piątek, września 09, 2016

Steblanc by Mizon - koreańskie kosmetyki do makijażu i pielęgnacji.

Szał na kosmetyki z dalekiego wschodu trwa w najlepsze i myślę, że sporo kobiet już uległo temu trendowi. Ja jednak wychodzę z założenia, że do wszystkiego należy podchodzić racjonalnie. Koreańska pielęgnacja zdecydowanie jest nowością i nie dziwię się, że budzi takie emocje. Mam wrażenie, że podobne namiętności wywołują produkty naturalne, które jedni kochają, a drudzy podchodzą do nich z dystansem. Ja jednak mam już pewne doświadczenie w tej kwestii i mogę stwierdzić, że są to kosmetyki warte uwagi, ale szykując się do ich użytkowania nie możemy nastawiać się na nieprawdopodobne efekty. Tym bardzie ostatnio spotykam prawie same entuzjastyczne opinie co sprawia, że jestem jeszcze bardziej podejrzliwa! Drugą kwestią jest nietrafione konfrontowanie typowej europejskiej cery z tą azjatycką. Wychodzę z założenia, że każdy aktualny trend wypada zestawić z własnymi oczekiwaniami, możliwościami oraz doświadczeniami. Kolejnym zagadnieniem jest fakt, że jestem bardzo wymagająca w kwestii kosmetyków i naprawdę bardzo rzadko uznaję coś za bezwarunkowy hit. Staram się powściągać swoje emocja i potrafię chwalić, ale nie lubię wpadać w nadmierny zachwyt. Dzisiaj mam przyjemność napisać o kosmetykach Steblanc by Mizon, a tym samym wyrazić swoją racjonalną opinię. Jeśli chcecie dowiedzieć się o nich jeszcze więcej to zapraszam was na stronę wyłącznego dystrybutora tej marki w Polsce. Zabrzmiało to wszystko trochę aż zanadto poważnie, ale temat jest ciekawy i bardzo na czasie, więc czas start!
Steblanc to luksusowa linia produktów do pielęgnacji skóry, jej bestsellerem jest seria ze śluzem ślimaka. Znajdziecie w niej kremy BB, kremy do twarzy i serum, kremy pod oczy, a nawet pielęgnację dłoni i stóp.
>>> Moja opinia o kremie BB w formie poduszeczki od Skin79. >>> 

STEBLANC BLACK SNAIL REPAIR BB CREAM O2 MEDIUM BEIGE

Kryje ślady po niedoskonałościach, ciemne plamki, poprawia koloryt skóry oraz ma właściwości regeneracyjne – kompleksowo walczy z problemami. 
Po pierwsze od razu co rzuca się w oczy to ekskluzywny wygląd kosmetyku. Połączenie czerni i złota sprawia wrażenie, że produkt wydaje się luksusowy i w sumie taki właśnie jest. W tubce z pompką zamknięte jest 50 ml produktu w odcieniu średniego beżu i pozwólcie, że napisze nieco o tej kolorystyce. Ta barwa była dla mnie idealna podczas wczesnej wiosny kiedy jeszcze moja skóra nie złapała żadnego promienia słońca, ale teraz po lecie jest już zdecydowanie zbyt jasny. Jak przypuszczam odcień 01 będzie idealny dla cer bardzo jasnych, wręcz porcelanowych, 02 spisze się u tych nieco ciemniejszych, ale nadal bladych, a 03 to już opcja dla cer o ciemniejszych tonach. Poza tym barwa ta bardzo przypadła mi do gustu, bo dominują w niej neutralne tony, które lubi moja cera i cieszę się, że nie było tam różowego zabarwienia, w którym moja twarz wygląda po prostu niekorzystnie. Zapach jest przyjemny, a  konsystencja typowa dla koreańskich kremów BB, ponieważ tworzy dość kryjącą i satynową warstwę. Takie wykończenie będzie dobre dla skór wymagających schowania niektórych zmian pod warstwą kosmetyku. Nie mniej jednak radzę w tej kwestii zachować umiar, bo nadmierna zachłanność nigdy nie kończy się dobrze. Nie ma jednak obawy, że ten krem zalewie muska twarz, bo w rzeczywistości zachowuje się jak podkład o wysokim stopniu krycia. Drugą kwestią jest lepkie wykończenie, które u osób z suchą cerą będzie dobrym rozwiązaniem, ale u cer tłustych nie jest już pożądane. W moim odczuciu i tak ten woal na skórze jest mniej błyszczący niż w przypadku innych kremów BB, ale zmatowienie jest w moim przypadku koniecznością. W takich chwilach jeszcze bardziej nie lubię swojej cery! Utrzymuje się na skórze przez wiele godzin, ale ostatecznie nie uniknęłam połysku w strefie T i ścierania z nosa. Z tego też powodu staram się podchodzić racjonalnie do tego typu kosmetyków, ponieważ rzeczywiście na skórze tworzą piękne i gładkie wykończenie, bez smug i nierównego wykończenia, świetnie też zmniejszają widoczność porów, pielęgnują, ale nie są pozbawione wad w stosunku do cer tłustych, których posiadaczki marzą po prostu o macie. Kwestią wartą uwagi są też zawarte wewnątrz: wyciąg ze śluzu ślimaka, filtr SPF 32/PA++, kwas hialuronowy, alantoina, witaminy i wiele ekstraktów, więc jak widać produkt ten oprócz swoich właściwości kryjących ma też szereg zalet związanych z obiecującym składem. Z pewnością jest to fajna propozycja dla osób, które szukają kompromisu między dobrym wyglądem, a pielęgnacją. Z mojej perspektywy byłby to produkt idealny, ale jednak kwestie lepkiej warstwy nie są satysfakcjonujące i u mnie sprawy mają taki obrót w przypadku każdego azjatyckiego kremu BB. Jest to więc problem związany z ogólną ideą tych produktów, a nie z tym akurat przypadkiem. 
Cena:172 zł

STEBLANC WATER CC PACT 23 Natural Beige

Pakt w formie poduszeczki, który pokrywa skórę jednym dotknięciem, pozostawiając ją aksamitną i rozświetloną.
Tym razem w moich rękach wylądowało coś co przypomina puderniczkę w odcieniu głębokiej czerwieni i złota. Wewnątrz znajduje się 13 g kremu, lusterko oraz nieco złożony mechanizm, którego zasady działania już wyjaśniam. Po otwarciu puzderka widoczna jest gąbeczka ze złotym wierzchem i czerwonym spodem, a pod nią białe zabezpieczenie, które należy otworzyć i pod nim naszym oczom ukazuje się poduszeczka, w której znajduje się krem CC. Użytkowanie jest dość proste, ponieważ należy jedną gąbeczką nacisnąć drugą, a następnie przyłożyć ją do twarzy i w ten sposób nałożyć kosmetyk na twarz. Poduszeczka jest bardzo miękka, więc przyjemnie aplikuje się nią krem. Nie mniej jednak taki sposób nakładania wymaga nieco wprawy, ponieważ odnoszę wrażenie, że dzięki temu sposobowi produkt lepiej przylega do skóry, łatwiej nim porządne nałożyć CC na każdą strefę twarzy, ale też nietrudno użyć go zbyt dużo w jednym miejscu, więc może być mniej wydajny. Wydaje mi się, że taki sposób aplikacji jest idealny po prostu do ostatnich poprawek. Wspomnę jeszcze o zapachu, ale nie jest to kwestia godna pochwały, ponieważ woń jest bardzo specyficzna i raczej nie wpisuje się w aktualne kanony piękna. Krem dostępny jest w jednym odcieniu nr 23, który moim zdaniem będzie dobry dla jasnych, ale nie porcelanowych cer. Jest trochę ciemniejszy od odcienia opisywanego wyżej, ale znacznie różni się od niego kolorystyką. Posiada dużo różowawych tonów, które zupełnie nie pasują mojej cerze, źle w nich wyglądam i zdecydowanie wolę te bardziej neutralne i beżowe. CC moim zdaniem zostawia nieco bardziej błyszczące wykończenie na skórze tłustej, więc oczywiście wymaga zmatowienia. Poza tym utrzymuje się u mnie podobnie jak azjatyckie kemy BB. Pozostawia skórę wyjątkowo wygładzoną i gładką, również świetnie niweluje widoczność porów, ale wiąże się to wrażeniem tłustawej cery po paru godzinach oraz lekkim ścieraniem w najbardziej newralgicznych sferach. Jeśli miałabym wybrać między BB opisywanym wyżej, a tym kosmetykiem to wygrałby tamten ze względu na dużo korzystniejszy odcień i  nieco mniej błyszczące wykończenie na skórze. Krem posiada bardzo wysoki filtr SPF 50+, PA++, pochodną witaminy C oraz antyoksydanty, więc to kolejny kosmetyk o wielowymiarowym działaniu. To absolutnie innowacyjna forma opakowania i aplikacji kremu, którą poznałam po raz drugi i co prawda taka poduszeczka w moim odzuciu jest idealna do poprawek w ciągu dnia i tym wygrywa z klasyczną tubką, ale tutaj nie mogłam jednak dogadać się z odcieniem, który po prostu nie został stworzony dla mnie. 
Cena: 172 zł

STEBLANC BLACK SNAIL REPAR EYE CREAM

Intensywne regeneracja delikatnej skóry wokół oczu. Śluz Czarnego Ślimaka, z doskonałymi właściwościami regeneracyjnymi rewitalizuje skórę przez wzmocnienie zdolności regeneracyjnych, dzięki której jej stan ulega szybkiej poprawie. Dostarcza różnych składników aktywnych w głąb skóry.  
Kolejny produkt, który wygląda bardzo luksusowo i mi od razu skojarzył się z jakąś ekskluzywną pielęgnacją. Zaskakujące jest, że opakowanie mieści aż 30 ml produktu czyli bardzo dużą ilość jak na kosmetyk pod oczy. Taka gramatura jest charakterystyczna dla kremów do pielęgnacji całej twarzy, więc ta ilość sugeruje, że produkt będzie użytkowany bardzo długo. Ja jednak wolałabym mniej kremu, ponieważ nie muszę wtedy martwić się terminem przydatności. Pora przejść wreszcie do oceny kosmetyku zamkniętego wewnątrz. Krem ma biały odcień, neutralny zapach i bardzo przyjemną i lekką konsystencję, którą łatwo i przyjemnie nakłada się w okolicach oka. Nie ma obawy, że ta lekkość przekłada się na równie nieznaczne działanie. Nie wchłania się w zupełności, a pozostaje po nim delikatna warstwa, co akurat w tym wypadku zupełnie mi nie przeszkadza, ponieważ w nocy nie przywiązuję do tego uwagi, a rano przed makijażem taki woal sprawia, że korektor wygląda lepiej i nie tworzy suchej i nieatrakcyjnej warstwy pod okiem. Niestety moja skóra w tych okolicach wymaga kryjących kosmetyków, które często tworzą nienaturalny efekt. Ten produkt w zupełności spełnił moje oczekiwania, ponieważ przypadła mi do gustu jego konsystencja, a i działanie jest godne pochwały. Co prawda moim głównym problemem nie jest starzenie okolicy oka, a bardzo cienka skóra, przez która widać wszystkie naczynia krwionośne. Oczywiście produkt nie zadziałał na ten specyficzny problem, ale sprawił, że skóra stała się nawilżona, elastyczna i wygładzona. Nawet rano po wieczornej pielęgnacji jest nadal wyczuwalny pod okiem, a skóra wygląda zdrowo i sprężyście. Zdecydowanie jest to typ kremu pod oczy, który uwielbiam! Tu również pojawia się wyciąg ze śluzu ślimaka, który posiada właściwości regeneracyjne i rewitalizujące. Poza tym bogaty jest między innymi w ekstrakty roślinne, antyoksydanty, kwas hialuronowy, adenozynę i rozjaśniający niacynamid. Kiedy wszyscy są pod wrażeniem kremów BB ja jestem skłonna stwierdzić, że jednak wolę azjatycką pielęgnację, ponieważ podczas wieczornych rytuałów kwestie pozostawiania tłustego filmu nie są w moim odczuciu istotne, a poza tym rzeczywiście czuję, że dzięki temu kosmetykowi coś pozytywnego dzieje się na mojej skórze. Poza dość obfitą gramaturą nie widzę w tym produkcie żadnych wad i nie jest to uprzejmość z mojej strony, a rzeczywiste odczucie.
Cena: 150 zł

STEBLANC ESSENCE SHEET MASK

Maseczki są wykonane z wysokiej jakości płatu, który dokładnie przylega do skóry. Jest nasączona różnymi składnikami aktywnymi. Poczuj różnicę od innych produktów już od pierwszego zastosowania.
Możemy wybierać spośród 10 masek wśród, których są między innymi ujędrniająca, nawilżająca, rozjaśniająca i oczyszczająca, więc z pewnością każdy znajdzie coś odpowiedniego dla swojego typu skóry. Wewnątrz saszetki znajduje się bardzo mocno nasączony płat. To zdecydowanie moja ulubiona forma maski, ponieważ nakładam ją na twarz i przez około 20 minut mogę się po prostu relaksować bez konieczności myślenia o zmywaniu, które zawsze jest kłopotliwe. Po odpowiednim czasie po prostu zdejmuję materiał z twarzy i czekam aż pozostałości się wchłoną. Dzieje się to dość szybko, ale pozostaje po nich też delikatny woal na skórze. Płat jest tak mocno nasączony, że aż żal mi go wyrzucać, więc resztę produktu staram się rozmasować na szyi i w okolicach dekoltu, którym przecież też w końcu coś się należy. Co prawda z taką maską nie można robić wszystkiego, ale po prostu jest idealna, aby przez te kilka minut po prostu poleżeć i pomyśleć o głupotach, a nie starać się wykonywać kilka czynności na raz. Poza tym mam wrażenie, że taka forma jest po prostu bardziej przyjazna mojej skórze, ponieważ czuję, że naskórek oprócz odpoczynku i relaksu po prostu czerpie drogocenne substancje  i jest to dla niego bardzo komfortowa sytuacja. Maseczki w zależności od rodzaju zawierają w sobie takie składniki jak chociażby wyciągi z żeńszenia, zielonej herbaty, mleczka pszczelego i węgiel. Poza tym bogate są też w nawilżający kwas hialuronowy, pantenol oraz kolagen. Po kremie pod oczy jest to mój kolejny ulubiony produkt, który działa szybko i skutecznie, ponieważ wyraźnie czuję, że taka kuracja jest przyjazna dla mojej skóry, która rano wygląda bardzo zdrowo, jest świeża, promienna, pełna energii i ukojona. Czasem budzę się i w lustrze widzę po prostu zmęczoną twarz, ale po tych maskach rano obrazek jest zdecydowanie bardziej przyjemny i to się chwali! Podobny efekt mam na mojej skórze po zastosowaniu dobrego serum lub właściwie dobranego oleju. Najbardziej polubiłam wersję regulującą z węglem, oczyszczającą z zieloną herbatą oraz kojącą z aloesem, ponieważ najbardziej pasują do moich potrzeb. Zdecydowanie takie domowe Spa mogłabym robić sobie codziennie i co prawda producent zaleca 2-3 dawki w tygodniu, ja jednak z wrodzonej oszczędności fundowałam sobie co tydzień takie rozpieszczanie. Wychodzę z założenia, że przyjemności trzeba sobie fundować w racjonalny sposób, aby potem spotkanie z surową rzeczywistością nie było aż tak bardzo bolesne!
Cena: 10 zł

Jaki macie stosunek do azjatyckich kosmetyków? Który z tych produktów najbardziej was zainteresował? 


0 komentarze :

Prześlij komentarz

Tu też może ci się spodobać

Recent Posts Widget

5 w piątki

Miniatury kosmetyków - 5 sposobów, aby ich rzeczywiście używać

Miniatury kosmetyków pozornie wydają się bardzo niekłopotliwymi kosmetykami, które można wykorzystać na wiele różnych sposobów. Teoria to...

Bloglovin

Follow

Archiwum bloga

Obserwatorzy