Jestem mistrzynią w nieolimpijskiej dyscyplinie marnowania czasu, więc znów spędzam zdecydowanie zbyt wiele minut na kolejnym plotkarskim portalu czytając artykuły, które nic nie wnoszą do mojego życia, a ich przeglądanie, poziom merytoryczny i bezużyteczna wiedza w nich zawarta sprawiają jedynie, że szare komórki w moim mózgu obumierają, a połączenia nerwowe powoli zanikają. Wiem, że jest to złe, ale zachowuję się jak człowiek na diecie, który w środku nocy zakrada się do kuchni w celu zjedzenia skrzętnie ukrytego pączka, bo skoro nikt nie widzi to przecież tak jakby nie miał on ani jednej kalorii. 

Z ciekawości zaglądam do komentarzy poniżej pierwszego z rzędu artykułu i to jest dopiero porcja czarnej rozrywki! Szpila, cięta riposta, kolejna szpila, soczysty epitet! Bycie popularną osobą to nie tylko same profity, ale też konieczność posiadana twardego tyłka. Jak dobrze, że sława się mnie nie ima, bo anonimowość jest dużo mniej bolesna. 


Postanawiam do tego bełkotu dodać coś od siebie, wpisuję opinię różniącą się od innych i z żalem stwierdzam, że na pewno przepadnie ona gdzieś w fali tej internetowej złości. No cóż, mój komentarz utopił się w morzu nienawiści, nie był zbyt chwytliwy i zanadto pozytywny, a przecież wszyscy wiemy, że najlepiej sprzedaje się wszystko co złe, przykre i smutne, więc o tragedii się krzyczy, a dobre wieści przekazuje się szeptem. Z tego powodu nie oglądam telewizji i dla własnego komfortu psychicznego nie mam zamiaru dawać wciągać się w te psychologiczne gierki programów głoszących wiecznie fatalne informacje.

O TYM JAK ZOSTAŁAM HEJTEREM


Czy wasz wewnętrzny hejter kiedykolwiek wyszedł na światło dzienne? Mojemu zdarzyło się to raz i do tej pory czuję wyrzuty sumienia spowodowane jego ówczesnym zwycięstwem nade mną i trochę żałuję, że nie zadławiłam się tym pełnym zazdrości i jadu komentarzem. Mam nadzieję, że jednak spłynęło to po tej osobie jak po kaczce i stwierdziła, że na pewno napisała to jakaś skrzywiona istota, która siedzi cały dzień w internetach i szkaluje innych, bo nie ma pojęcia co zrobić z własnym życiem. Oczywiście byłam anonimem, bo tak jest przecież łatwiej i nie trzeba ponosić odpowiedzialności za własne frustracje. Przyznałam się i czuję wreszcie ulgę, choć też i małe zażenowanie własną głupotą.

Od kiedy nieco bardziej udzielam się w sieci stałam się zdecydowanie bardziej pokorna, bo teraz z doświadczenia wiem, że nie wszystko wygląda tak kolorowo i pięknie jak po drugiej stronie monitora. Chociaż wśród znajomych spotykam się z bardzo pozytywnym odbiorem tego bloga i nieraz słyszałam, że to dla mnie na pewno powód do dumy, to i tak raz na jakiś czas pojawia się osoba, która moje miejsce w sieci kwituje jedynie pobłażliwym uśmieszkiem. Też kiedyś myślałam, że prowadzenie bloga to z bułka z masłem, więc wybaczam innym te wszystkie krzywe miny i niewybredne komentarze, bo często nie mamy świadomości jak bardzo rządzą nami stereotypy. Może nie dla każdego, ale akurat w moim przypadku blogowanie to praca na drugim etacie i do tego dość niewdzięczna, bo jest co prawda bardzo satysfakcjonująca, ale niesamowicie absorbująca i potrafiąca pewnymi szczególikami sprawić, że wszystko we mnie negatywnie buzuje. Nieraz trzaskam laptopem, mówię do szefa (sama do siebie), że to wszystko rzucam i mam dość, a potem i tak wracam skruszona, bo zdaję sobie sprawę, że ten świat pochłonął mnie tak bardzo, że uczestniczenie w nim jest tak samo naturalnym odruchem jak codzienne wstawanie rano przy akompaniamencie wyjącego wniebogłosy budzika. 

DLACZEGO JESTEM HEJTOODPORNA?


Przynajmniej raz w tygodniu czytam na innych blogach o hejcie, o podkładaniu sobie kłód pod nogi, szkalowaniu i innych bardzo słabych zachowaniach, na które ja całe szczęście patrzę wyłącznie z boku. Mam niewątpliwego farta, że tylko raz ktoś postanowił mi trochę dokopać. To się chyba nazywa karma!

Recz zdarzyła się około rok temu kiedy pewnego pięknego dnia jakiś anonim stwierdził po moim wpisie na temat kosmetyków antytrądzikowych, że blogerki z reguły są brzydkie i nic już nam nie pomoże. Rzeczywiście patrząc rano w lustro mogę tej osobie przyznać rację, bo faktycznie akurat ja do wybitnie urodziwych osób nie należę, ale z warstwą makijażu to nawet fajna ze mnie babka, więc może najpierw koleżanko pokażesz swoją twarz, a potem będzie licytacja kto jest ładniejszy?! Dlaczego uważam to za hejt? Bo poza negatywnym wydźwiękiem nie wnosił dosłownie nic, ot ktoś dał ujście swoim emocjom nasyconym żalem i smutkiem. Oczywiście komentarz skasowałam, bo jak nic była to tylko prowokacja, a ja wolę nie wchodzić w tego typu dyskusje, bo zbyt szybko można wyprowadzić mnie z równowagi, a obok nie miałam sekundanta, który cenzurowałby moje komentarze i przytrzymywałby gdybym wyrywała się z chęcią wymierzenia ciosu w postaci jakiegoś soczystego epitetu. 

Być może ta moja hejtoodporność jest wynikiem tego, że jestem zbyt malutkim zawodnikiem i nikogo nie obchodzi moje niespektakularne życie, które nie jest powodem do zazdrości. Z drugiej strony pewnie niektórzy na siłę szukają tych wszystkich afer myśląc, że brak hejtera równa się brak popularności. Jeśli tylko zauważam, że gdzieś zaczyna iskrzyć i zaraz zostanie użyta ostra amunicja w postaci gorzkich słów, to od razu wcielam się w rolę mediatora i apeluję o zaprzestanie nadmiernego spinania się, bo uwierzcie mi na słowo, że jest to komizm w czystej postaci. Takie zapasy w kisielu, które poważnie traktują tylko dwie walczące osoby, a dla reszty to prześmieszna rozrywka. Nic tylko brać popcorn do ręki i z rozbawieniem przyglądać się jak rzeczy nieistotne urastają do rangi problemu całego wszechświata.

Nie jestem fanką wszelkiego rodzaju guru motywacji, którzy ochoczo głoszą, że możemy spełnić każde marzenie, bo wychodzę z założenie, że jednak w życiu nie wszystko jest takie proste. Jak najbardziej internet jest dla wszystkich, każdy znajdziemy tu dla siebie miejsce, ale niestety mam także przykre wiadomości, bo tylko jeden z wielu blogerów odniesie spektakularny sukces i nie jest to mój wrodzony pesymizm, a racjonalne podejście do tematu. Jednym pisane jest brylowanie wśród najlepszych, a inni od losu dostaną możliwość realizowania swoich pasji z dala od blasku fleszy, więc nie ma co się zanadto napinać i do wszystkiego podchodzić tak bardzo serio, a tym bardziej urządzać te zabawne burze w szklance wody, które tak naprawdę nikogo nie obchodzą, a skutkują wyłącznie zmniejszeniem wiarygodności i narażeniem się na śmieszność.

Może ktoś się na mnie obrazi, ale wszystkie te afery przypominają mi przepychanki nastolatek, które pokłóciły się o pomadkę i jeszcze myślą, że cała internetowa widownia będzie kibicować im i temu żenującemu skandalowi. Nie nie będzie, a publiczność jeszcze bardziej utwierdzi się w krzywdzącym przekonaniu, że bycie blogerką to synonim infantylności. 

NAPRAWDĘ LUBIĘ KRYTYKĘ


Piszę bloga, dostaję odzew od czytelników, ale rzadko kiedy służy on do czegoś więcej niż do połechtania mojego łasego na pochlebstwa ego. Psychofanów nie posiadam, a szkoda, bo dzięki takim statystki mogłyby być bardziej satysfakcjonujące. Hejterzy jak wspominałam też się tego miejsca nie imają, ale życzyłabym czasem pojawienia się tu osoby, która wyłożyłaby kawę na ławę bez zbędnych uprzejmości. Niech pośle mi internetowy cios. Tak po prostu da znać co ją drażni, ale w sposób dający mi się jakoś rozwinąć. Opinia, że jest brzydko lub źle naprawdę niczemu nie służy, bo wypadałoby przynajmniej ją jakoś rozwinąć. Pozytywny odzew rozleniwia, a dopiero nieco dezaprobaty może naprawdę zmotywować i być zapalnikiem do czegoś fajnego. Zdecydowanie czasem wolę odrobinę przykrej szczerości zamiast dżentelmeńskiego głaskania się po główkach, z którego nic nie wynika. 

To ja jestem właścicielką mojego skrawka internetu i tylko ja ustalam zasady, więc zbyt napastliwych opinii mogę się pozbyć jednym kliknięciem lub zostawić je jako pewnego rodzaju wyznacznik granic między hejtem, a krytyką, bo ostatnio niebezpiecznie to wszystko zaczyna zlewać się w całość. Nagle okazuje się, że jeśli coś tworzysz to od razu zasługujesz na aprobatę. Większej bzdury dawno nie słyszałam! Pisz byle co, rób to byle jak, nie staraj się, a i tak należą ci się oklaski, bo jednak jesteś twórcą! Szkoda, że nie ma to przełożenia w realnym życiu i moja szefowa nie nosi mnie na rękach za to, że po prostu stawiłam się w pracy. Nagroda powinna być skutkiem czegoś wartościowego, krytyka genialną motywacją do zmiany, a czysty hejt to świetna okoliczność, aby sprawdzić czy funkcja "usuń" w życiu i na blogu działa poprawnie.

Jaki maci stosunek do tych wszystkich blogowych aferek?
Lubicie czasem przeczytać kilka słów krytyki na swój temat?