Ostatni rok w moim życiu przyniósł dwa bardzo ważne dla mnie momenty. Po pierwsze opanowałam samodzielną jazdę samochodem, a po drugie przestałam marzyć o opanowaniu trudnej sztuki profesjonalnego makijażu. Ta pierwsza przełomowa chwila sprawiła, że dosłownie miałam wrażenie jakby ktoś rozwiązał mi ręce, a ja zrozumiałam, że kobieta w samochodzie naprawdę może poczuć się niezależna. Oczywiście te wszystkie naprawy i świecące kontrolki zostawiam mojemu mężczyźnie, a sobie rezerwuję wiatr we włosach oraz brak konieczności biegania za autobusami. To jednak nie miał być wpis motoryzacyjny, więc pora przejść do drugiego ważnego momentu poprzednich 365 dni. Zaczęło się dość banalnie, bo kilka godzin przed rodzinną imprezą pewna siebie zabrałam się za makijaż oraz postanowiłam, że zrobię to jak należy i zgonie z tymi wszystkim anglojęzycznymi tutorialami, w których twarze autorek są tak perfekcyjne, że pewnie już niejedna kobieta przez nie wpadła w kompleksy. Po kilkunastu minutach spędzonych na wklepywaniu, rozcieraniu i malowaniu rzuciłam wreszcie pędzlem o ścianę! To nie była tylko wina wybuchowego charakteru, ale do tego przyczyniło się również moje odbicie w lustrze. Zmyłam te wszystkie kontury i absurdalne rozświetlenia, nałożyłam to co zawsze i wreszcie poczułam się jak kobieta, która podkreśliła swoją urodę, a nie skorygowała każdy fragment własnej twarzy. Było mi o niebo lżej i jakoś tak dobrze samej ze sobą. Takim sposobem zmieniłam spojrzenie na makijaż i zrozumiałam, że czasem naprawdę warto odpuścić i dać sobie spokój z dziwacznymi trendami. 

Mogę stawać na rzęsach, a i tak za kilkanaście lat mój dzisiejszy makijaż rozśmieszy moją córkę równie mono jak jaskrawozielone powieki i trwała z młodości mojej mamy. Pora wreszcie uświadomić sobie, że kosmetyki powinny być też dobrą zabawą, a na makijaż nie ma jednego właściwego sposobu i istnieje mnóstwo pomysłów na jego realizację!

Czy istnieje, więc coś takiego jak nonkonformistyczny makijaż? Raczej bawię się tu w słowotwórstwo, ale zabierając się za malowanie własnej twarzy, czasami mam wrażenie, że wszystko robię inaczej niż inni i często nie daję się ponieść fali aktualnych trendów. Konturowanie całej skóry, rozświetlanie czubka nosa i dorysowywanie grubaśnych brwi zostawiam innym, a sama wierna jestem po prostu intensywnemu kolorowi na ustach, rozświetlonej powiece oraz nieśmiertelnej kresce i taki też ulubiony typ makijażu przygotowałam dzisiaj.

 WYKONANIE MAKIJAŻU ORAZ UŻYTE KOSMETYKI

  • Najważniejszym akcentem są tutaj usta poryte soczystym odcieniem pięknej fuksji. Propozycja marki Revlon w odcieniu Obsession to zdecydowanie jedna z moich ulubionych pomadek, ponieważ jej formuła jest niezwykle komfortowa, intensywnie kryjąca, niepodkreślająca suchości warg, bardzo trwała i nieskromnie powiem, że pomadka ta wygląda u mnie po prostu obłędnie!
  • Kolejnym ważnym szczegółem jest kreska na górnej powiece wykonana eyelinerem w żelu Golden Rose, który ma intensywną barwę oraz łatwo nim narysować precyzyjną i trwałą linię, choć jego konsystencja jest bardzo gęsta i dość sucha. Kreskę skontrastowałam z taflą połyskującego cienia o zaskakującej nazwie Hal Apeno-Poppers z palety The Balm o szampańskiej barwie nałożonego na mokro, ponieważ ten sposób aplikacji sprawia, że barwy są bardzo nasycone, a połysk znacznie bardziej intensywny. Z kolei grafitowy odcień Alfred O'Pasta nałożyłam wzdłuż linii dolnych rzęs. Oba kolory dla ułatwienia zaznaczyłam na zdjęciu znajdującym się poniżej. Cienie są łatwe w aplikacji, trwałe i co najważniejsze mają dobrą pigmentację. Cały makijaż oka wykończyłam tuszem The Mascara, który polubią fanki grubych szczoteczek i dokładnego rozdzielnia oraz wydłużenie rzęs.
    >>> 5 kosmetyków kolorowych, których aktualnie używam najczęściej >>>
  • Brwi podkreśliłam browlinerem Golden Rose, który idealnie nadaje się do zagęszczenia włosów, aczkolwiek nie trzyma ich w ryzach i czasem mam wrażenie, że nie można go zbyt dokładnie rozetrzeć przez co kolor brwi może być niejednolity. Być może po prostu odcień 02 to nie do końca moja gama kolorystyczna.
  • Twarz pokryłam moim ulubionym podkładem mineralnym Lily Lolo, który pięknie wygładza cerę oraz matuje skórę na wiele godzin, a pod oczy nałożyłam korektor w kremie Pixie, który nie przesusza wrażliwej strefy i dobrze kryje wszelkie przebarwiania. 
  • Ostatnim krokiem jest aplikacja bardzo naturalnie wyglądającego różu Annabelle Minerals przypominającego mi zdrowe rumieńce pojawiające się przy zmianie temperatury. Jeszcze tylko odrobina rozświetlacza w sztyfcie wklepanego opuszkami palców ponad kośćmi policzkowymi i gotowe!
Usta: Pomadka Revlon Ultra HD Matte Lipcolor w odcieniu Obsession 
Oczy: Tusz do rzęs Sephora The Mascara, 
Paleta cieni The Balm Appetit, 
Żelowy eyeliner Golden Rose
Brwi: Browliner Golden Rose w odcieniu 02 
Cera: Podkład mineralny Lily Lolo Warm Peach, 
Korektor pod oczy Pixie Cosmetics Reviving 01 Vanilia Cream, 
Policzki: Róż Annabelle Minerals w odcieniu Rose, 
Rozświetlacz Revlon Photoready Insta-Fix 200 Pink Light


Lubicie takie intensywne odcienie na ustach czy raczej decydujecie się na bardziej neutralne kolory? Przemawiają do was aktualne trendy, a może wykonujecie makijaż tylko według samodzielnie ustalonych zasad?