Już dawno chciałam się podzielić moimi przemyśleniami na temat tej maski, ale zabierałam się do tego jak pies do jeża i zawsze jakiś kosmetyk wydawał mi się ważniejszy, a to dość dziwna sprawa, bo ten produkt naprawdę zasługuje na trochę uwagi. Czasem tak bywa, że jakiś kosmetyk jest wręcz opiniogenny i słowa same cisną się na klawiaturę, a pisanie recenzji drugiego w głównej mierze składa się z pauz oraz przemyśleń i tak było w tym przypadku. Zawsze przed wydaniem ostatecznej opinii staram się poznać różne stanowiska, konfrontuję moje doświadczenia z punktem widzenia innej osoby i czasem mogę przybić jej piątkę, a innym razem zachodzę w głowę skąd właściwie wzięła się ta recenzja. Tym razem spotkaliśmy się gdzieś pośrodku, bo  z większością pozytywnych ocen w sieci mogę się zgodzić, ale też chciałabym poruszyć kilka trochę mniej popularnych kwestii odnośnie tej błotnej maski. Jak nietrudno domyśleć się jest to kosmetyk produkowany dla perfumerii Sephora i oczywiście dostępny tylko tam. Co za tym idzie większość osób może go zakupić tylko przez internet i już spieszę, aby dać znać czy w ogóle ten produkt jest warty takiego zachodu.


OPAKOWANIE, ZAPACH I KONSYSTENCJA BŁOTNEJ MASKI MARKI SEPHORA


Zamknięcie jej w słoiczku ze szkła oraz cała ta minimalistyczna oprawa sprawia, że maska wygląda naprawdę porządnie i chyba można stwierdzić, że aspiruje do bycia produktem z wyższej półki. Wewnątrz mamy do dyspozycji produkt, który charakteryzuje się bardzo specyficznym zapachem, który nie każdemu przypadnie do gustu i ja też mam do niego dość obojętny stosunek, bo nie przeszkadza mi, ale też jakoś specjalnie nie zaskarbił sobie mojej sympatii. Jest intensywny, naturalny i wyczuwam w nim bardzo ofensywne i soczyste ziołowe nuty. Konsystencja jest gęsta i posiada stalowy odcień, który raczej zachęca do stosowania. Wewnątrz można dostrzec maleńkie grudki, które jeszcze bardziej nasuwają na myśl, że maska jest błotna, ale podczas nakładania na skórę są słabo wyczuwalne, więc nie ma tu mowy o jakiś właściwościach peelingujących. Aplikuje się ją naprawdę przyjemnie, bo nie jest zanadto gęsta ani zbyt rzadka, a po dość długim czasie w słoiczku nadal zachowuje swoje właściwości i nie wysycha. Ogólnie rzecz biorąc treściwa konsystencja maski wpływa na to, że oceniam ją jako bardzo wydajny produkt, bo niewielka ilość wystarczy na pokrycie całej twarzy, choć w dalszej części napiszę nieco więcej na temat właściwej aplikacji na poszczególne typy cery.


MUD MASK  - PRZEZNACZENIE I SKŁAD


Producent zaleca, aby stosować błotną maskę głównie w celu oczyszczenia cery oraz zredukowania ilości niedoskonałości oraz sebum, czyli od razu nasuwa nam się tutaj na myśl tłusta i problematyczna skóra. Jak najbardziej się z tym zgodzę, ponieważ produkt ten ma bardzo silne działanie i w przypadku cer wrażliwych lub suchych może działać zbyt intensywnie. Poza tym w swoim składzie zawiera cynk, miedź i białą glinkę, a są to komponenty najczęściej spotykane w kosmetykach przeznaczonych do cer nadmiernie przetłuszczających się i z problemem wyprysków. Wśród jej komponentów znajdziemy poza tym puder ze skórki pomarańczy,  glicerynę oraz szereg witamin, które odpowiadają między innymi za wyrównanie kolorytu cery, poprawienie miękkości oraz utrzymanie właściwego nawilżenia. 


APLIKACJA ORAZ REZULTATY


Metodą prób i błędów opracowałam na nią taki sposób, że nakładam ją wyłącznie w okolicach strefy T, czyli na czoło, nos, brodę i część policzków. Aplikowanie jej na całą twarz czasem sprawiało, że po zmyciu maski czułam lekkie napięcie, co nie zdarza się w okolicy, w której moja skóra jest bardziej tłusta i posiada rozszerzone pory. Może lekko wysuszać, ale nie jest to do końca wadą, bo w przypadku różnego rodzaju wyprysków działanie to jest pożądane. Duża zawartość cynku i jej gęsta konsystencja to świetny powód, aby maskę nakładać na różnego rodzaju niedoskonałości na noc. Taka aplikacja lekko uspokoi dane miejsca, ale też nie będzie nieprzyjemnym doświadczeniem, bo punktowe nakładanie nie spowoduje nieprzyjemnego ściągnięcia jakie pojawia się po zaschnięciu maski na całej powierzchni twarzy. Producent zaleca, aby stosować ją 1-2 razy w tygodniu, ale ja uważam, że nawet dłuższe odstępy między aplikacjami nie będą problemem. Tuż po nałożeniu na skórę nie wyczułam żadnych skutków ubocznych typu mrowienie lub wrażenie ciepła, ale nie da się ukryć, że maska zasycha w naprawdę szybkim tempie i nawet spryskiwanie jej wodą termalną daje krótkotrwałe efekty, bo po kilkunastu sekundach znów zaczyna się robić sucha.  Po upływie około 10 minut następuje najbardziej kłopotliwa część zabawy z tym produktem, bo zastygłą warstwę należy usunąć, a to nie jest łatwe zadanie. Tutaj zalecam użycie jakiejś gąbeczki lub ściereczki lub po prostu zmycie ją pod prysznicem, ponieważ standardowe usuwanie jej za pomocą mokrych dłoni będzie naprawdę czasochłonne. Po osuszeniu cera jest wyraźnie gładka oraz delikatna, a jeśli maskę nakładam wieczorem to rano skóra nadal jest sucha i niepokryta sebum i to moim zdaniem ogromna zaleta, bo często zdarza mi się, że po nocy skóra jest wyraźnie tłusta. Inną kwestią jest fakt, że po zastosowaniu tego produktu skóra jest tak przyjemnie wygładzona, że nawet makijaż wygląda zdecydowanie lepiej, bo cera wydaje się gładsza, a podkład po prostu lepiej leży. Pory są mniej widoczne, aczkolwiek nadal zauważalne, ale wychodzę z założenie, że taka już moja uroda i czasem nie warto walczyć z wiatrakami, ale skupić się na pozytywnych aspektach zastosowania danego produktu.


CZY POLECAM MASKĘ BŁOTNĄ?


Ogólnie maska zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie i warto zwrócić uwagę na jej bardzo skuteczne właściwości oczyszczające, matujące oraz minimalizujące widoczność porów. Bardzo dobrze sprawdza się w okolicach strefy T, ale jednak nie uważam, że jest odpowiednia dla każdej cery i nawet ja wolę stosować ją punktowo. Specyficzny zapach jest kwestią mniej istotną, ale muszę jeszcze raz wspomnieć, że uważam ją za kosmetyk bardzo wydajny. Chociaż moje wrażenia są pozytywne to jednak nie jestem skłonna stwierdzić, że ten produkt jest niezbędnikiem w każdej kobiecej kosmetyczce. Fajnie, że udało mi się dołączyć go do mojej pielęgnacji, ale nie wykluczam, że nadal będę szukała czegoś jeszcze bardziej odpowiedniego dla mojej skóry. Maska zbiera naprawdę dobre oceny, spełnia swoją rolę, więc myślę, że warto jej działanie sprawdzić na sobie i tylko szkoda, że nie jest dostępna w małych saszetkach do jednorazowego zastosowania, co pozwoliłoby przetestować ją przed zakupem całego słoiczka, który jest już znacznie większą inwestycją. Jeśli nawet jej działanie okaże się aż zanadto intensywne to z pewnością sprawdzi się jako produkt do punktowego stosowania na wypryski. Ogólnie polecam, ale powstrzymuję się od nadmiernego entuzjazmu ze względu, że maska nie jest produktem dla każdego.

Znacie błotną maskę marki Sephora?
Może macie w tej kategorii jakichś swoich ulubieńców?