Dzisiaj będzie trochę na wesoło i z przymrużeniem oka, ponieważ makijaż to nie zawsze perfekcyjna kreska na powiece i idealnie dobrany podkład, bo czasem to w pośpiechu nałożony róż i niedbale pomalowane oko. Z takim właśnie nieprzesadzonym podejściem do tego całego malowania twarzy kojarzy mi się marka Benefit, która nie boi się śmieszności i balansowania na granicy kiczu, a przecież w każdej dziedzinie życia trzeba czasem dać sobie trochę luzu. Ja też jeszcze całkiem niedawno podchodziłam do makijażu zanadto poważnie, a powinien on być w głównej mierze dobrą zabawą i przyjemnością, a tych z pewnością nie zabraknie jeśli pod ręką mamy zestaw na widok, którego uśmiech sam pojawia się na twarzy. Nie każdemu musi się podobać taka estetyka, ale przecież to nie czekolada, a tylko ją kochają wszyscy!


ZESTAW KISSY MISSY


To zdecydowanie propozycja dla osób, które mają poczucie humoru, bo raczej nie wszystkim przypadnie do gustu takie szaleństwo. Producent puszcza oko do klienta poprzez połączenie jaskrawych kolorów, nieco śmiesznego stylu oraz dziecięcej radości. Czy mi podoba się taka zabawa? Z jednej strony od razu uśmiechnęłam się na widok tej głowy z różowymi włosami, ale z drugiej strony to nie jest do końca moja bajka i częściej moją uwagę przykuwają przedmioty bardziej eleganckie i minimalistyczne. Nie mniej jednak jestem pewna, że mnóstwo osób pozwoli, aby poniosła ich ta szalona estetyka. Wewnątrz metalowej kasetki znajdują się już kultowe tinty marki Benefit, które już od dawna chciałam spróbować oraz bardzo ciekawe pomadki, o których napiszę nieco niżej. Puzderko co prawda wydaje mi się trochę bezużyteczne, ale jego wnętrze wypełnione jest produktami, których absolutnie nie można zaliczyć do grupy kosmetyków nudnych, a tym bardziej niepotrzebnych.


BENETINT ORAZ LOLLITINT


Oba kosmetyki są różami do ust oraz policzków, ale mimo wszystko bardzo się od siebie różnią i warto zwrócić uwagę na te rozbieżności w konsystencji, zapachu oraz intensywności zabarwienia. Przed użyciem byłam pewna, że są to produkty o bardzo mocnym kolorze, ale ostatecznie okazało się, że bardziej nastawione są do barwienia policzków, a nie zapewniania ustom soczystego kolorytu. Oba tinty w zestawie dostępne są o pojemności 4 ml, znajdują się w buteleczkach z dołączonym pędzelkiem. Ogólnie rzecz biorąc tinty, o których jest mowa są bardzo ciekawe, ale raczej nie uznałabym ich za specjalnie przełomowe i poniżej dokładnie wyjaśniam skąd wzięła się moja opinia.
  • Benetint posiada bardzo głęboki odcień czerwieni, który kojarzy mi się z barwą buraczkową. Pachnie naprawdę przepięknie i jest to wyjątkowo dobrze skomponowany aromat różany. Jest rzadki jak woda, więc trudno go nałożyć pędzelkiem i zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest wklepanie go palcami. Tutaj jednak pojawia się taki problem, że trzeba to zrobić szybko i sprawnie, bo dość szybko pigment wnika w skórę i trudno go usunąć. Nie mniej jednak nałożony na usta zapewnia widoczny, ale niespektakularny efekt. To taki produkt na co dzień, bo co prawda utrzymuje się wiele godzin, ale nie zapewnia też efektu wow. Jest to po prostu pigment, który wnika w skórę i na jej powierzchni nie tworzy żadnej warstwy. Z kolei bardzo przyjemnie nakłada mi się go na kości policzkowe, ponieważ delikatnie wklepuję go w skórę, a efekt jest bardzo naturalny i długotrwały. Nie pozostawia też po sobie żadnej tłustej lub klejącej warstwy i jest praktycznie niewyczuwalny. Ładnie będzie też wyglądał na problematycznych wargach, bo nie tworzy plam zarówno na policzkach jak i ustach.
  • Lollitint znacznie różni się od poprzednika, ponieważ po pierwsze nie ma zapachu, po drugie konsystencja jest bardziej gęsta i przypomina błyszczyk do ust, a po trzecie jest jeszcze bardziej trwały. Już kilka sekund na skórze sprawia, że jest on praktycznie niemożliwy do usunięcia. Co za tym idzie lekko fioletowa/różowa barwa na ustach jest już bardziej zauważalna niż przypadku poprzedniego kosmetyku, ale nadal jest to po prostu subtelna poświata, a nie intensywna plama koloru. Również wolę go jako róż do policzków, ale tak jak wspominałam wklepany opuszkami wygląda bardzo ładnie i naturalnie, ale jego ślady zostają na palcach i trudno je usunąć. Jeśli miałabym wybrać jeden spośród tych dwóch tintów to zdecydowałabym się właśnie na ten, ponieważ jest gęstszy, a przez to wygodniejszy w aplikacji oraz bardziej intensywny i trwały. Szkoda tylko, że nie ma tak pięknego zapachu, bo to niewątpliwa zaleta tego pierwszego.

Szczerze mówiąc od tych tintów oczekiwałam nieco więcej, ale zapewne zadziałała tutaj na mnie ich duża popularność, spodziewałam się naprawdę wybitnych produktów, więc ich poprawność nie do końca mnie usatysfakcjonowała. Z jednej strony ich trwałość jest czymś genialnym, ale z drugiej  chyba wolałabym gdyby kolory były bardziej nasycone i intensywne, aby móc nałożyć je na wargi i cieszyć się głębią koloru. Ten produkt w moim odczuciu jest zbyt delikatny na usta i bardziej spisze się do podkoloryzowania kości policzkowych, co robi naprawdę dobrze.

THEY'RE REAL! DOUBLE THE LIP


Na początku byłam pewna, że pomadki te ze względu na dwukolorową strukturę mają na ustach tworzyć efekt ombre, ale ostatecznie okazało się, że ciemniejsza część służy za konturówkę. Nie trzeba jednak obawiać się efektu ciemnego obrysu wokół warg, bo tak naprawdę kolory się ze sobą łącza i po aplikacji ich na usta barwa jest jednorodna. Ciekawy pomysł, aczkolwiek mimo wszystko jeśli ktoś lubi perfekcyjnie pomalowane usta to i tak powinien użyć tradycyjnej konturówki, bo ten produkt nakłada się jak zwykłą pomadkę i nie da się nią poprowadzić bardzo precyzyjnej linii. Oba kolory, zarówno revved-up red będący piękną czerwienią z lekką domieszką pomidorowej barwy oraz pink thrills o chłodnej tonacji różu zdobyły moją sympatię, bo bardzo dobrze się w nich czuję. Poza tym są to pomadki nawilżające, które przyjemnie rozsmarowują się na ustach, nie podkreślają suchych skórek, zapewniają aksamitną poświatę z lekkim połyskiem, pigment rozkłada się bardzo równomiernie i jak na produkty o takim wykończeni są przyzwoicie trwałe, choć oczywiście daleko im do tintów. Jedyny minus to moim zdaniem aromat, który jest bardzo intensywny, sztuczny i mało przyjemny. Na szczęście szybko się ulatnia i potem już nie jest drażniący. 



TRWAŁOŚĆ I INTENSYWNY KOLOR W JEDNYM?


Najlepszym pomysłem, aby uzyskać w pełni satysfakcjonujący makijaż ust za pomocą tych produktów jest po prostu połączenie ich ze sobą. Tinty zapewnią delikatny kolor, który będzie utrzymywał się przez wiele godziny, a pomadki zadbają o dobrą kondycję naskórka i podkręcą makijaż intensywnym odcieniem. Dodatkowo ich bardzo przyjemna konsystencja zapewni miękkość ust oraz zapobiegnie ich przedwczesnemu wysuszeniu, a to częsty problem osób, które zmagają się szczególnie w okresie zimowym ze spierzchłymi wargami, w których drobne załamania dostaje się pigment i wygląda bardzo nieatrakcyjnie. Często właśnie w ten sposób mieszam produkty do ust, bo połączenie długotrwałego tintu i jakiejś pomadki skutkuje powstaniem nowego odcienia i trwałym makijażem, a w sumie czego chcieć więcej? Jeśli miałabym wybrać spośród tych kosmetyków swoich ulubieńców to na pierwsze miejsce zasłużyłyby moim zdaniem mniej znane podwójne pomadki, a nie kultowe już tinty. Też w sumie jestem zaskoczona takim obrotem sprawy, ale w sumie ile policzków i ust, tyle rożnych opinii!

Znacie produkty dostępne w tym zestawie? 
Lubicie kosmetyki marki Benefit?