Na pewno również wam zdarzają się takie dni, że nawet niezaprzeczalna miłość do kosmetyków wydaje się już nieco wypalać, a stosowanie jakichkolwiek produktów nie jest przyjemnością, a staje się już tylko obowiązkiem. W głównej mierze mam tu na myśli makijaż, który w moim przypadku sprawia mi mnóstwo frajdy, ale od czasu do czasu staje się porannym zadaniem, które trudnością nie odbiega od misji na Marsa. Z tego też powodu w wolne dni najczęściej odstawiam wszelkiego rodzaju podkłady i tusze, a czasem nawet pielęgnację ograniczam do minimum, bo wydaje mi się, że dzięki temu odpoczywa moja skóra, ciało oraz umysł, który może wreszcie skupić się na innych rzeczach niż tylko odpowiedni odcień pomadki i krem pod oczy. Kosmetyki nie działają po pierwszym użyciu, więc jednorazowe zaniechanie ich używania też nie jest w stanie zniwelować wielotygodniowego planu pielęgnacyjnego. Z pewnością każdy wie czym jest określenie cheat day lub cheat meal jeśli mówimy o diecie, więc ja od czasu do czasu wprowadzam ten termin do mojej pielęgnacji i kończy się na tym, że po prostu daję sobie spokój z rutyną, nie przestrzegam wszystkich obowiązków, odpoczywam i decyduję się wyłącznie na kosmetyki, które sprawiają mi przyjemność lub są niezbędne. W moim mini zestawieniu postanowiłam pominąć oczywiste oczywistości jakimi są chociażby produkty do mycia i zdecydowałam się skupić wyłącznie na takich, które są alternatywą, bo równocześnie mogę ich używać, ale też nie muszę, bo brak ich stosowania nie jest niczym niewłaściwym. Zdecydowanie wyznaję zasadę podchodzenia do tej całej pielęgnacji z odpowiednim dystansem i nie traktowania jej tak zupełnie serio, bo przecież ona to czasem aż, ale częściej tylko kosmetyki...


KREM DO TWARZY


Z tego typu kosmetyku rezygnuję naprawdę rzadko, bo dość często moja skóra po myciu bywa napięta i aż prosi się o jakąś dawkę nawilżenia i ochrony. Nie ukrywam jednak, że w podczas wolnych dni czasem pozostawiam skórę samą sobie i absolutnie nie przeszkadza to ani mi ani jej, bo taki detoks jest dobrą okazją, aby wreszcie zaobserwować jak nasza cera wygląda i zachowuje się niepokryta żadnym kosmetykiem i może to być naprawdę wartościowe doświadczenie. 
  • Aktualnie używam jednak produktu Sesderma C-Vit, którego głównym zadaniem jest nawilżenie, antyoksydacja oraz przywrócenie skórze blasku i witalności. W swoim składzie posiada stabilną formę witaminy C oraz kompleks niwelujący wolne rodniki. Producent zapewnia także o rozjaśnianiu skóry, zapobieganiu fotostarzenia oraz redukcji przebarwień. W moim przypadku zauroczenie tym produktem pojawiło się już po pierwszym użyciu, ponieważ nie obciążył skóry i zastosowany na noc sprawił, że rano była ona wygładzona i z takim charakterystycznym blaskiem, który sprawia, że aż chce się na nią przez cały dzień zerkać w lusterku. Krem pachnie cytrusowo, ma gęstą, ale nie tłustą strukturę i może pozostawiać szczególnie na mieszanej skórze lekką warstewkę, która się nie wchłania. Ładnie nawilża, zauważalnie rozjaśnia, więc moje oczekiwania w stosunku do niego zdecydowanie rosną. Za jakiś czas na blogu z pewnością pojawi się wpis na temat produktów tej marki, ponieważ posiadam również serum z tej samej linii z witaminą C, które już tak pozytywnie mnie nie zaskoczyło, ale o tym innym razem.


POMADKA OCHRONNA DO UST 


Z kremu do twarzy czasem rezygnuję, ale wszelkiego rodzaju pomadki mam dosłownie zawsze pod ręką. W głównej mierze przyczyną tego stanu rzeczy są moje wargi, które negatywnie reagują na wszelkiego rodzaju zmiany temperatury oraz kosmetyki, bo te dwa czynniki potrafią bardzo często je wysuszyć. Ze spierzchniętymi wargami walczę na wiele sposobów i zaczynam od tych naturalnych jak chociażby miód oraz peelingi z cukru, a kończę na wszelkiego rodzaju pomadkach kolorowych, które rzekomo mają dbać o właściwy poziom nawilżenia. Jednak różnie z tym bywa, więc kosmetyk ochronny jest moim niezbędnikiem tuż przed snem i zaraz po przebudzeniu. Daje on wyraźną ulgę, pozytywnie wpływa na wygląd naskórka oraz pomadki nakładanej na usta. 
  • Dzisiaj postanowiłam napisać o pomadce odżywczej Vitea marki Allverne. Jej różowe opakowanie zdecydowanie nie wyróżnia się od innych produktów dostępnych na rynku. W składzie zawiera olej migdałowy, lanolinę oraz kompleks witamin A, E i F. Sztyft ma kremowy kolor i początkowo obawiałam się, że konsystencja będzie zanadto gęsta i twarda, a ostatecznie nieprzyjemnie wyczuwalna na wargach. Myliłam się, ponieważ sztyft sunie po nich gładko i momentalnie na ustach pozostaje gładka i zupełnie nie lepiąca się warstwa, która jest niesamowicie przyjemna podczas noszenia. Muszę też zwrócić uwagę na bardzo charakterystyczny zapach, który kojarzy mi się z taką oranżadką w proszku jaką zajadałam się w czasach dzieciństwa. Mimo wszystko pomadkę oceniam dość średnio i już tłumaczę dlaczego. Nakładam ją głównie podczas wolnych dni, kiedy jestem w domu, ponieważ pozostawia po sobie białawy odcień, który jeszcze bardziej potęguje widoczność suchych skórek, a szkoda, bo zupełnie czego innego oczekiwałam po tego typu produkcie, który w nazwie ma SOS, wiec siłą rzeczy ma być pewnego rodzaju ratunkiem na przesuszenie. Poza tym przyjemnie nawilża, wygładza, ale szybko znika z warg, więc niestety świetna konsystencja i przyjemny zapach nie zwyciężają z resztą mniej pozytywnych aspektów.


KREM TONUJĄCY


Jeśli podczas wolnych dni stan mojej cery wyjątkowo mnie nie satysfakcjonuje to nigdy nie decyduję się na wszelkiego rodzaju podkłady, a jedynie wybieram kremy tonujące, których zadaniem ma być wyrównanie kolorytu skóry. Mimo wszystko zwracam też uwagę na aspekty pielęgnacyjne, ponieważ nie chcę, aby mój dzień bez makijażu skończył się nakładaniem na skórę kremu, który w najgorszym wypadku obciąży, zapcha i zmęczy cerę, która przecież miała odpoczywać.
  • Nie ukrywam, że od dawna uwielbiam markę La Roche-Posay i ich linia do cery problematycznej Effaclar bije na głowę wszystkie inne kosmetyki przeznaczone dla osób zmagających się z trądzikiem. Z tego też powodu niezwykle ucieszyła mnie wizja połączenia mojego ulubionego kremu Effaclar Duo + z kosmetykiem tonującym, bo to pielęgnacja i coś w rodzaju lekkiego makijażu w jednym. Kremy tej marki uwielbiam między innymi dlatego, że są bardzo lekkie i na mojej mieszanej cerze nie pozostawiają po sobie żadnej tłustej warstwy. Jednak Unifiant zachowuje się już nieco inaczej, ponieważ po jego aplikacji widoczna jest tłustawa poświata na skórze. Ten jedyny fakt sprawił, że nie jest to kosmetyk skrojony na moją miarę i nie używam go na co dzień, a jedynie w wolne dni, kiedy nie przejmuję się tym, że moje skóra może trochę błyszczeć. Szkoda mi go schować na dno szuflady, ponieważ stosowanie go to jednocześnie pielęgnacja i lekkie wyrównanie kolorytu cery, więc gdyby tylko pozostawiał po sobie matowe wykończenie to mógłby zostać moim prawdziwym hitem. Inną kwestią jest dość okrojona kolorystyka, ponieważ jaśniejsza wersja to propozycja dla osób o  średniej cerze, a te posiadające blady ocień mogą się tylko obejść smakiem. Niestety nie jest to produkt stworzony dokładnie dla mnie, ale jako połączenie kremu i makijażu do domowego użytku, spisuje się całkiem dobrze.
    >>> Effaclar Duo (+), Effaclar K (+) i Effaclar Duo (+) Unifiant. Który krem marki La Roche-Posay wybrać? >>>


MASECZKA DO TWARZY


Często w ciągu tygodnia o niej zapominam i wracam do używania jedynie podczas wolnych dni, kiedy mogę zrobić wszystko na spokojnie i wreszcie się zrelaksować. Nie ukrywam, że mój wybór najczęściej pada na maski w płacie, ponieważ wyciągam je z opakowania, nakładam na twarz, zdejmuję, wklepuję pozostałości i koniec. Ta wygoda zdecydowanie wygrywa moim zdaniem z koniecznością dodatkowego zmywania pozostałości, które często zajmuje więcej czasu niż sama aplikacja. 
  • Maski Stenblanc Essence standardowo zamknięte są w jednorazowej saszetce i zatopione są przeźroczystym płynie. Materiał jest dość standardowy, więc nałożony na twarz sprawia, że raczej powinniśmy się położyć i odpocząć, bo nie przylega idealnie i może po prostu spadać. Nie jest to maseczka, która idealnie dopasowana do skóry i trzeba chwilę poświęcić, aby ją dobrze dopasować. W saszetce pozostaje spora ilość płynu, którą zawsze nakładam na szyję oraz dekolt. Wersja rewitalizująca z ekstraktem Róży Damasceńskiej, w składzie posiada kolagen, kwas hialuronowy, pantenol oraz ekstrakty z aloesu, portulaki oraz rozmarynu. Ma intensywny różany zapach, który moim zdaniem jest bardzo przyjemny, a z tym bywa różnie jeśli mówimy o tego typu specyficznym aromacie. Po zdjęciu jej z twarzy reszta płynu szybko się wchłania i pozostawia po sobie lekką warstwę. Skóra wydaje się bardziej napięta, odprężona i zdecydowanie nawilżona. Oczywiście nie są to rezultaty, które pozostają na stałe, ale niewątpliwe tego typu kosmetyk ma dużą moc w kwestii przyjemnego relaksu i odprężenia.
    >>> Steblanc by Mizon - koreańskie kosmetyki do makijażu i pielęgnacji >>>


KREM DO RĄK


To kosmetyk dawniej zupełnie przeze mnie pomijany, a aktualnie nie wyobrażam sobie bez niego codziennej pielęgnacji. Mimo wszystko w jego przypadku nadal mam pewne wymagania, które dyskwalifikują część kremów. W głównej mierze mam na myśli tutaj warstwę, którą pozostawia po sobie kosmetyk po rozsmarowaniu i wchłonięciu, ponieważ lubię jeśli dłonie są gładkie, wyraźnie nawilżone i otoczone lekkim woalem, a nie znoszę jeśli mam wrażenie, że są niesamowicie tłuste, co przeszkadza mi w funkcjonowaniu i dodatkowo irytuje.
  • W tym momencie ulubieńcem jest odmładzający kem do rąk marki Tołpa, który zaskarbił sobie moją przychylność już od pierwszego użycia, ponieważ spełnił wszystkie moje oczekiwania. Po pierwsze pięknie pachnie, po drugie dłonie po jego użyciu są wręcz aksamitne, a po trzecie jego działanie uważam za długoterminowe, ponieważ poprawia elastyczność, wygładza oraz nawilża. W składzie posiada olej migdałowy, mocznik, glicerynę, ekstrakt figi oraz keratynę, która dodatkowo ma wpłynąć do dobry wygląd paznokci. Jego używanie to dla mnie zdecydowanie bardzo przyjemny rytuał, a to podczas wolnego dnia zdecydowanie priorytet. W sumie to moje dłonie bez niego i tak miałyby się dobrze podczas chwilowej przerwy, ale po prostu nie umiem sobie odmówić, aby nie nałożyć go po raz kolejny.
    >>>Linia dermo mani marki Tołpa, mój rytuał pielęgnacyjny dla pięknych dłoni >>>

A wy jakich kosmetyków używacie podczas dni wolnych i takich bez makijażu?
Znacie produkty, o których dzisiaj pisałam?