Ostatnio upodobałam sobie wyszukiwanie jak najbardziej dziwnych i oderwanych od rzeczywistości kosmetyków. Potem biorę w ręce takiego delikwenta i zastanawiam się co autor właściwie miał na myśli. Poza tym uświadamiam sobie, że osoby tworzące nowe produkty mają naprawdę wymagającą pracę, bo jak tu w branży kosmetycznej stworzyć coś naprawdę innowacyjnego skoro chyba już wszystko było?! Wyciągi z egzotycznych roślin, formuły udoskonalane przez dziesiątki lat, komponenty o nazwach, na których każdy łamie język to już nuda, więc ogromnym problemem jest jak zrobić kolejny krok i zaprojektować coś co nie trafi do muzeum niepotrzebnych produktów. Wiecie, że takowe miejsce naprawdę istnieje? Znajduje się w stanie Michigan i możemy znaleźć w nim produkty, które z różnych względów bardzo szybko zostały wycofane z rynku. Na półkach stoi chociażby cola śniadaniowa lub jeszcze bardziej potrzebna do szczęścia jajecznica w tubce! Wydaje się to dość zabawne, ale z pewnością i na naszym rodzimym rynku  możemy znaleźć mnóstwo produktów, które zostały zapomniane lub niezauważone, ale niekoniecznie dlatego, że nie działały skutecznie, a być może zaważyły kwestie nieudanej reklamy, nieprzyciągające wzroku opakowania lub fakt, że nie każda kobieta czuję potrzebę posiadania kosmetyków stosowanych na czubek głowy i najmniejszy palec u nogi. 

Podczas kontemplowania na temat trudności sztuki marketingu i przeglądania masy nowości zatrzymałam się w pewnej dużej drogerii przy półce z kremami do twarzy i szukałam czegoś co ukoi zmęczoną latem skórę. Nagle w zasięgu mojego wzroku pojawiła się sympatyczna dziewczyna i zaczęłyśmy miłą rozmowę:
- Dzień dobry, czy mogę Pani jakoś pomóc?
- W sumie tak, bo szukam kremu nawilżającego, ale do skóry mieszanej, więc zależy mi, aby cera po nim się nie świeciła i nadawał się pod podkład, więc najbardziej preferuję lekką konsystencję. Poza tym skłaniam się bardziej w kierunku czegoś o naturalnym składzie, ale bez oleju kokosowego, bo źle działa na moją cerę. Oczywiście świetnie gdyby miał wysoki filtr UV, ale nie wiem czy nie wymagam już zbyt wiele...
Dziewczyna popatrzyła na mnie z zakłopotaniem, spojrzała na półkę, potem znów na mnie, rozejrzała się czy nikt nas nie słyszy i chyba uznała, że równa ze mnie babka, bo zwróciła się do mnie szeptem:
- Powiem pani szczerze, że ja się na tym nie znam, mam jeden krem do twarzy i ciała, a tak w ogóle skończyłam budownictwo i codziennie się zastanawiam co ja tu właściwie robię?! 
Ze śmiechu prawie wypadłyśmy z butów, ale w sumie w ostatniej pracy czułam się podobnie, więc dałam dziewczynie spokój i poradziłam sobie sama. 

Jak widać żywot kosmetyków to nie jest łatwa sprawa, bo konkurencja jest ogromna, nie wszyscy się na nich znają, a nawet jeśli już nowości trafią na rynek to i tak długa droga przed nimi, aby nie wypaść z obiegu i nie trafić do muzeum niepotrzebnych produktów. Ciekawa jestem jaki los czeka kosmetyki z najnowszego pudełka U.R.O.K., bo nie wszystkie do tej pory poznałam, ale już teraz wiem, że muszą mieć się na baczności, aby wzbudzić zainteresowanie i mieć szansę trafić do konsumenta.

PIELĘGNACJA CIAŁA


Zaczynamy od grupy kosmetyków, których obecność w pudełku najbardziej mnie cieszy, bo wśród nich zwykle znajduję najmniej tych nietrafionych. Może raczej powinnam napisać, że moje ciało jest mało wymagające i w kwestii doboru kosmetyków nie jestem aż tak bardzo restrykcyjna jak w przypadku pielęgnacji cery lub chociażby doboru kosmetyków kolorowych, bo jeśli mówimy o tych ostatnich znaczenie mają nawet z pozoru nieistotne niuanse. 

Na pierwszy strzał idzie peeling do stóp marki SheFoot, który w składzie ma wyłącznie naturalne komponenty ścieralne: pestki śliwek, łupiny migdałów oraz orzechów makadamia. Ma działanie zmiękczające, pielęgnujące, odżywcze, a stopy już po pierwszym użyciu mają być miękkie i gładkie. Zawartość panthenolu ma zadanie łagodzić podrażnienia, nawilżać oraz regenerować naskórek. Produkt wydaje się całkiem fajny, na pewno będę go używała, bo raz na jakiś czas lubię poświęcić nieco więcej czasu stopom, ale jego obecność w pudełku to nie jest jakieś ekscytujące doświadczenie, kiedy tuż po otwarciu mam zamiar tu i teraz sprawdzić dany produkt i nie mogę się doczekać pierwszego użycia. W tym wypadku naturalny peeling SheeFoot po prostu odkładam na później.

Następny w kolejce jest nawilżający i ochronny krem do suchych i zniszczonych rąk Herbolive. W składzie posiada oliwę z oliwek oraz aloes działający nawilżająco, zmiękczająco oraz ochronnie. Jego zaletą ma być łatwość wchłaniania się, dbanie o skórki oraz ochrona przed kurzem i zanieczyszczeniami. W kwestii tego produkty mam zdanie podobne jak w przypadku poprzedniego, bo z pewnością będę go stosowała, ponieważ kremy do rąk muszę mieć zawsze przy sobie, ale jednak jego obecność w tej edycji pudełka nie jest żadną niespodzianką. Ot kolejny krem do rąk i tyle. Nie mniej jednak daję mu szansę się wykazać, bo może okaże się obowiązkowym wyposażeniem mojej torebki. W innych wariantach pudełka znajdował się wymiennie krem do stóp z tej samej linii.

Kolejny kosmetyk to pasta cukrowa Cosmadermaktórą miałam okazję otrzymać w innym pudełku ShinyBox i na temat, której już niedługo pojawi się obszerniejszy wpis, bo to moim zdaniem kosmetyk zdecydowanie warty chwili uwagi. Dla osób, które go nie znają mam też mały skrót informacji. Pasta składa się wyłącznie z cukru, wody i soku z cytryny, a depilacja za jej pomocą polega na przyłożeniu średnio miękkiej masy do skóry, uformowaniu grubego plastra, a następnie oderwaniu. Producent zapewnia o skuteczności działania oraz długotrwałych efektach i braku nieprzyjemności związanych z wrastaniem włosków. Brzmi nieźle, więc pora przekonać jak tak pozytywny opis ma się do bardziej problematycznej rzeczywistości.

Ostatnim pielęgnującym kosmetykiem w tym pudełku jest peeling kawowy BodyBoom. Bardzo dobrze znam te produkty, ponieważ udało mi się już sprawdzić wszystkie warianty zapachowe, a banan, który trafił do mnie tym razem jest jednym z moich ulubionych. Uwielbiam je nie tylko za zapachy, ale również za skuteczność działania, ogromną moc, niesamowitą gładkość jaką po sobie zostawiają oraz nasycenie naturalnego składu olejkami, które zmiękczają skórę i sprawiają, że po użyciu scrubu niepotrzebny jest już żaden balsam. Z jednej strony ten peeling nie powinien być dla mnie miłym zaskoczeniem, bo go przecież dobrze znam, a z reguły wolę testować nowości, ale jednak lubię go tak bardzo, że kolejna porcja zapasowa naprawdę mnie ucieszyła. Jeśli jeszcze nie miałyście przyjemności z tego typu kawowymi peelingami to szczerze namawiam was do spróbowania, a na pewno nie będziecie żałować, bo wszystkie zapewnienia z opakowań się sprawdzają, choć w sumie redukcję cellulitu trzeba traktować z przymrużeniem oka. 

KOSMETYKI KOLOROWE I PERFUMY


Przechodzimy do grupy produktów w stosunku, do których jestem już bardziej wymagająca, ponieważ tutaj o mojej sympatii decydują już prawdziwe niuanse i drobne szczegóły, które czasem urastają do rangi olbrzymich problemów. Niewłaściwy odcień, drażniąca nuta zapachowa lub mało satysfakcjonujące efekty działania potrafią sprawić, że dany kosmetyk jest przeze mnie użyty zaledwie raz i zaraz potem zapomniany trafia na dno szuflady, ponieważ szkoda mi czasu na próby jego okiełznania.

Pierwsza w kolejce jest pomadka Constance Caroll o aksamitnym wykończeniu na ustach. Lubię kosmetyki w tej formie, ponieważ z mojej perspektywy łatwiej aplikuje się je niż standardowe pomadki. Trafił do mnie odcień 10 Red Wine, który jest naprawdę piękny, głęboki, burgundowy i nasycony. Wydaje mi się, że to idealna propozycja na jesień, ponieważ nijak nie pasuje on mi do letniego i lekkiego makijażu. Bardzo ciemne usta to niekoniecznie moja bajka, ale lubię eksperymentować i jestem ciekawa czy uda mi się przełamać i choć na chwilę zrezygnować ze wszelkich odcieni różu i fuksji. Dobra pigmentacja od razu rzuciła mi się w oczy, a producent zapewnia dodatkowo o formule, która jest długotrwała i nie przesusza ust. Brzmi to trochę jak mój pomadkowy ideał, ale jeszcze zobaczymy co w przyszłości z tego wyniknie.

Następnym kosmetykiem kolorowym jest lakier do paznokci Essence w odcieniu Red Carpet, który jest soczystą malinową czerwienią. Kolor to jak najbardziej moja bajka, bo uwielbiam wszelkiego rodzaju róże oraz czerwienie. Oczywiście producent zapewnia o trwałości oraz żelowym wykończeniu, ale to chyba jest stała regułka w przypadku każdego lakieru do paznokci. Zdecydowanie nie jest to kosmetyk w tym momencie niezbędny w mojej kosmetyczce, tym bardziej że ostatnio znacznie częściej używam hybryd, a na lakiery tradycyjne decyduję się zaledwie raz na jakiś czas. Chętniej widziałabym zamiast niego coś bardziej oryginalnego, co dałoby mi satysfakcję sprawdzenia jakiejś nowinki kosmetycznej.

Ostatnie w kolejce są perfumy Magnetic A marki Vip Cosmetic, które są dla mnie produktem zagadką. Producent zapewnia, że ten zapach dodaje pewności siebie i eliminuje nieśmiałość, a poza tym zawiera feromony, dzięki którym żaden facet mi się nie oprze. Po takim opisie trochę boję się ich używać, bo jeszcze nie będę mogła się opędzić od tych tabunów mężczyzn ☺ Tak całkiem serio nie mam w ogóle pojęcia jak i czy feromony w perfumach rzeczywiście działają, więc ocenię ten produkt w głównej mierze po zapachu. Nie jest on jakoś specjalni porywający i brak mi w nim wielowymiarowości, przez co bardziej przypomina mgiełkę do ciała. Jest naprawdę słodki, owocowy, a nawet bardzo cukierkowy i intensywny. To nie do końca moja zapachowa bajka, ale też nie działa na mnie drażniąco. Mam wrażenie, że potrzeba go naprawdę niewiele, a i tak będzie bardzo wyczuwalny, a jego zbyt duża ilość, może działać na innych raczej odstraszająco, a nie pociągająco. Małe, plastikowe opakowanie świetnie nadaje się do torebki, bo przecież nigdy nie wiadomo kiedy na naszej drodze spotkamy obiekt, który będzie trzeba zwabić feromonem. Tak całkiem poważnie to nie wiem co właściwie sądzić o tym produkcie, bo nie jestem pewna na temat sensu jego używania, zapach niekoniecznie mnie porwał, a i opakowanie nie robi wrażenia. To raczej propozycja dla osób, które chcą sprawdzić sensowność stosowania perfum z feromonami, nie zaś kosmetyk dla każdego.

KOSZULKA SKYDANCE


We wstępie muszę napisać, że uwielbiam wszelkiego rodzaju niekosmetyczne dodatki do pudełek, które są fajnym przerywnikiem między kolejną tubką kremu, a buteleczką balsamu. Niestety tak to z tymi gadżetami niestety bywa, że nie zawsze trafiają w gust i nie ma w tym nic dziwnego. Gorzej jeśli stają się przedmiotami bezużytecznymi z powodów organizacyjnych i tak też stało się tym razem. Po pierwsze jest to zwykła, uniwersalna biała koszulka w rozmiarze L, której wielkość to dla mnie niemiła niespodzianka, bo nie rozumiem sensu dołączania prezentów, które z pewnością nie będą pasowały większości. Ja noszę XS, więc przyda mi się ona co najwyżej jako piżama, ale chyba nie taki był tutaj zamysł. Druga kwestia to wzór na koszulce, z którego zupełnie nie jestem zadowolona. Trafił mi się bowiem szczur, który absolutnie nie trafia w moje poczucie estetyki i jest jak dla mnie odstraszający, a nie zachęcający. Widziałam, że inni mieli szczęście dostać znacznie bardziej ciekawe grafiki, więc tym razem ten prezent to u mnie podwójna porażka. Fajnie jeśli ktoś miał tyle szczęścia, że koszulka idealnie na niego pasuje, a wzór był powodem uśmiechu, a nie zdziwienia, ale z mojej perspektywy mogłoby tego upominku po prostu nie być, bo nie grzeje mnie i nie chłodzi. Co tu dużo mówić, jestem niestety trochę rozczarowana, bo miało być dobrze, a wyszło jak zawsze.


PODSUMOWANIE XV EDYCJI PUDEŁKA U.R.O.K.


Kolejny raz moje odczucia są takie pół na pół, bo obędzie się bez nadmiernej ekscytacji, ale i bez wrogiego nastawienia. Myślę, że określenie tej edycji jako przeciętnej jest sprawiedliwym i najbardziej obrazowym podsumowaniem całej zawartości. Z pewnością na zaszczytne podium zasługuje peeling BodyBoom, ponieważ jest po prostu dobrym kosmetykiem. Warto też wyróżnić pastę Cosmaderma oraz perfumy Vip Cosmetic, bo to produkty na pewno niespotykane, a więc działające na wyobraźnię. W pośredniej grupie znajdzie się peeling do stóp SheeFoot, krem do rąk Herbolive oraz pomadka w pięknym odcieniu wina od Constance Caroll. Nie traktuję tych kosmetyków jako nadzwyczaj ciekawych nowinek, ale z pewnością włączę je do mojej pielęgnacji i makijażu. Najmniej ucieszył mnie lakier Essence, którego w zasadzie nie potrzebuję oraz koszulka Skydance niepasująca do mnie pod każdym względem. Jak widzicie jest tak sobie, aczkolwiek z perspektywy ceny takiego pudełka (39 zł) to chyba naprawdę nie ma co się obrażać, bo chyba nikt nie spodziewał się jakichś nadzwyczajnych rewelacji. Jest średnio i to pudełko na pewno nie zapisze się szczególnie pozytywnie w mojej pamięci.

Wróżycie, któremuś z tych kosmetyków świetlaną przyszłość?
Uważacie, że 39 zł za tego typu pudełko to odpowiednia cena?