Początek miesiąca. Otwieram mój planner i szybko zapełniam go szlaczkami słów, które jestem w stanie przeczytać tylko ja. Początkowo nieśmiało notuję potrzebę drobnych zmian, ale zaraz się rozkręcam i kolejne rubryki pełne są postanowień tak absurdalnych i wydumanych, że zastanawiające jest czemu ich stopniowe pojawianie się nie było dla mnie alarmujące. Mijają kolejne dni, a ja z dumą zaglądam do mojego notesu i z nieskrywaną ekscytacją czekam na plany, które już niedługo rzekomo mają się ziścić. Szkoda tylko, że w tym czasie ktoś nie dał mi konkretnego kuksańca i nie wytłumaczył, że konkretne rzeczy dzieją się jeśli coś robimy w ich kierunku, a nie tylko siedzimy dumni z naszych kapitalnych, aczkolwiek niezrealizowanych planów. Dzisiaj mamy ostatni dzień lipca, a moje skrzętnie zanotowane pomysły nadal są wyłącznie na papierze i stały się widocznym dowodem mojej organizacyjnej klęski. Czyli wychodzi na to, że naprawdę przez 31 dni nie zrobiłam nic konkretnego? Uruchamiam zwoje nerwowe, urządzam burzę własnego mózgu i wpadam na to jak jakoś uratować ten miesiąc. No przecież zdążę wam jeszcze pokazać najnowsze pudełko ShinyBox! Nie jest to może jakiś genialny elaborat, ale przynajmniej mój honor został uratowany. Poza tym mądrzy ludzie powiadają, że zrobione jest lepsze od doskonałego, więc perfekcjonizmem zajmę się przy innej okazji, a dzisiaj mam dla was coś stworzonego nie od linijki, ale niepozbawionego estetyki, którą bardzo cenię.

PIELĘGNACJA CIAŁA


Na pierwszy ogień idą kosmetyki, które mają pomóc zadbać o ciało i one podczas lata są zdecydowanie najważniejsze, bo makijaż i tak spłynie, więc można go sobie darować. Z kolei podczas układania włosów priorytetem jest fakt, aby za bardzo nie grzały, a nie wyglądały idealnie, więc wszelkiego rodzaju stylizatory również można sobie na co dzień odpuścić.

Pierwszy kosmetyk idealnie wpisuje się w letnie klimaty, bo antybakteryjny żel do rąk marki CleanHands przyda się w każdej wakacyjnej torebce. Każdy przecież zna te leniwe letnie dni spędzane poza domem, jedzenie na mieście i problem kiedy okazuje się, że dostęp do bieżącej wody jest utrudniony, a warunki niekoniecznie higieniczne. W tym momencie ratunkiem jest produkt, który działa bez użycia wody, odświeża skórę, błyskawicznie się wchłania, nie pozostawia po sobie żadnej wyczuwalnej warstwy i do tego pięknie pachnie owocami. Sprawdziłam to wszystko i potwierdzam! Producent dodatkowo zapewnia, że kosmetyk ten nawilża, odżywia i zapobiega nadmiernemu przesuszeniu oraz działa łagodząco. Zabieram go do torebki i przynajmniej w najbliższym czasie będzie on stanowił w niej punkt obowiązkowy. 

Drugim pełnowymiarowym kosmetykiem do ciała jest żel aloesowy marki Kueshi, w którym 99% masy stanowi sok z liści aloesu, więc taki skład brzmi naprawdę imponująco. Może sprawdzić się podczas każdej pory roku, ale będzie przydatny przede wszystkim latem, bo jego zadaniem jest utrzymywanie stałego nawilżenia skóry, zapobieganie przesuszeniu, a także stosowanie na miejsca podrażnione, bo nie tylko łagodzi, ale także działa antybakteryjnie. Ja użyłam go po depilacji i wyraźnie złagodził zaczerwienienia i poprawił wygląd skóry. Ten kosmetyk również bardzo mnie ucieszył, bo jest z gatunku tych, które można używać na mnóstwo różnorakich sposobów, więc jeśli nie sprawdzi się w danej kategorii to trzeba próbować dalej aż do skutku albo klęski absolutnej. 

Trzecim produktem jest saszetka mieszcząca w sobie peeling i maskę do stóp Efektima. Najbardziej rozbawiło mnie określenie, że kremowa konsystencja została stworzona dla nowoczesnych kobiet. To tak jakby te kierujące się bardziej tradycyjnymi wartościami wybierały produkty o bardziej twardej lub płynnej teksturze. Oczywiście łapię tu kogoś za słówka i wyrywam zdanie z kontekstu, więc pora przejść do faktów. Peeling dzięki składowi obfitującemu w kwasy mlekowy i migdałowy oraz olej sojowy ma działać błyskawicznie, a także pozostawić skórę miękką i gładką. Z kolei maska łącząca w sobie glicerynę, mocznik oraz parafinę i masło Shea ma szybko i długotrwale zmiękczać, nawilżać i między innymi wygładzać. Ok, produkt zapowiada się całkiem przyjemnie i przyda się na jakiś bliżej nieokreślony wieczór SPA, ale nie podchodziłabym do jego obecności tutaj zbyt entuzjastycznie, bo to tylko jednorazowa saszetka.

PIELĘGNACJA WŁOSÓW


Teraz będzie trochę na temat bałaganu, który zwykle mamy na głowie, więc przygotujcie się, że będę rzucała nazwami, których nie znacie, a i ja do tej pory nie miałam na ich temat pojęcia. Produkty do włosów mają to do siebie, że ich producenci zwykle stosują nazewnictwo, którego przeciętny konsument niestety nie ogarnia. Kiedy je wszystkie czytam przypominają mi się moje zajęcia z biochemii, pod czas których zawsze się zastanawiałam co ja tam właściwie robię?

Pierwszym takim zawiłym produktem jest szampon Syoss Hair Reconstruction z linii Salonplex, którego zadaniem jest odbudowa wiązań we włosach zniszczonych i uzupełnienie w nich ubytków?! Czy to jest rzeczywiście możliwe nie wiem, ale chętnie się przekonam jak naprawdę mają się te zapewnienia do rzeczywistości, w której jednak nie wszystko można tak łatwo połatać i posklejać. Poza tym trochę bawi mnie już ta końcówka plex, którą każda marka przysposobiła i dała jej swoją nieco zmienioną nazwę. Nie mówię temu produktowi nie, ale podchodzę do niego ostrożnie i z dystansem bardziej świadomego konsumenta, który swój rozum ma i nie zawsze daje się ogłupić.

Drugi kosmetyk trafił do mnie z tego powodu, że jestem ambasadorką marki. Nagrodą za moje wielogodzinne pisanie postów okazał się produkt, który raczej nie jest idealnie stworzony do mojej fryzury. Micelarna odżywka myjąca Schwarzkopf Color Freeze jak nazwa wskazuje przeznaczona jest to włosów farbowanych, a moje od paru lat nie uświadczyły farby. Nie mniej jednak spróbuję tej nowości, bo micelarna formuła oraz odżywka, którą stosuje się niemalże jak szampon to coś naprawdę interesującego. Obawy jednak mam, bo moje włosy raczej nie przepadają za tego typu eksperymentami lubią oznajmiać mi o tym fatalnym wyglądem. Dodam jeszcze, że odżywka ta reklamowana jest jako wzmacniająca strukturę włosa, zachowująca kolor na dłużej oraz przywracająca odpowiednie pH i właściwą warstwę lipidową. Jest trochę zagadkowo, a więc i ciekawie, a takie nowinki bardzo lubię.

KOSMETYKI KOLOROWE


Ostatnia grupa produktów jest moim zdaniem najsłabsza, bo nie są to kosmetyki, które przywitałam jakimś szczególnym entuzjazmem. To po prostu drogeryjna kolorówka, którą każdy ma na wyciągnięcie ręki, więc nie dziwi, że po wyjęciu ich z pudełka próżno czekać na odgłosy aprobaty, a jest to raczej neutralny pomruk akceptacji. 

Na pierwszy ogień idzie żelowy lakier Iconails marki Catrice, w pięknym czerwonym kolorze, który idealnie wpasował się w mój gust. Od jakiegoś czasu używam hybryd, ale od czasu do czasu mam ochotę na jakąś szybką zmianę bez konieczności używania lampy UV. Producent zapewnia o zniewalającym połysku i trwałości do 7 dni i chętnie obalę drugą obietnicę, bo u mnie żaden lakier nie wytrzymał dłużej niż 3-4 doby. Wymiennie w innych pudełkach znalazła się też maskara zapewniająca efekt sztucznych rzęs, więc znowu mamy do czynienia z naprawdę poważnymi obietnicami, które ja z reguły wkładam między bajki. 

Dalej pojawia baza pod makijaż Joko Smooth Your Face, której obecność jest dla mnie miłą niespodzianką, bo od jakiegoś czasu sprawdzanie i krytykowanie kolejnych tego typu kosmetyków stało się moim małym hobby. Kilka z nich rzeczywiście nieco przedłużyło trwałość makijażu, ale nigdzie jeszcze nie zaskoczyło mnie długotrwałe utrzymanie matu na skórze. Ten produkt oczywiście w tych dwóch punktach ma być rewelacyjny i już zaczęłam jego sprawdzanie, aczkolwiek upłynęło trochę zbyt mało czasu, aby wyciągnąć sensowne wnioski, choć mam wrażenie, że żadnego wielkiego zaskoczenia tutaj raczej nie będzie, bo już nie jedna silikonowa baza pojawiła się na mojej twarzy. Rzeczywiście łatwo nakłada się na nią podkład i fajnie wygładza skórę, ale ja oczekuję nieco więcej niż tylko przeciętnych efektów. 

Dalej z pudełka wyciągamy pojedynczy satynowy cień do powiek Virual I Love It w odcieniu Perfetto, który określiłabym jako bardzo blady róż, który będzie idealny jako baza dla innych produktów. Kosmetyk reklamowany jest jako ten posiadający dobrą pigmentację, brak problemów z pyleniem oraz osypywaniem się. Zapewnienia to jedno, ale ja w tym momencie raczej nie potrzebuję tego właśnie kosmetyku, bo takie odcienie wpadające w chłodny róż niekoniecznie się u mnie sprawdzają. W innych pudełkach wymiennie pojawiły się też inne kolory i rodzaje cieni, więc tutaj mamy do czynienia z rosyjską ruletką i albo trafisz na coś do ciebie pasującego, albo uświadamiasz sobie, że nie cierpisz zieleni lub fioletu na oku i nie wiesz co z tym fantem (kosmetykiem) zrobić.

Ostatni pośród kolorówki jest błyszczyk Vipera Hamster, który pochodzi z linii kosmetyków magnetycznych, których opakowania można ze sobą łączyć w spionizowaną formę. Wymiennie w innych wariantach pudełka pojawiły się też róże, błyszczyki i szminki w wielu różnych odcieniach. Samą ideę takiego komponowania produktów w zestawy bardzo lubię, aczkolwiek róż w tym momencie nie jest tym czego potrzebuję, aby podrasować mój makijaż, bo zdecydowanie częściej wybieram pomadki i to takie w odważnych kolorach. Błyszczyk w takim razie poszuka nowego domu, który przyjmie go z uśmiechem na ustach.







MOJA OPINIA NA TEMAT PUDEŁKA POOL PARTY


Czytałam inne oceny tej edycji i w większość nie pozostawiły one na niej suchej nitki zarzucając jej obecność prawie wyłącznie kosmetyków drogeryjnych. Jak najbardziej to rozumiem, bo też wolę coś bardziej zaskakującego i mniej dostępnego, ale jednak nie będę aż tak surowa, bo kilka produktów jestem najbardziej ciekawa, więc jeśli chcecie z wypiekami na twarzy poczytać kilka słów dezaprobaty, to dzisiaj u mnie nie znajdziecie takiej telenoweli zażaleń i wniosków. Po pierwsze zarówno żel aloesowy oraz ten antybakteryjny do rąk to kosmetyki, których z pewnością będę używała i chyba naprawdę nie pasuje do nich oskarżenie, że są nudne. Oba kosmetyki do włosów może nie są jakoś specjalnie zaskakujące, ale z nieskrywaną przyjemnością sprawdzę jak mają się te wydumane i niezrozumiałe nazwy kompleksów i procesów w nich zachodzących do rzeczywistości włosów, które nie lubią dosłownie niczego i nie wahają się pokazywać tego bardzo ostentacyjnie. Baza pod cienie, połączenie maski i peelingu do rąk oraz lakier do paznokci pójdą w ruch, aczkolwiek obędzie się bez szalonego entuzjazmu w związku z ich otwarciem. Natomiast cień do powiek i błyszczyk tak naprawdę są aktualnie mi zupełnie niepotrzebne i trafiają do kategorii kosmetyków odrzuconych. Nawet nie chcę ich otwierać, bo to i tak pewnie skończy się na jednym użyciu, bo tego typu kolorówki mam stanowczo zbyt wiele, a powierzchni twarzowej zdecydowanie zbyt mało na taką ilość eksperymentów. 

Który z kosmetyk zwrócił waszą uwagę?
Jesteście na nie, na tak, a może wolicie wstrzymać się od głosu?