W kwestii makijażu oka jestem niepoprawnie zachowawcza i co prawda u innych dziewczyn uwielbiam podziwiać te wszystkie głębokie śliwki, odważne granaty i soczyste zielenie, ale u siebie wolę subtelny beż, dostojny brąz lub roziskrzone złoto będące jedyną moją ekstrawagancją, której nie obawiam się nawet w ciągu dnia w pracy. Mimo wszystko moje makijażowe nudziarstwo ma niewątpliwie taką zaletę, że po prostu czuję się z nim niesamowicie dobrze. Działa to chyba na zasadzie osobistego gustu, a o takowym podobno się nie dyskutuje. Podobnie sprawa ma się u mnie ze wszelkiego rodzaju pomadkami i jeśli pomiędzy mną, a jakimś odcieniem nie zaiskrzy, to może on nawet stać się hitem sezonu, zbierać same entuzjastyczne opinie i powodować palpitacje serca u połowy kobiet, a ja i tak więcej nie nałożę go na usta. Pod tym względem jestem strasznie uparta i czasem jakiś odcień lub wykończenie kosmetyku sprawia, że przeszkadza mi on i uwiera tak bardzo jak metka w bluzce powodująca zdenerwowanie i ogólne rozdrażnienie. Jednak dzisiaj nie będzie o tak niewygodnych kosmetykach, a o produktach, które uwielbiam, noszę prawie przez cały czas i po prostu czuję się z nimi doskonale. W tej kwestii zdecydowanie najbardziej liczy się dla mnie wygoda i przyjemność, więc hedonizm górą!
>>> 5 trików na zużywanie nietrafionych kosmetyków do makijażu >>>
>>> 5 kosmetyków kolorowych, których aktualnie używam najczęściej >>>

ANNABELLE MINERALS - CIEŃ MINERALNY VANILLA

Zaczynam od tego produktu, bo niewątpliwie mam słabość  do kosmetyków mineralnych. Co prawda najbardziej lubię wszelkiego rodzaju podkłady i pudry, ale reszta asortymentu stanowczo nie pozostaje w tyle. Vanilla to cień sypki o bardzo jasnym odcieniu kości słoniowej ze sporą ilością małych drobinek, które subtelnie się mienią i tworzą delikatną taflę połysku na skórze, ale zdecydowanie nie jest to efekt intensywnie mieniącego się brokatu. Ten produkt można traktować na wiele różnych sposobów i przykładowo jest idealny jako baza, na którą aplikujemy pozostałe produkty do makijażu. Może też być nakładany solo na oko kiedy przykładowo nie mamy rano czasu na jakieś szaleństwa na temat koloru, a zależy nam na subtelnym wyrównaniu odcienia powieki i dodaniu oczom tak potrzebnego tuż po przebudzeniu rozświetlenia. Oczywiście sprawdzi się też jako element bardziej skomplikowanego makijażu i zdecydowanie mogę go zakwalifikować do kosmetyków wielozadaniowych, a takie stanowczo lubię najbardziej!

URBAN DECAY - CIEŃ DO POWIEK BEWARE

Z kolei ta propozycja to piękny, matowy, średnio ciemny brąz, który na skórze staje się nieco rdzawy. Uwielbiam ten kolor, jego bardzo dobrą pigmentację, efekt jaki daje na oku oraz dobrą trwałość. Dość często miewałam problemy z matowymi cieniami, bo albo nie były intensywne albo po prostu brzydko się osypywały. Z kolei nałożenie tego cienia daje wyraźną plamę koloru, bardzo łatwo się rozciera, więc nie ma żadnego problemu z jego odpowiednią aplikacją. W sytuacjach podbramkowych nakładam go na całą powiekę górną oraz cienkim pędzelkiem wzdłuż dolnych rzęs, dokładnie rozcieram, dodaję jakiś połyskujący cień i tymże sposobem mam bardzo szybki i efektowny  makijaż z rozświetlonym wewnętrznym i ciemnym zewnętrznym kącikiem oka, czyli tak jak lubię najbardziej. Jego barwa oraz matowe wykończenie mogą też sprawdzić się do podkreślania brwi. Wszystko oczywiście zależy od odcienia włosków, ponieważ mimo wszystko jest brązem, więc najlepiej spisze się u osób posiadających ciepły odcień brwi. Uważam też, że warto wspomnieć o jego niebywałym podobieństwie do bronzera Too Faced Chocolate Soleil, ponieważ barwa jest zbliżona, a Urban Decay jest od niego odrobinkę ciemniejszy i cieplejszy. Nasuwa to myśl, że w kryzysowych sytuacjach może też zastąpić tego typu kosmetyk, ale trzeba mieć na uwadze, że jego pigmentacja jest znacznie bardziej intensywna, więc należy mieć to na uwadze. Jak widać to kolejny produkt mogący zastąpić kilka innych kosmetyków.

BENEFIT COSMETICS - CIENIE W KREMIE Z PALETY WORLD FAMOUS NEUTRALS

Tutaj już mamy do czynienia ze zdecydowanie bardziej charakterystycznymi produktami, które mogą stanowić najbardziej zauważalny punkt makijażu, a nie tylko tło dla reszty kosmetyków. Są to maleńkie słoiczki, które wchodzą w skład palety zawierającej o wiele więcej neutralnych kolorów, ale to właśnie te dwa maleństwa najbardziej polubiłam i nawet już pisałam o nich we wpisie dotyczącym kosmetyków kolorowych, których aktualnie używam najczęściej. Od tamtej pory nic się nie zmieniło i nadal zajmują one bardzo wysokie miejsce wśród moich ulubieńców. My Two Cents to prawdziwe i bardzo ciepłe złotko, a Birthday Suit jest już zdecydowanie bardziej chłodny i przypomina mi odcień zwany szampańskim. Konsystencja wydaje się twarda, ale po kontakcie z ciepłą skórą staje się bardzo aksamitna. Łatwo rozprowadzić je za pomocą pędzelka, tworzą równomierną taflę, utrzymują się cały dzień i dopiero po kilku godzinach mogą delikatnie zbierać się w załamaniach. Najczęściej nakładam je na całą powiekę lub w jej wewnętrznym kąciku do pięknego rozświetlenia oka. Jedyną wadą są zdecydowanie zbyt małe słoiczki, z których czasem trudno wydobyć produkt, ale zalety łagodzą tą drobną wadę, bo to kosmetyk po który sięgam jeśli chcę mieć pewność, że mój szybki makijaż będzie efektowny i udany.

MARY KAY - DWUSTRONNA KREDKA DO OCZU CARAMELLOW

Wizualnie chyba to najmniej udany produkt ze wszystkich, bo to opakowanie wygląda zdecydowanie przeciętnie. Linia At Play jak mi się wydaje skierowana jest do nieco młodszego pokolenia konsumentów, więc siłą rzeczy design też miał być trochę odmłodzony i nie aż tak bardzo elegancki. Opakowanie oczywiście ma znaczenie, ale najważniejszy jest przecież kosmetyk znajdujący się wewnątrz. Mamy tutaj do czynienia z czymś w rodzaju dwustronnej, wysuwanej kredki. Grubsza część to piękne miedziane złoto, a z drugiej strony kosmetyk ma węższą końcówkę w odcieniu głębokiego brązu z domieszką mnóstwa połyskujących drobinek, które pod światło mienią się nieco rdzawo. Struktura wydaje się nieco bardziej sucha niż w przypadku cieni Benefit, ale po kontakcie z ciepłą skórą również można je bardzo łatwo nałożyć, a następnie rozetrzeć. Struktura tworzy bardzo intensywnie mieniącą się taflę koloru i jaśniejsza strona zdecydowanie pretenduje do bycia moim ulubionym odcieniem złota. Jest to sztyft/kredka, ale dla mnie nie ma to większego znaczenia, ponieważ i tak cień nakładam najpierw na pędzel, a dopiero później na oko, więc z mojej perspektywy mógłby być w każdej innej formie. Jedynie ta cieńsza końcówka może służyć do narysowania dość grubej kreski na powiece. Konsystencja szybko zastyga na powiece, utrzymuje się przez cały dzień, nie roluje się, ale trzeba opanować jej odpowiednie nakładanie, bo zaaplikowana zbyt grubą warstwą może szybko stać się sucha i trudna do roztarcia. Kluczem do sukcesu jest minimalizm, bo nawet mała ilość daje naprawdę intensywny efekt.

MARY KAY -  ZESTAW 4 CIENI DO POWIEK SANDSTORM

I na koniec jeszcze jakże urocze maleństwo składające się z czterech odcieni, które są wariacją na temat intensywnie połyskującego brązu i beżu.  Paletka mogłaby być nieco większa co znacznie zwiększyłoby wygodę, ale podoba mi się, że dostajemy ją w plastikowej kasetce, z której można wyjąć cienie i umieścić chociażby z innymi tego typu produktami. Co prawda ilość drobinek jest bardzo duża, ale nie dominują one nad kolorem, więc traktuję te cienie jako propozycję na dzień, a nie na wieczór. Wszystkie barwy ładnie się ze sobą łączą, pozwalają komponować ciekawe połączenia na oku, ale jednak po roztarciu nie są aż tak bardzo intensywne, abym mogła stworzyć z nich jakąś odważną wersję wieczorową. Z tego względu jest to mój zestaw na dzień kiedy mogę sobie pozwolić na odrobinę połysku. Zdecydowanie odpowiada mi ich piękna kolorystyka, łatwość aplikacji oraz całkiem dobra, choć nieidealna trwałość. To taki mój zestaw, który najczęściej zabieram ze sobą, bo po pierwsze wiem, że ta kolorystyka zawsze się u mnie sprawdzi, a po drugie za pomocą tych barw można nałożyć jeden kolor na powiekę, zrobić ładne przejście między odcieniami, podkreślić linię dolnych rzęs lub nawet za pomocą skośnego pędzelka narysować kreskę na górnej powiece. Bardzo uniwersalne zestawienie, ale takie na szybko i bez większych fajerwerków.


Lubicie tego typu barwy na powiece? Jakie kolory wybieracie zdecydowanie najczęściej?