Moja cotygodniowa seria WEEKEND Z MARKĄ nabiera rozpędu i dzisiejszy w wpis z tego cyklu dotyczył będzie trzech kosmetyków do pielęgnacji, co bardzo mnie cieszy, ponieważ dbałość o ciało klasyfikuje się bardzo wysoko w moim rankingu ulubionych czynności związanych z kosmetyką. Już samo spojrzenie na ten niewymuszony design jest przyjemnością samą w sobie, ale dopiero bliższe poznanie poszczególnych produktów pozwoli na odpowiedź co tak naprawdę kryje się pod czystą bielą i soczystą zielenią słoiczków i buteleczek. Zgodnie z ideologią producenta hasłami kluczowymi tego wpisu niech zostaną: dbałość o środowisko, zdrowie i przemyślane komponenty kosmetyków. Jak na razie są to tylko słowa, więc pora wreszcie przejść do meritum, czyli do nieco bliższego poznania marki i rozłożenia kilku produktów na czynniki pierwsze. 

MARKA OLIVALOE 

Pochodzi z Grecji i jest nowa na naszym rodzimym rynku, więc ma z pewnością jeszcze wiele nieznanych szlaków do przetarcia. Aktualnie chyba nikt nie może narzekać na dostępność i różnorodność produktów do pielęgnacji, a pokuszę się nawet o stwierdzenie, że czasem można poczuć pewien przesyt pod tym względem. Co za tym idzie wybór jest ogromny, więc każdy twórca musi dwoić się i i troić, aby jego kosmetyk został zauważony, a tymbardziej stał się obiektem pożądania i przedmiotem pochwał. Kosmetyki te mają być częścią skutecznej, naturalnej i nieskomplikowanej pielęgnacji świadomego i wymagającego klienta. Jak twierdzi producent priorytetami marki Olivealoe są między innymi dbałość o świadome dobieranie składników, naturalność oraz oparcie swoich receptur na oliwie z oliwek oraz aloesie. Wszystkie produkty dostępne  na stronie oficjalnego dystrybutora marki -Elia.pl.
Nasze kosmetyki powstały z myślą o kobietach, które trzy razy przeczytają etykietę, zanim coś kupią. Nie szukają jedynie ładnych opakowań, ale starannie dobranych składników. To dla nas znak, że dbają o skórę i zdrowie. Wyróżnia je wysoki poziom świadomości ekologicznej, dlatego wybierają produkty, które nie są testowane na zwierzętach.

 GŁĘBOKO OCZYSZCZAJĄCE MYDŁO W PŁYNIE

Produkt dokładnie oczyszcza i koi, usuwając sebum oraz pozostałości po makijażu. Ma właściwości odświeżające, a także antyseptyczne, dzięki czemu chroni przed powstawaniem zakażeń na powierzchni skóry.
Na początku nie zagłębiałam się w żadne opisy i doszłam do wniosków, że to jest raczej zwykłe mydełko do rąk, które można ewentualnie zastosować do umycia całego ciała. Dopiero po zapoznaniu z objaśnieniem producenta, zdałam sobie sprawę, że mam do czynienia z kosmetykiem do twarzy i to bardzo mnie zaskoczyło, ale może zacznę od początku! W buteleczce mieści się 200 ml płynu o lekko żółtawej barwie i gęstej konsystencji. Na początku zapach wydaje się naturalny, lekko ziołowy, ale w gruncie rzeczy dość przyjemny. Niestety, ale nałożony na skórę szybko zmienia swój aromat na taki bardzo mydlany, ostry i niestety niezbyt atrakcyjny. Całe szczęście, że po osuszeniu ciała ta woń się błyskawicznie ulatnia. To między innymi przez te nuty zapachowe nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest to po prostu mydło i ciężko było mi przestawić się na myślenie, że mam używać go do pielęgnacji cery. Z drugiej strony już sama nazwa mydło działa na mnie nieco odstraszająco, bo chyba nadal ten produkt kojarzy mi się z nieco agresywnym, silnym kosmetykiem, po którym można spodziewać się tylko przesuszenia i dyskomfortu. Ten akurat produkt nałożony na skórę ciała zachowuje się po prostu jak kolejny środek myjący, ponieważ nie jest może wybitnie silny, ale po jego użyciu nie poczułam też, że skóra jest w jakiś sposób specjalnie ukojona lub nawilżona. Bardzo dobrze się pieni, a dzięki swojej gęstości jest też wydajny. Można powiedzieć, że to po prostu kolejne mydełko. W kwestii pielęgnacji cery zachowuje się się jak silniejszy środek do mycia, ponieważ rzeczywiście jest w stanie skutecznie usunąć pozostałości po makijażu, ale może powodować lekkie uczucie ściągnięcia, więc później trzeba ratować się tonikiem i kremem. Ostatecznie muszę stwierdzić, że ten produkt nie zostanie moim ulubieńcem ze względu jego typowo mydlany charakter, brak specjalnych zalet w pielęgnacji mojej cery oraz niezbyt przyjemny zapach. W gruncie rzeczy to po prostu kosmetyk, który nie wzbudził we mnie większych emocji.
Cena: 29, 95 zł


ANTYCELLULITOWY PEELING DO CIAŁA

Skutecznie usuwa martwy naskórek i przyczynia się do rozbijania komórek tłuszczowych zawartych w tkance tłuszczowej. Znacząco zmniejsza cellulit i oferuje skórze gładki, młody i zadbany wygląd. Zawarte składniki poprawiają cyrkulację krwi, nawilżają i pielęgnują skórę, a także wzmacniają jej ochronę przed słońcem i wiatrem.
Poprzedni produkt nie zostanie moim ulubieńcem, ale ten ma już spore zadatki na zaskarbienie sobie mojej sympatii. W plastikowym słoiczku opatrzonym przyjemnym dla oka designem mieści się 200 ml produktu o kremowej barwie i typowo masełkowej konsystencji. Struktura peelingu jest dość lekka, a wewnątrz zanurzona jest spora ilość drobinek złuszczających w odcieniach brązu, które są zmielonymi pestkami oliwek. Scrub ten nie jest tak wysycony granulkami jak chociażby peelingi cukrowe, które bywają niesamowicie twarde, bo tutaj stosunek drobinek do pozostałej masy to takie pół na pół. Mimo wszystko produkt ten daje po prostu radę i rozmasowany na ciele spełnia swoją rolę, bo efekt peelingujący jest intensywny, a granulki ostre. Nie jest może jednym z najsilniejszych produktów złuszczających, ale w tym rankingu klasyfikuje się bardzo wysoko i absolutnie spełnia swoją rolę. Drobinki dobrze trzymają się skóry, nie spływają i nie trzeba co chwila dokładać nowej porcji, co wpływa pozytywnie na wydajność. Zmywa się bardzo dobrze, a po sobie pozostawia jedynie gładkie ciało bez żadnej tłustawej powłoczki na skórze. Zapach jest zdecydowanie lepszy niż ten, z którym miałam do czynienia podczas używania mydełka. Jest lekki, delikatny, bardzo naturalny, ale fajny i dość neutralny. Ogólnie produkt ten otrzymuje ode mnie bardzo wysoką ocenę i ma szansę zakwalifikować się do ulubieńców. Co do kwestii antycellulitowych, to moje stanowisko jest niezmienne, bo uważam, że żaden kosmetyk nie jest w stanie wywołać rewolucji. Rzeczywiście intensywny masaż, poprawienie krążenia oraz ekstrakt z kawy zawarty w tym peelingu mogą pomóc w walce o gładsze ciało, ale na pewno nie stwierdzę, że nakładanie jakiegoś produktu kiedykolwiek zadziałało zbawiennie na moje uda. Skoro tyle kobiet i nastolatek o różnej figurze i masie ciała posiada cellulit, to może taka już jest nasza (nie)uroda?
Cena: 69,90 zł


ŁAGODZĄCY ŻEL ALOE VERA

Bioaktywny żel na bazie organicznego aloesu (99%) i oliwy z oliwek, którego składniki wnikają głęboko w strukturę skóry, przywracając jej jędrność i odpowiednie nawilżenie. Połączone działanie tych naturalnych składników błyskawicznie łagodzi pieczenie i wszelkie uszkodzenia, stymulując regenerację tkanki skórnej podrażnionej wieloma czynnikami zewnętrznymi, np. ekspozycją na słońcu. 
W miękkiej tubie znajduje się 170 ml żelu o lekko zielonej barwie oraz delikatnym i przyjemnie naturalnym aromacie. Pierwotnie spodziewałam się, że będzie to typowa struktura, która po nałożeniu na skórę błyskawicznie się wchłonie. Jednak ostatecznie okazało się, że gęsty żel łatwo rozprowadza się na ciele i pozostawia po sobie subtelny woal, który nie do końca się wchłania zapewniając bardzo przyjemne w dotyku wykończenia na skórze. Rano co prawda nie było już czuć tej struktury, ale skóra nadal była zdecydowanie miększa w dotyku. Myślę, że ten produkt może być dobrym zastępstwem dla balsamu i sprawdzi się u osób, którym nie przeszkadzają lekko tłustawe lub lepkie pozostałości po kosmetyku na skórze. Ja go polubiłam w głównej mierze za bardzo dobre działanie na moich wiecznie przesuszonych łydkach, na których zachował się jak prawdziwy opatrunek, bo znikały suche miejsca, a skóra była po prostu ukojona bez mikropęknięć wywołanych aktualnymi temperaturami. Według producenta jest to taki kosmetyk - ratownik, który powinien pojawić się na skórze podczas ewentualnych niedyspozycji, problemów z przesuszeniami oraz uszkodzeniami i według mnie bardzo dobrze działa na tym polu. Jednak uważam, że dobry jest też do nakładania na raczej niezmienioną skórę, bo po prostu lubię w okresie chłodu aplikować coś cięższego i pozostawiającego po sobie takie okrywający i zabezpieczający film. Na pewno ten żel zajmie bardzo ważne miejsce wśród moich kosmetyków stosowanych przed snem, ale i tak nie wygrywa z peelingiem, który zaskarbił sobie najwięcej mojej sympatii.
Cena: 59 zł

Znacie markę Olivaloe? Lubicie kosmetyki o takich subtelnych i naturalnych zapachach?