
Nowatorskie połączenie żelu oczyszczającego z delikatnym peelingiem. Zawiera mikrogranulki z naturalnej luffy, które masują skórę i jednocześnie usuwają z niej zanieczyszczenia. W ten sposób żel dokładnie oczyszcza skórę, nie wysuszając jej. W jego recepturze znajdziemy minerały z Morza Martwego: chlorki magnezu, potasu, sodu i wapnia oraz składniki roślinne. Zabieg z użyciem żelu usuwa wszelkie ślady zanieczyszczeń oraz nadmiar sebum, odsłaniając czystą, świeżą skórę. Cera jest gładsza, świetlista, promienieje naturalnym blaskiem przez cały dzień.

Kosmetyk znajduje się w miękkiej tubie (200 ml) w kolorze energetycznego turkusu. Sam produkt ma żółtawą barwę i dość rzadką konsystencję. Szczerze mówiąc wylany na dłoń wygląda bardzo niepozornie, ponieważ drobinki są słabo widoczne. To jednak tylko pozory! Tak naprawdę jest to konkretny zawodnik, bo granulki z naturalnej lufy są bardzo ostre. Jest to w sumie żel i peeling w jednym, ale nie zdecydowałam się, aby stosować go codziennie, chociaż producent to zaaprobował. Ja używam go raz lub dwukrotnie w ciągu tygodnia i taka częstotliwość mi jak najbardziej odpowiada. Bardzo lubię peelingi, uwielbiam te konkretne, ale nie jestem zwolenniczką złuszczania bez ograniczeń. Po roztarciu go w dłoniach ciągle wydaje się średniakiem, ale już po nałożeniu go na twarz pokazuje pełnię swojej mocy. Lekko się pieni, ma strukturę typowego żelu, więc świetnie oczyszcza i zmywa wszelkie pozostałości makijażu. Trzeba jednak na niego uważać, ponieważ zbyt intensywne masowanie jakiegoś punktu twarzy może spowodować negatywne odczucia. Zmywa się bardzo łatwo i jak nie trudno odgadnąć osuszona twarz jest niesamowicie gładka w dotyku, aż chce się ją gładzić! Poza tym jest taka przejrzysta i po prostu wygląda czysto. W kwestii ściągnięcia nie wyczułam jakiegoś nadmiernego dyskomfortu, ale po takim zabiegu zawsze trzeba zastosować tonik, aby przywrócić odpowiednie pH. Zapach raczej zakwalifikowałabym do tych bardziej naturalnych, jest świeży, może odrobinę mentolowy. Myślę, że dzięki temu żaden mężczyzna nie będzie miał oporów, aby stosować ten produkt. Jeśli miałabym już do czegoś się przyczepić (no wreszcie!) to tuba jest bardzo miękka, konsystencja płynna, więc peeling lubi wypływać z niej w niekontrolowany sposób do zakrętki. Ogólnie jednak nie czepiając się szczegółów muszę powiedzieć, że bardzo cieszę się, że ten produkt zajmuje honorowe miejsce pod moim prysznicem. Lubię takie formuły 2 w 1, podoba mi się jego intensywność oraz interakcja z moją cerą. W kategorii peelingów nie oczekuję niczego więcej. Jest dobrze, a nawet bardzo dobrze! 
Cena: 39 zł

Maseczka z czystym błotem
Maseczka z ciemnym błotem z Morza Martwego jest wzbogacona minerałami, by dokładnie oczyszczać skórę. Jeden z cudów natury, błoto z Morza Martwego, zawiera wyjątkowo dużo cennych składników mineralnych i ma doskonałe właściwości oczyszczające. Usuwa zanieczyszczenia i nadmiar sebum, delikatnie złuszcza zrogowaciały naskórek, odsłaniając czystą, świeżą skórę. Maseczka z błotem ma w swoim składzie m.in. sód, potas, chlorki magnezu, bromki i siarczany, połączone z witaminą E i olejkami roślinnymi. Zabieg z wykorzystaniem maseczki sprawia, że skóra zyskuje aksamitnie gładki, świeży i promienny wygląd.

Czy czyste błoto to przypadkiem nie jakiś oksymoron? Taka mała dygresja, a teraz wracam już do konkretów. Turkusowy słoiczek mieści w sobie 50 ml maseczki w kolorze zgniłej zieleni. Od razu produkt ten skojarzył mi się z zieloną glinką, bo i kolor oraz konsystencja są podobne. Kosmetyk jest bardzo gęsty, niesamowicie treściwy, czasem wręcz wydawał mi się jakby trochę suchy, choć ma kremową strukturę. Co za tym idzie jest to typowy produkt brudzący wszystko i wszystkich dokoła, który dość ciężko zmyć z twarzy. To jeden z jego minusów, ale takie są uroki tego typu produktów. Takie one już są i kropka! Zapach również jest bardzo specyficzny i z pewnością mnie nie zachwycił swoją ciężkością. Jest trochę podobny do aromatu scrubu, ale na pewno mniej świeży i przyjemny dla nosa. Maskę stosowałam raz w tygodniu nakładając kolistymi ruchami na całą twarz, szyję i dekolt. W czasie tej bezproblemowej aplikacji da się zauważyć, że maseczka ma w sobie jakieś drobinki. Nie są na pewno tak intensywne jak peeling, ale czasem można odczuć ich działanie. Tuż po nałożeniu poczułam też lekkie mrowienie, które ustąpiło po kilkunastu sekundach. Po około 10 minutach maska zasychała, stawała się powoli skorupą, więc po 15-20 minutach zmywałam ją i wówczas również czuć działanie drobinek. Zwykle robię peeling tuż przed nałożeniem maski, ale w tym wypadku wole to zrobić z dwa dni wcześniej, aby zanadto nie nadwyrężyć skóry zbyt dużą dawką złuszczania. Najważniejsze to, aby nie nakładać jej zbyt blisko linii włosów, bo zmycie jej może być bardzo skomplikowane. Po takim zabiegu skóra jest bardzo przyjemnie miękka, zupełnie nie napięta i w dobrej kondycji, ponieważ nie doskwierało jej przesuszenie ani nadmierna produkcja sebum. Moim zdaniem to bardzo uniwersalny kosmetyk, który sprawdzi się na większości cer. Jedynie znów te wrażliwe powinny mieć się na baczności. Z mojej perspektywy jedynie wolałabym, aby maska działała nieco bardziej oczyszczająco, bo tego zwykle potrzebuję i takich produktów najczęściej szukam.
Cena:44 zł


W ramach podsumowania
Jest potencjał! Powiem szczerze, że na samym początku marka kupiła mnie fajnym podejściem do konsumenta i wytłumaczeniem kilku kwestii, które nie są zwykle jasne dla kosmetycznego żółtodzioba. To pozytywne wrażenie przełożyło się również na mój dalszy stosunek do produktów, ponieważ zdobyły moje uznanie. Głównie polubiłam scrub za jego uniwersalność, intensywne działanie i efekt, który pozostawia na mojej twarzy. Maska również wywołała uśmiech, choć nie jest to produkt, którego stosowanie jest szybkie i łatwe jak chociażby jego odpowiednika w płachcie. Moim zdaniem jest to ciekawa alternatywa dla glinek, które często budzą skrajne uczucia. Sprawdzianem dla tych kosmetyków była również kondycja skóry rano po wieczornym zabiegu. Zdały go z oceną bardzo dobrą, ponieważ tuż po przebudzeniu cera wyglądała zdrowo, świeżo i promiennie, bez efektu zmęczenia i przeciążenia. Mały minus jak już wspominałam za trochę zbyt ubogie działanie oczyszczające, bo w tej kwestii jestem naprawdę surowa. Oba produkty mają dość intensywne działanie, więc osoby o wrażliwym usposobieniu powinny mieć się na baczności. Ja jestem raczej gruboskórna, więc taka bezpardonowa pielęgnacja jest jakby dla mnie stworzona! 

Znacie markę See See? Przywiązujecie wagę do składów kosmetyków? Jaką formę masek lubicie najbardziej?